Ars Longa Vita Brevis
Krótko (albo i nie) o rzeczach ważnych i nieważnych
14 obserwujących
42 notki
68k odsłon
  289   2

Dziura po Imperium czyli Ruscy wymierają - cz. II

Kosów Huculski, 2000. Fot YanH
Kosów Huculski, 2000. Fot YanH
1999/2000 - na przełomie złego i dobrego wieku

Jedziemy autobusem. I to bardzo mocno turystycznym. To nie żaden wielopokładowy i wiekowy rupieć, popularny wśród rodzimych organizatorów turystyki, sprowadzony za dwa grosze z Niemiec gdzie osiągnął już zaszczytny status złomu, do którego zaś kierowca, z racji wieku sprzętu i swojego, winien zwracać się na „Pan” czy też na „Pani". Ani też nie super wypasiona, nowa i błyszcząca, pełna niepotrzebnej nam elektroniki, klimatyzowana Scania w wersji Century z działającą jak lodówka klimą. Tak brzmi wersja oficjalna, której się trzymamy i puszczamy w obieg autokaru z każdym razem, gdy pojawia się komentarz, zwykle bardziej, czasem nieco mniej złośliwy. Albo równie sympatyczny uśmiech. Przemieszczamy się legendą polskiej myśli motoryzacyjnej – autobusem turystycznym swojskiej marki Jelcz z Laskowic w wersji ze schyłkowych lat osiemdziesiątych. Autobus oficjalnie zdążył już przejechać dwa miliony kilometrów, zatem panie i panowie : oto niezniszczalny Jelcz PR 110, nazywany też „peerą”, często z przymiotnikiem „stara”. Powiewają w każdym oknie nieśmiertelne firaneczki o kolorze rzadkiej kupy, zaś z jedynych (na dwadzieścia) dwóch głośników, które jeszcze jako tako zipią, sączy się dyskretnie podróżniczy temat Vangelisa. Za klimatyzator robią tu gazety przywiezione jeszcze z Polski: kilkanaście z nich pracuje, oferując chłodny powiew, łyk powietrza i namiastkę odpoczynku od beztlenowego niemal żaru. System ten wzmacniają dodatkowo chyba już kultowe, składające się do środka, drzwi harmonijkowe: za nic nie chcą się do końca zamknąć w czasie jazdy, dając nam zefirek pod stopami i w spocone plecy. Przepis na gwarantowane przeziębienie. Słońce na bezchmurnym niebie pali nieprawdopodobnie, jednak ma to swoje dobre strony. Bo gdy pada, pod oknami autokaru nie da się wysiedzieć: wysłużone gumy w oknach dawno już sparciały więc turysta, który nieopatrznie wybrał sobie niefartowne miejsce by podziwiać krajobrazy („Ja chcę tutaj usiąść! Przepraszam !!! Dziękuję !”) po upływie kilku minut jest kompletnie mokry. Na wewnętrznych nie jest zresztą lepiej. Kiedy trafi się gorąca i deszczowa pora, w naszym Jelczu zaczynają się dramaty: woda wlewa się do środka przez nieszczelne okna, błyskawicznie podtapiając miłośników Kresów Wschodnich i widoków za oknami. Ci zaś, mokrzy i wkurzeni krzyczą przez dwadzieścia rzędów siedzeń do kierowcy :

- Panie, leje się do środka !!!!

- Okna zamknąć ! – woła pan kierowca

- Mnie się leje ! – piszczy pani ze środkowych rzędów.

- Okna pozamykać, mówię, to nie będzie mokro ! – brzmi następny komunikat znad ogromnej kierownicy.

Ręce pasażerów teraz grzecznie powędrują do okienek, zamykając je z trzaśnięciem. Minie parę chwil i wszystkie szyby są zaparowane, wewnątrz rozpoczyna się wilgotne piekło : teraz mokrzy są już wszyscy, ci spod okna i ci, co od przejścia, jedni od płynącej z zewnątrz wody, drudzy zaś od potu i powietrza. Z tylnych rzędów z desperacją ktoś się drze przez cały autobus :

- Panie, zaraz się uduszę! Włącz pan jakiś nawiew bo wyssało nam powietrze!

- Okna pootwierać ! – ryczy pan kierowca

- …

***

Od pewnego czasu jestem przewodnikiem, opiekunką i pilotem turystycznym w jednym. Na wyprawy, organizowane przez fundację IgrekZet z Warszawy, która zatrudniła mnie do tej niejednokrotnie wrednej i niewdzięcznej pracy (licząc raczej nie na moją wiedzę, erudycję ani doświadczenie a na twardy tyłek i zdolności wychodzenia cało z sytuacji kryzysowych, których tutaj nigdy nie brakuje), zapisują się dziesiątki ludzi z całej Polski i nie tylko z Polski. Bo to jedna z pierwszych takich inicjatyw po upadku Związku Radzieckiego: odkrywanie po niemalże sześćdziesięciu latach ziem przepadłych bezpowrotnie w Jałcie, gdzie niejednokrotnie od dnia zakończenia drugiej wojny nie stanęła nigdy później żadna polska noga. Piszę więc programy a jesienią oraz wczesną wiosną je objeżdżam, docierając w miejsca, które przez dziesięciolecia nauczono myśleć i rozumieć tylko i wyłącznie cyrylicą po to, aby latem pokazywać je turystom zbudowanym z sentymentu i tęsknoty. Jest połowa lat dziewięćdziesiątych a więc czas największej partyzantki i improwizacji w polskiej turystyce. Nigdy nie narzekam na niedosyt organizacyjnych wpadek, jak ten podstawiony na ostatnią chwilę legendarny kanciak - Jelcz PR 110. Żaden z przewoźników nie odważył się wynająć czegoś z wyższej półki na te nasze wschodnie drogi, został więc na placu tylko jeden śmiałek, który dysponował Jelczem oraz - jeszcze starszym, jeszcze toporniejszym i zużytym - Autosanem. Wybór padł na Jelcza. Ma on wprawdzie już miliony kilometrów za plecami, niewygodne jak drewniane ławki miejsca do siedzenia, które trudno nazwać fotelami oraz wkurzającą skłonność do awarii w najmniej odpowiedniej chwili; zdaje się być jednak niezniszczalny. Brzydki i toporny, jakby żywcem przeniesiony z czasów stanu wojennego, doskonale radzi sobie jednak z ukraińską siecią dróg i dróżek, które zwykle leżą nieremontowane od wczesnego Andropowa, może nawet i Breżniewa.

Lubię to! Skomentuj1 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale