Za pisanie zabrałem się zbyt późno.
Niewiele pamiętam z dzieciństwa, niewiele z młodości.
Nawet ze swej dorosłości mało pamiętam. Z trudem przypominam sobie to co wydarzyło się wczoraj. Próbuję wielu metod – przymykam oczy, zatapiam się w myślach, zaczepiam o fragmenty zdarzeń, o których wiem, że wydarzyły się na pewno. Ale ani atmosfery, ani temperatury, ani zapachu - nie pamiętam. Staram się dotrzeć do tych kilku drobnych elementów, które przywróciłyby mi pamięć.
Nie mając pamięci utracę przeszłość.
Lecz pamięć to skrzynka z fiszkami zdarzeń.
Gdy zaczynamy w niej grzebać, ze zdumieniem stwierdzamy jak wiele drobnych faktów zostało w niej przechowanych. Jak wiele drobiazgów zalega tam od lat.
Niespodziewanie dowiadujemy się nieznanych rzeczy o dawno przebrzmiałej rzeczywistości.
Nie wiem jak funkcjonuje pamięć innych.
Moja zapamiętuje obrazy.
Zatrzymuje je w całej ich złożoności, lecz w nieco innej niż rzeczywista kolorystyce.
Lekko przymglonej, okopconej upływem czasu, zakurzonej pyłem drogi.
Lecz wszystko jest do rozpoznania.
Widzę więc świat jak daleki by on nie był, widzę jego stępione kolory, czuję zapach, słyszę słowa wypowiadane kiedyś przez siebie i przez innych.
Czasem sięgam do najgłębszych warstw pamięci i z ich wnętrza wyjmuję dziwne wspomnienia. Patrzę na nie ze zdumieniem, oglądam ze wszystkich stron i układam na biurku.
Zastanawiam się.
Jestem archeologiem pamięci.
Archeologiem bez kwalifikacji.
Z maleńką łopatką i pędzelkiem, ostrożnie, tak aby niczego nie uszkodzić, stąpam po delikatnej materii przeszłości.
Oto kawałek glinianego dzbanka z naniesioną nań plecionką, odłamek marmurowej dekoracji o nieznanym przeznaczeniu, jakaś część większej całości.
Odgrzebując te niepotrzebne skorupy odczuwam dreszcz emocji.
Mam świadomość znajdywania czegoś, co dawno zagubiłem i teraz odzyskuję na nowo.
Znam to uczucie.
Kiedy odwiedzam położone gdzieś na uboczu starożytne ruiny, w wyobraźni ożywiam ten dawno umarły, kamienny świat. Podnoszę z ziemi jakieś ułamki czegoś, gdzie czyjaś ręka pozostawiła choćby maleńki ślad. Oglądam zarysy murów i fundamentów, aby spróbować odczytać czyjąś myśl, czyjś skamieniały pomysł.
A kiedy to mi się uda - cieszę się jak dziecko.
Mam wrażenie, że w metafizyczny sposób przedostaję się do czyjejś pamięci.
Od pewnego czasu jeżdżę po Europie. Z tych wypraw przywożę kamienie. Po kilka.
Układam je potem na półkach biblioteki.
Trzymam je, mając złudną nadzieję, że kiedyś poznam ich historie.
Po latach świetności spoczywa u mnie fragment kolumny z Miletu i świątynny narożnik z wyspy Delos. Mam fragment kamiennego kwiatu z agory na wyspie Kos i niewielki ułamek fryzu z Efezu. Mam też kawałek ciemnego zarysu jakiejś większej całości wprost ze Sparty. Mam marmurową cząstkę dioklecjańskiej Solony z dekoracyjnym splotem, a także niewielki ułamek kamiennego bloku porzuconego gdzieś na wzgórzu Pergamonu.
Mam małe fragmenty Myken, drobiny Tirynsu i odłamki Delf.
Mam świadectwa sięgające tysięcy lat wstecz.
Tak wygląda moje lapidarium.
Trzymam w ręku klucz do starożytnych cywilizacji i pozostaje mi tylko przekręcić go w zamku wyobraźni.
Lecz świadkowie milczą.
W plątaninie pytań uchwytna jest tylko metafora, która nas łączy - żywych ze zmarłymi, rzeczywistość z nierealnością.



Komentarze
Pokaż komentarze (2)