Dziś rano, Żona z synem polecieli na wakacje. Ale zanim polecieli, syn mój (lat 8 nie całe) nabyć sobie kazał jakieś picie w kiosku Ruchu. Picie nabyłem, w plastikowej butelce, przez producenta zamknięte. Aby do samolotu się dostać, przejść trzeba przez bramki dźwięczące a bagaże podręczne podróżnych, po taśmie przejechać się muszą. I okazało się, że napój w zamkniętej butelce, jest na tyle niebezpieczny dla linii lotniczych, że musiał wrócić do mnie – bo ja nie lecę.
Stałem w nie dalekiej odległości obserwując ten cyrk butelkowany, obok mnie kolega, który swoją Żonę i córkę odprowadzał a obok nas jakiś człowiek w mundurze i przy broni oraz pani w garniturku wyraźnie świadczącym o jej pracy na lotnisku.
Widząc co się dzieje z nieszczęsnym napitkiem mówię do kolegi – „popatrz, histeria butelkowa, niemal butelkowana”, na co pan z pistoletem przy wtórze pani w garniturze, pospieszyli mnie poinformować, że to wina przepisów Unii Europejskiej.
Lekko zdziwiony – bo wydawało mi się, że to wewnętrzne przepisy przewoźników są tak głupie – rzekłem, że zatem nie trzeba było na tę Unię głosować. Konsternacja granicząca z trwałym osłupieniem obojga wyżej wymienionych a umundurowanych, była dla mnie jedyną pociechą.


Komentarze
Pokaż komentarze (30)