1 obserwujący
34 notki
8084 odsłony
  173   0

Między Michnikiem i Rydzykiem, czyli mit dialogu z „Kościołem otwartym”

Jan Hartman

Nie milkną echa wywiadu, jakiego Adam Michnik udzielił Dominice Wielowieyskiej w magazynie „Gazety Wyborczej” „Wolna Sobota”. Nie mogę pogodzić się tym, że w postawie redaktora naczelnego „Wyborczej” nic się nie zmieniło pod wpływem straszliwej prawdy o skali przestępczości w Kościele.

Jak można po tym wszystkim, czego dowiedzieliśmy się w ciągu ostatniej dekady (mordowanie dzieci w Irlandii, masowa i w pełni chroniona pedofilia, systemowa współpraca z mafią, udział księży w czystkach etnicznych w Ruandzie), wciąż przeciwstawiać całemu złu, które niesie z sobą Kościół, kilka chwalebnych postaci spośród zmarłych już bądź nawet żyjących księży? I jak można wciąż bronić Jana Pawła II, za którego panowania działy się w kurii i w całym Kościele rzeczy straszne i to na skalę masową?

Przecież zbrodnie kościelne nie są – jak można było myśleć jeszcze dwadzieścia la temu – ekscesami, patologią, czymś ważnym, lecz nie dominującym. Są najbardziej rdzenną i najbardziej chronioną częścią aktywności Kościoła – tak samo jak w epoce faszyzmu, tak samo jak w epoce totalitaryzmu państwa kościelnego w Italii, tak samo jak w średniowieczu. Nic się nie zmieniło po tym, jak ostatni esesman z kościelnymi dokumentami wyjechał do Ameryki Południowej. Nie było żadnego niezbrodniczego interludium. Jest tylko dudniące bicie się w piersi kolejnych papieży. Są tylko przeprosiny, za którymi nie idzie żadne zadośćuczynienie.

Czy Adam Michnik udaje, że nie widzi, czy może faktycznie oślepł? Tak czy inaczej, jego oderwanie od rzeczywistości i trwanie przy moralnie dawno już przegranej sprawie „dialogu z Kościołem” zaczyna zakrawać na poplecznictwo i kolaborację. Czy po to wychodził przed laty ze struktur komunistycznego autorytaryzmu, żeby teraz wiązać się z autorytaryzmem katolickim? Czy to się godzi człowiekowi lewicy? I to w dodatku żydowskiego pochodzenia?

Były kiedyś, nie tak bardzo dawno, piękne czasy, gdy nie trzeba było się zastanawiać, co to jest ta „wolna Polska”, jaki będzie w niej panował ustrój, jakie prawa i jakie będą jej relacje z Kościołem. Wolna Polska to znaczyło wolna od czerwonego i ruskiej dominacji, demokratyczna. Wystarczyło być po stronie tych chwalebnych, acz mglistych i mało konkretnych marzeń, aby otwierały się drzwi do wszystkich „swoich”.

Nikt prawie aż do 1989 roku nie przejmował się różnicami ideowymi i światopoglądowymi. Ateiści ramię w ramię z inteligencją katolicką współtworzyli demokratyczną opozycję, jako rzecz naturalną traktując kontakty z księżmi, którzy nieraz udzielali nielegalnym działaniom realnego wsparcia i schronienia. Utarło się widzieć w Kościele przyjaciela wolności i demokracji.

Taki wizerunek zapewniło Kościołowi wśród polskiej inteligencji tych kilkuset księży, którzy współpracowali z opozycją. Setek innych, którzy donosili, w ogóle się nie dostrzegało. Nikt też nie przejmował się fundamentalizmem przebijającym z niektórych kazań, wypowiedzi i dokumentów, na czele z Jasnogórskimi Ślubami Narodu Polskiego napisanymi przez kard. Wyszyńskiego. A pisał Wyszyński ni mniej, ni więcej: „Przyrzekamy uczynić wszystko, co leży w naszej mocy, aby Polska była rzeczywistym królestwem Twoim i Twojego Syna, poddanym całkowicie pod Twoje panowanie, w życiu naszym osobistym, rodzinnym, narodowym i społecznym”.

Gdy już ta wolna Polska nastała, skończyła się niewinna sielanka. Kościół otrzymał na powrót swój kawał władzy i rozległe przywileje. Klerykalizacja życia publicznego sięgała na początku lat 90. absurdu, lecz jej infantylizm usypiał naszą czujność. Raczej się śmialiśmy z taniego jarmarcznego pseudochrześcijaństwa, codziennych ogłoszeń parafialnych w głównym dzienniku TV i furgających na ekranie kropideł, niż niepokoiliśmy o los kraju w coraz większym stopniu złożony w ręce kleru. Wciąż działał przecież na nas mit o Kościele zwalczającym komunę, no i był papież Polak, którego kult był dla wszystkich czymś oczywistym i niepodważalnym.

A tymczasem kolejne rządy, od Rakowskiego po Millera, od Olszewskiego po Kaczyńskiego, solidarnie, od lewej do prawej, oddawały Kościołowi coraz więcej – w gotówce, w ziemi, w przywilejach, w ustawach edukacyjnych, medycznych, medialnych. Wpisano Stolicę Apostolską do konstytucji, zawarto konkordat… Gęsta sieć wpływów i zależności instytucji publicznych od Kościoła oplotła cały kraj, a gęsta sieć kanałów przepływu gotówki do głębokiej i nigdy nienasyconej kabzy nie ominęła żadnej gminy. Do tego bezkarne malwersacje wokół tzw. komisji majątkowej, niczym nieskrępowana a urągająca prawu gospodarczemu i podatkowemu działalność biznesowa większych i mniejszych kościelnych firm, ogromne nadania majątków za 1 proc. przez skorumpowane i otumanione samorządy.

Lubię to! Skomentuj10 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale