- Dzień dobry. Potwierdzenie psze.
- Jakie znowu?
- No z ZUSu.
- Nie myśli Pan chyba, że coś takiego noszę ze sobą?
- To jak Pan na rynek chce wejść?
- Nogami? Chyba
- He,he... dobry Pan jesteś. No dobra to trochę potrwa ale pomogę. Niech Pan poda pesel, nip to Pana wyszukam palmtopikiem i sprawdzę. To i tak sto razy krócej niż chodzenie po papierek i z powrotem. No?
Trochę zdezorientowany i niepewny podałem mu dane. Po chwili nieco rozbawiony wycedził:
- Nie płaciliśmy dawno co? No to nici z zakupów.
- Panie, ale ja muszę...
- Dobra, dobra. Pomogę. Ściągnę z pańskiego konta.... Chwilka i... o jest.
Gdy spojrzał w moją stronę natknął się na intergalaktyczną pustkę rozdziawionej gęby i oczu. Z niedowierzaniem próbowałem zrozumieć co się stało.
- Ale, ale co to ma znaczyć? Co to było, jak to...?
- Spoko, takie teraz udogodnienia dla obywateli robimy. Niech Pan już idzie, bo kolejkę Pan robi. Nara.
Skończywszy mówić lekko mnie pchnął i znalazłem się po drugiej stronie barierki. Nadal oszołomiony, skołowany właściwie, trochę jak automat poszedłem do mojego ulubionego straganu z używkami. Jak zwykle w miłej atmosferze wybrałem co szlachetniejsze wspomagacze i jak zwykle zmieściłem się w 100 złotych. Gdy chciałem odchodzić Pan Genek ożywił się.
- Pokazać Panu coś dziwnego? Takiego co jest a nie wiadomo skąd i... w ogóle czy jest?
Nieco już rozluźniony zakupami zainteresowałem się takim wstępem.
- A o co chodzi?
- Zróbmy doświadczenie. Pan taki światowy to może Pan pomoże, bo my z kumplami od kilku dni zadumani jesteśmy. Ok.?
- No, ok.
- Dał mi Pan stówkę. Wie Pan, że tak naprawdę muszę z tego oddać w podatkach, tych pośrednich około 30 zł. Robię tak. Do pudełka z napisem ,,Wartość Oddana” odkładam owe trzy dychy. Pozostałe pieniądze mogę użyć już spokojnie i idę do kumpla od spodni. Obok tu. Chodźmy.
Gdy doszliśmy do kolegi, dwa kroki, Pan Genek wymienił 70 zł na sztruksy koloru, takiego... nieważne. Pan Spodniaż, jak się okazało podobny badacz, wziął pieniądze od Pana Genka, schował około 21 zł do podobnej skrzyneczki i postanowił pozostałą kwotę wymienić z kolei na dobra z genkowego straganu. Powtórzyli tak wzajemne transakcje jeszcze dwa razy i w końcu Pan genek dostał za towar około 12 złotych.
- I co widzi Pan? Potrafi Pan to wyjaśnić? Kilka transakcji a 100 zł prawie zniknęło. Z rynku zniknęło. Jak to jest możliwe? To jakieś prawo ekonomiczne czy co? Pan taki światowy... wymyśl coś Pan do następnego razu. No to czółko. Klienci czekają.
Skołowany jeszcze bardziej niż przy wejściu wychodziłem już inną bramą, rozważając poznawcze problemy Genka na wolnym rynku. I widzi Pan cały tydzień to mnie nurtuje. No to na razie, to moje piętro...
Wszelkie podobieństwa do rzeczywistych ludzi, miejsc i liczb jest przypadkowe. To szczęśliwie jedynie jedna z historii w windzie zasłyszanych...
Dobranoc Państwu.


Komentarze
Pokaż komentarze (2)