15 obserwujących
49 notek
189k odsłon
1182 odsłony

12.2 - Wracają "swoi", a z nimi strach

Wykop Skomentuj17
Pogrzeb był tak spontanicznym widowiskiem, że Niemcy poczuli się wobec nas bezsilni, zwłaszcza, że to głównie niemieccy pacjenci stracili lekarza. Niektórzy łudzili się jeszcze, że to smutne wydarzenie powstrzyma faszystów przed mordem Żydów, którzy jeszcze ocaleli.

Wkrótce się okazało, jak bardzo się mylili. Po paru dniach gruchnęła bowiem wieść, że spędzono Żydów na plac przy ulicy Kamienieckiej. Na tą wiadomość ruszyliśmy biegiem do miasta. Czułam się, jakbym spieszyła im na ratunek. Gdy dotarliśmy na miejsce, oczom ukazały się zawczasu wykopane doły, rzekomo okopy, które teraz miały spełnić swą haniebną funkcję, grzebiąc dziesiątki niewinnych ofiar. Żydzi już szli na rzeź w milczeniu, bez słowa skargi, pogodzeni z losem. Po obu stronach szeregu kroczyli uzbrojeni po zęby faszyści. Szukałam wśród skazańców znajomych twarzy, ale oni wszyscy wydawali mi się znajomi i bliscy.

Zaczęłam głośno płakać. W tej chwili zobaczyłam wykrzywioną w nienawiści twarz Niemca, który potraktował mnie takim kopniakiem, że upadłam z siłą na ziemię, kalecząc kolana. To już drugi raz w życiu zostałam tak potraktowana.

Dalej już nie szłam; zabrakło siły. Zastanawiałam się tylko, dlaczego oni się nie bronili, dlaczego szli pokornie, jak baranki? I czy świat o tym wszystkim wiedział? A gdzie byli ci, którzy nim rządzili? Nie po raz pierwszy buntowałam przeciwko złu tego świata. Nie poszłam dalej za tymi, którzy za chwilę będą zabici, nie chciałam uczestniczyć w tym makabrycznym orszaku.

Tłumaczyłam się krwawiącymi kolanami, ale tak naprawdę ja się po prostu bałam. Bałam się, że nie będę potrafiła opanować płaczu i pohamować napiętych do granic nerwów. Śmiertelnie lękałam się Niemców, a jednocześnie czułam do nich olbrzymią odrazę, złość i nienawiść. Brzydziłam się tymi potworami. Myślę, że wojna zabiła w nich wszelkie ludzkie uczucia. Ileż to krwi wsiąknęło w ziemię? Może dlatego jest ona taka czarna i urodzajna.

Wróciłam do pustego domu, bo cała rodzina była jeszcze w mieście. To jeszcze bardziej potęgowało beznadzieję i rozpacz. Płakałam tak długo, aż zmęczona z opuchniętymi oczami usnęłam. Dopiero późnym wieczorem wrócili rodzice z babcią, ale ja nie chciałam słuchać relacji z masakry niewinnych ludzi, kobiet, dzieci i starców. W poniedziałek jakby nic się nie wydarzyło stawiłam się do pracy.

Brzydziłam się sobą, że służę takim potworom, ale czy miałam jakieś wyjście?
Całe życie wydawało mi się bezsensowne. Jak daleko sięgałam pamięcią wciąż było beznadziejnie, wciąż trwała walka o każdy dzień życia. To był już rok 1943 a walka rozpoczęła się już w roku 1930. Dziwny wydał mi się świat. Jedni ginęli, drudzy już podrastali, a jeszcze inni rodzili się. Tylko po to by oprawcy mieli materiał, mieli ludzi na których okrutnie i bezkarnie się wyżywali. Pola i lasy usiane były masowymi grobami na których niewidzialne ręce stawiały krzyże, znaki kaźni i męczeństwa.

W takiej ponurej atmosferze mijało lato. Ojciec nie był już ścigany i jemu to zawdzięczamy „dobrobyt”. Z dużego ogrodu zebraliśmy plony. Ziemniaki urodziły bardzo ładnie, mieliśmy więc wszelkie warzywa. Pomimo mojej nienawiści do Niemców byłam im w jakiś sposób wdzięczna za życie bez głodu. W naszej wiosce prawie w każdym domu była krowa albo koza i głodu nikt nie cierpiał.

Komuniści natomiast nie tolerowali dobrobytu. Zadowoleni byli tylko wówczas, gdy panował strach, głód i nędza. Tylko w takich okolicznościach mieli nas wszystkich w garści.

