niktt niktt
426
BLOG

Opowieść prowansalska w trzech scenach i dwóch obrazkach

niktt niktt Kultura Obserwuj notkę 12

 

OBRAZEK I

Sierpień 2010 roku. Od dwóch tygodni wędrujemy po Prowansji. Dziś jedziemy wąską, górzystą drogą przez Alpy Prowansalskie. Droga wiedzie przez las, jest mocno kręta i niezbyt ruchliwa. Zatrzymujemy się w jakiejś miejscowości. Nie spojrzałem na jej nazwę. Zatrzymujemy się tutaj, bo naszą uwagę zaprzątnął widoczny z drogi starożytny łuk rzymski pokryty bogatymi reliefami. Skręcamy w boczną drogę, bo tam dostrzegliśmy parking.

To parking przed klasztorem. Napis głosi, że to opactwo St. Remy.

Wysoki otynkowany mur, którego kamienna struktura jest aż nadto widoczna.

Bardzo wysoki - może na 3, a może na więcej metrów. Kilka samochodów, kilka osób.

Jakaś tabliczka - oczywiście po francusku - wskazuje, że po lewej stronie klasztoru, w nowym pawilonie, jest teraz klinika psychiatryczna.

Opactwo Saint Remy - skądś znam tę nazwę, lecz nie mogę sobie przypomnieć skąd.

Poprzez otwartą bramę spoglądam w głąb.

Długa aleja, a na jej końcu jasnym kamieniem lśni kaplica.

Po lewej stronie dawno przekwitłe irysy.

Co to za miejscowość ? - pytam napotkanego przechodnia.

To Saint Remy - odpowiada - Saint Remy, proszę pana.


 

SCENA I

A - Ależ zapewniam pana, panie dyrektorze, że Vincent na pewno nie będzie stwarzał żadnych kłopotów. On najgorsze ma już za sobą. Teraz szuka tylko spokoju i ukojenia...

B - Szanowny panie Theo. Naprawdę, chętnie przyjąłbym pańskiego brata, bardzo chętnie...

Chociażby przez wzgląd na szacunek dla pana, panie Theo. Lecz on przecież wymaga, jak pan sam dobrze wie, stałego nadzoru. Opieki też, oczywiście. Opieka jest ważna, może najważniejsza, ale nadzór, szanowny panie Theo, tylko stały nadzór zagwarantuje nam, że nie dojdzie do jakiejś tragedii. Czyż nie mam racji?

A - Tak, tak - ma pan, panie dyrektorze absolutną rację. Absolutną. Nadzór jest konieczny. To jasne. Ale Vincent go nie potrzebuje. Załamanie nerwowe, to całe rozszczepienie osobowości Vincent ma już, że tak powiem, za sobą. To już przeszłość, panie dyrektorze. Przeszłość!

B - A ucho?

A - Co ucho?

B - No, co z uchem? Co z uchem pana Vincenta? Dlaczego on nie ma ucha?

A - Nie ma, nie ma ucha... Ale miał! Jeszcze niedawno miał oboje uszu.

B - Nie wiem czy miał, czy też nie miał. Nie wiem tego, drogi panie Theo, chociaż sądząc po tym, że rana jest całkiem świeża, to ucho pana Vincenta mogło być na swoim miejscu jeszcze niedawno. I właśnie tego obawiam się, panie Theo. Stąd ta moja dygresja o konieczności nadzoru, którego niestety nie mogę pana bratu zapewnić. Nie mam ludzi, nie mam pieniędzy, nie mam niczego. Niczego! Tylko mam na głowie ten dom wariatów w starym klasztorze St. Paula. Niczego więcej.

Jak pan doskonale wie, panie Theo, choć najgorsze być może mamy już za sobą - to jednak może się to w każdej chwili zmienić. W każdej chwili! W każdej chwili pan Vincent może sobie znów coś urżnąć. Cokolwiek. Tyle rzeczy ma jeszcze pański brat do urżnięcia. Choćby drugie ucho!

A na koniec - jak pan zapewne domyśla się - może sobie urżnąć - za pana przeproszeniem, panie Theo - urżnąć sobie łeb! Czyli głowę! Sobie samemu może ją urżnąć, albo komuś innemu.

Takie są realia, panie Theo. Niestety. A wszystko to wiem, bo jestem psychiatrą i dyrektorem tej prowincjonalnej kliniki psychiatrycznej, gdzie nie takie rzeczy już zdarzały się.

A - Tak, tak to prawda - no, ale nie tak do końca prawda, drogi dyrektorze.

Vincent obciął sobie ucho skutkiem sprzeczki. Skutkiem istotnej różnicy zdań co do pryncypiów. Pryncypiów w sztuce, panie dyrektorze, a konkretnie w malarstwie. Bo Vincent, panie dyrektorze, ma nieszkodliwe hobby. Ma takiego maleńkiego bzika. Kiedy go sobie po cichutku realizuje, to zaraz uspakaja się. Mówiąc wprost - Vincent maluje sobie obrazy.

