Kiedy wokół już zapadnie pusty zmierzch
I ćmy odnajdą zapomnienie w ogniu świecy
Wejdziemy w ogród ciszy, by go strzec
Z okopów kołdry, odwróciwszy się na plecy.
Zaczarowani w krągłym świecie naszych ciał
I porzuceni w tajemnicę twego brzucha
Zmienimy chwilę w wieczność, by tak trwać
Wsłuchani w Boga, chociaż On nas nie wysłucha.
Spięci ze sobą i uwikłani sami sobą
Niczym spętane wspólnym lotem ptaki
Budzimy się, by zasnąć wciąż na nowo,
By dalej walczyć z losem naszym byle jakim.
Zadymką zmroku przeniknięci do zmęczenia,
W białym suficie sens zobaczyć tak pragniemy…
Wpatrzeni weń po ból, aż nasyceni
Wyczekujemy w ciszy swego przeznaczenia.
Nadzy i cisi, bo utkani z naszych myśli,
Co pajęczyną nad pokojem drżą nieśmiało,
Edenem będziesz, który może mi się przyśni
Gdy dzisiaj zasnę, opuściwszy swoje ciało.



Komentarze
Pokaż komentarze (2)