Z wielką satysfakcją - analityka i publicysty, ale nie człowieka i obywatela - przeczytałem wywiad z Jackiem Santorskim, znanym psychologiem, opublikowany w ostatnim numerze "Gazety Prawnej" (wyrasta na jedna z najlepszych polskich gazet, brawo!), a zatytułowany "Jaśniepan w gabinecie prezesa"; jest on dla mnie prostą kontynuacją i dobrą ilustracją mojej niedawnej notki o "Pańskiej Polsce", a także notki z jesieni ubiegłego roku zatytułowanej "32 lata Odwetu za 16 miesięcy Karnawału"...
Ten ostatni tytuł wydaje się najkrótszym i najcelniejszym opisem Najnowszej Historii Polski, czyli tak hucznie obchodzonego ostatnio 25-lecia III RP. Nieobecność na tych obchodach przedstawicieli NSZZ "Solidarność" pokazuje, że Prezydent B. Komorowski i premier D. Tusk doszlusowali do post-komunistycznych "odwetowców"; stało się to zreszta jasne po pogrzebie kata "Solidarności" i polskich kapłanów, W. Jaruzelskiego
Sens tego tytułu "Uświadomiłem... sobie ostatnio, gdy na pewnej poważnej Sesji Naukowej próbowałem odpowiedzieć na postawione mi pytanie: "Co się stało z polska klasą robotniczą?". Zajmowałem się tym problemem od Rewolucji Solidarności z lat 1980-81 aż do przełomu stuleci. Obserwowałem narastającą marginalizację i degradację robotników i ogółu pracowników, ich organizacyjne i terytorialne rozproszenie, zdradę większosci przywódców, wewnętrzne rozwarstwienie na "robotniczą arystokrację", "proletariat", prekariat czy też, po staremu, lumpen-proletariat, wolontariat, a także wypychanie polskich pracowników na bezrobocie i do pracy za granicę.
Wszystko co się dzieje z polskimi pracownikami, a szczególnie robotnikami - niskie płace, dyktatorskie zarządzanie, masowe wdrożenie elastycznych form zatrudnienie (porównywalne z krajami Południowej Europy) - oznacza konsekwentne niszczenie, krok po kroku, kapitału społecznego. Pod tym względem, tak samo jak pod względem innowacyjności - niszczonych przez ową elastryczność form zatrudnienia i prymitywizm metod zarzadzania, brak dialogu - lokujemy się na dalekich miejscach, praktycznie - poza Europą
Z obecnej perspektywy wszystko to, co się dzieje przez ostatnie ponad 32 lata, począwszy od pierwszych godzin "stanu wojennego" po ostatnie antry-pracownicze ustawy rządu Tuska (o emeryturach czy elastycznym czasie pracy) jawi się jako wciąż trwająca wojna przeciwko polskiej "klasie pracowniczej", jako odwet za ten strach, który przeżyły setki tysięcy komunistów w czasie 16 miesięcy Karnawału z lat 1980-81, a także jeszcze na przełomie lat 80-tych i 90-tych.
Co ciekawe, do tych komunistycznych prześladowców polskich robotników i pracowników doszlusowali ich byli przywódcy, z Wałęsą na czele, którzy z obecnie zajmowanych pozycji pogardliwie traktują tych, którzy ich niegdyś wynieśli "do góry".
Polscy pracownicy, a szczególnie robotnicy, którzy stworzyli warunki do przejścia Polski do demokracji i gospodarki rynkowej, wprawdzie bardzo "kalekiej", ale zawsze - od 32 lat byli i są największymi ofiarami tej "historycznej", jakże bolesnej dla nich operacji!
Od kiedy znaczny ich odsetek zobaczył Europę i obowiązujące w najlepszych jej krajach standardy traktowania pracowników - wśród pracowników tych nasila się "pełzająca rewolta".
Czy przyniesie ona coś istotnego? Póki co sprzyja ona dalszej degradacji polskiej gospodarki.
Bo kapitał społeczny w Polsce został zniszczony przez wspomnianą, trwającą niemal od zawsze, anty-pracowniczą i anty-robotniczą wojnę ! Jej przejmujący obraz - obraz polowania na robotników w wykonaniu ZOMO-wców w halach Huty "Warszawa" - pokazał ostatnio film o Jerzym Popiełuszce..."
Do tego, co napisałem w przytoczonej wyżej notce warto dzisiaj dodać jeszcze kilka ważnych, moich zdaniem, uwag.
Tzw. folwarczna tradycja i mentalność to czynniki już bardzo odległe, a poza tym nie tak powszechne, jak twierdzi mój szanowny kolega Janusz Hryniewicz czy Jacek Santorski. W Wielkopolsce czyli późniejszym Zaborze Pruskim oraz w Galicji Wschodniej (a może i Zachodniej) ona chyba nie istniała; z rodzinnych wspomniań wiem, że mój dziadek, Józef, wyszkolony na Morawach, w międzywojennej Polsce funkcjonował jak prawdziwy farmer, oczywiście, na miarę mozliwości, a "moi" hrabiowie Bocheńscy też byli "szefami" zyczliwymi "ludowi" i go nie "ćwiczyli", a jeśli - to w przedsiębiorczości.
Quasi-militarna tradycja zarządzania wszechobecna w polskich firmach (firmach działajacych w Polsce), oparta na "indywidualnej artykulacji potrzeb i interesów pracowników" to dziedzictwo post-komunistyczne, utrwalane przez ostatnie 25 lat, gdy zniszczone zostały wszelkie formy partycypacji i dialogu. W rezultacie polska praca, która mocno otarła się ostatnio o zachodnie wzory traktowania pracowników (np. w Niemczech i Skandynawii), to sfera pełzającej rewolty i emigracji; nie zapewni ona ani konkurencyjności, ani innowacyjności polskiej gospodarki...
To sobie ostro uświadomiłem na kolejnej, świetnej konferencji o dialogu, która odbyła sie ostatnio w SGH, z udziałem najlepszych polskich - i nie tylko - specjalistów od dialogu i partycypacji pracowniczej oraz przedstawicieli związków zawodowych; a kryzys dialogu społecznego, o którym tam mówiono, to tylko odprysk kryzysu polskiej demokracji , która "nie zdążyła się zacząć - a już się skończyła"!
No bo nasi "demokraci z PO" od lat rządzą w myśl zasady: "Pocałujta w d...ę Wójta!". ..
Gdzie tu miejsce na dialog i partycypację?
Popatrzcie tylko Państwo na Panią Marszałkinię Kopacz! Ona jest zdolna do dialogu? To jest twarz naszej władzy...


Komentarze
Pokaż komentarze (5)