Maluje co prawda paskudnie, bez żadnego ładu i składu jest to całe jego malowanie, ale na niego to działa. Działa terapeutycznie. Wystarczy mu pozwolić malować - a on wtedy się w tym zagłębia. Zatapia się w tym. I jest spokojny. Choroba znika, bo w całości przenosi on ją na płótno.

Trzeba mu tylko dostarczać tych płócien.On maluje nie tylko bezładnie, ale i szybko.

Cholernie szybko!

Przez ostatni rok pobytu w Arles, przed tym godnym ubolewania incydentem z uchem, Vincent nabazgrał z trzysta płócien. Na same płótna - panie dyrektorze - wydaję majątek. Trzysta zagruntowanych płócien na trzystu blejtramach. Wyobraża pan to sobie, panie dyrektorze? A może nawet trzystapięćdziesiąt. No i farby. Niezliczona ilość tubek z farbami olejnymi w środku.

A do tego pędzle, rozcieńczalniki, palety itd. To wszystko kosztuje krocie. Oczywiście Vincent nie sprzedał ani jednego z tych swoich arcydzieł. Ani jednego z tych trzystu kilkudziesięciu płócien.

No, ale cóż? Skoro mu to pomaga, to ja traktuję te wydatki tak jak wydatki na lekarstwa.

Tu u pana, szanowny dyrektorze, też oczywiście pokryję wszelkie wydatki, wszelkie koszty, łącznie z tym nadzorcą, jeżeli uzna pan, że jest on potrzebny. Wszelkie koszty pobytu Vincenta w pana klinice pokryję z naddatkiem. To się rozumie samo przez się. No i będę dostarczał setki tych cholernych zagruntowanych płócien, farby, pędzle, rozcieńczalniki itd. Wszystko!

Tylko niech pan, drogi dyrektorze, wyrazi zgodę na pobyt mego brata Vincenta tutaj.

Zapewniam pana - on nie będzie uciążliwy...Proszę tylko dać mu trochę swobody. Niech ze swymi sztalugami chodzi sobie gdzie zechce.

On jeszcze nikomu krzywdy nie zrobił - najwyżej sobie.


 

SCENA II

A - Przyjęli nowego, widziałeś go?

B - Nie. I nie chcę zobaczyć.

A - To malarz. Maluje obrazy.

B - Eeee tam. Gdyby to był malarz, to by tu nie siedział.

A - To prawda. To malarz. Maluje obrazy. Siostra Infigenia mówiła, że to malarz. Że maluje obrazy!

B - Eeee tam. Żaden malarz. Zwykły głupek. Taki sam głupek jak my. Ot co!

A - Głupek. Może i głupek, ale malarz. Malarz też może być głupkiem Wśród głupków może trafić się malarz. Tylu nas jest, tylu nas głupków jest na świecie, że może wśród nas być i malarz.

Każdy może być głupkiem.

Każdy może być malarzem.


 

SCENA III

Siostra Infigenia - Po co pan to wszystko maluje? Przecież to jest do niczego. Te grube linie, te paskudne kolory. To wszystko jest bardzo liche, panie Vincent. Bardzo liche. Nikt tego nie kupi, bo nikt czegoś takiego nie powiesi sobie na ścianie.

Po co pan to maluje, skoro nikomu to się nie podoba?

Vincent - Niech się siostra nie pyta, bo sam nie wiem. Potrzebuję więcej ochry i więcej błękitu paryskiego. Ciągle mi ich brakuje. Ktoś podkrada mi właśnie te kolory, które najbardziej lubię...


 

OBRAZEK II

31 grudnia roku 2008. Jest piekielnie zimno, a i śniegu niezbyt wiele. Jesteśmy w Amsterdamie. Godzina 15.30. Stoimy w długiej kolejce przed muzeum. To muzeum Van Gogha.

Muzeum położone jest w eleganckiej dzielnicy. Obok są szlifiernie diamentów i ekskluzywne sklepy, w których te diamenty sprzedaje się. Kolejka jest bardzo długa i wielokrotnie pozakręcana. Stoimy w skupieniu, zapadanięci w sobie, opatuleni w kożuchy i futrzane czapy.

Posuwamy się powoli, lecz posuwamy się. Wejdziemy do środka może za godzinę, a może za dwie. Ale wejdziemy. Tłum - to turyści z całego świata. Przyjechali do Amsterdamu, aby spędzić tutaj Sylwestra. Lecz to dopiero za kilka godzin - jest jeszcze trochę czasu. Wszyscy stojący uznali, że warto przeznaczyć go na stanie na mrozie w długiej kolejce, aby zobaczyć kolekcję z okresu Saint Remy.

niktt
O mnie niktt

mam wątpliwości

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (12)

Inne tematy w dziale Kultura