Nadchodziła zima – druga na rodzinnej ziemi. Ja wciąż pracowałam na stacji kolejowej i zaobserwowałam, że najeźdźcy nie czuli się dobrze na rosyjskim terytorium. Klimat również im nie służył. Długie pociągi z rannymi jechały na zachód codziennie. Wojsko wykrwawione i zdziesiątkowane cofało się. Faszyści wracali do siebie, a wyglądali nędznie. Już nie było wkoło nich atmosfery czystości i zadbania.

W święta Bożego Narodzenia i Nowego Roku 1944 w domu było bardzo przyjemnie. Mieliśmy nawet opłatek! Ktoś przemycił go do nas. Ja już nie pamiętałam, kiedy ostatnio mieliśmy opłatek na święta. Patrzyłam na delikatny cieniutki biały chleb z podziwem i zachwytem. Tyle było w nim świętości i boskości, że lękałam się wziąć go do ust. Dobry nastrój był jednak chwilowy i wybitnie świąteczny.

Po Nowym Roku zeszłam na ziemię. Wojna była coraz bardziej krwawa, a linia frontu znowu zbliżała się do nas. Bardzo często maruderzy albo dezerterzy ukradkiem podchodzili do osiedli ludzkich i kradli, co tylko wpadło im w ręce - drób, jajka i inne produkty. Niemcy starszego rocznika, którzy byli tu władzą robili to samo. Zabierali cielęta, krowy a nawet drób. Prawdopodobnie ta żywność miała trafić na front dla walczącego wojska.

Dawało się wyczuć, że wojska niemieckie oprócz chłodu cierpią również głód i wciąż cofają się. Z dnia na dzień okupant stawał się coraz bardziej nieprzyjemny, jeżeli można to tak określić. Niemcy zdawali sobie prawdopodobnie sprawę, że są to ich ostatnie dni na Ukrainie. Krótko więc trwało nasze spokojniejsze i odrobinę dostatniejsze życie. Z wszystkim co mieliśmy, a dużo tego nie było, chowaliśmy się. Najtrudniej było z krową, ale jakoś się udawało.

W takiej atmosferze pełnej strachu i niepewności mijała zima. Wraz z wiosną przybliżała się linia frontu. Już nawet słychać było odgłosy walki. Niemieckie władze uciekły w popłochu i panice zanim nadeszły wojska. Baliśmy się frontu, nalotów, ale nic takiego się nie wydarzyło. Niepotrzebnie siedzieliśmy godzinami w schronach wykopanych w ziemi.

Pod osłoną nocy faszystowskie wojska uciekły bez walki. Nie słyszałam żadnego strzału. Dopiero nazajutrz wkroczyły wojska sowieckie. Po tylu latach okupacji wrócili „swoi”. Z jednej strony byliśmy szczęśliwi, że okupanci opuścili nasz kraj, z drugiej – powrócił strach przed rodzimą władzą. Powitaliśmy ich bardzo uroczyście chlebem i solą, czekając jak zachowa się nasza władza.

Oficerowie mieli naramienniki na mundurach, a na głowach wielkie okrągłe czapki. Wyglądali bardzo dostojnie, prawie jak oficerowie carskiego wojska. Szeregowi byli również schludnie ubrani. To już nie było nędzne głodne i obdarte wojsko jakie widziałam na początku wojny.

Miałam nadzieję, że cała polityka władzy także zmieniła się i że nie będą to zmiany powierzchowne. Niektórzy przebąkiwali coś nawet o wolności religii. Na zapas martwiłam się, że nie mamy księdza a kościoły i cerkwie zostały zburzone.

Niestety były to tylko złudne nadzieje. Bardzo szybko, bo po tygodniu przyjechali do naszej wsi komisarze do walki z kontrrewolucją i - o zgrozo! - znowu zakwaterowali się w naszej chacie. Powrócił strach. Stłoczeni w kuchni czekaliśmy na najgorsze. Pokoje zostały zajęte przez towarzyszy na biuro i sypialnie. Ojca w domu już nie było – ukrywał się. Na szczęście wiosna była ciepła i można było spać na dworze.

Zaczęły się przesłuchania i tortury. Więzienia znowu zapełniły się „przestępcami”, zdrajcami i wrogami ludu. Przesłuchiwano nie tylko Polaków, zresztą Polaków już prawie nie było.

Wciąż dziwiłam się i pytałam, komu i jakie korzyści przynosi nieustanna przemoc i niszczenie własnego narodu? Niemcy też mordowali, ale oni byli obcy. Po co niszczyć własny naród już i tak zdziesiątkowany przez wojnę? Ludzie przecież będą potrzebni. Trzeba odbudowywać kraj po wojennych zniszczeniach.

Wykop Skomentuj17
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale