5 obserwujących
53 notki
22k odsłony
  201   2

Jan Hartman: Czerwona kartka dla Frasyniuka

 Jest naprawdę źle. I jeśli nie znajdą się ludzie zdolni potrząsnąć politykami i zmusić ich do poważnych rozmów, przegramy Polskę, jak pijany ordynat przegrywa w karty swoje grunty. Zawiódł Frasyniuk, zawiódł Kasprzak, zawiedli szefowie partii.

Bohaterem miał być Frasyniuk. Zwłaszcza że chory Wałęsa był nieobecny. Niestety Frasyniuk jakby nie wiedział, czego się od niego oczekuje. Wygłosił chaotyczne, niezbyt mądre, utrzymane w stylu Kaczyńskiego przemówienie „o wartościach”, niewolne od kiksów i niezręczności. Było po prostu słabo.

Trochę to dziwne tak mówić, ale Schetyna, Petru, Kosiniak-Kamysz, Wałęsa czy Frasyniuk to grupa ludzi, od których zależy los ojczyzny. Jakoś nie widać specjalnie, aby zdawali sobie sprawę z odpowiedzialności, jaka na nich ciąży. Przeraża mnie to, że poza niezbyt udanymi i nie do końca rozumianymi przez społeczeństwo akcjami na Krakowskim Przedmieściu i pod Wawelem demokraci mają tak niewiele.

Jakże jesteśmy słabi!

12 LIPCA 2017



10 lipca Kaczyński zapunktował. Mimo że na obywatelską kontrmiesięcznicę (czy słowniki odnotowały już nowy wyraz?) przyszło ponad dwa tysiące ludzi, czyli nieco więcej niż na pisowsko-kościelną miesięcznicę. I mimo że na naszej demonstracji wzięło udział wielu ważnych polityków. To, w jaki sposób opozycja zorganizowała swój protest, oraz sam jego przebieg – pokazuje jak na dłoni bezmiar naszej bezradności. Jest naprawdę źle. I jeśli nie znajdą się ludzie zdolni potrząsnąć politykami i zmusić ich do poważnych rozmów, przegramy Polskę, jak pijany ordynat przegrywa w karty swoje grunty. Zawiódł Frasyniuk, zawiódł Kasprzak, zawiedli szefowie partii.

Oficjalna wersja wydarzeń jest taka, że przyszliśmy po raz kolejny zademonstrować swój sprzeciw wobec poniewierania pamięcią ofiar katastrofy smoleńskiej, demonstrując pokojowo i nie zamierzając niczego blokować. Chcieliśmy również pokazać jedność opozycji oraz ogłosić światu, że Lech Wałęsa i Władysław Frasyniuk wracają do polityki, a ten drugi będzie teraz liderem opozycji pozaparlamentarnej. Krótki wiec pod kolumną Zygmunta miał się zakończyć przed rozpoczęciem marszu PiS, gdyż mieliśmy uniknąć konfrontacji, a jednocześnie pokazać Kaczyńskiemu, że jak każdy dyktator tak naprawdę jest sam, za kordonami policji. Tak też było, a policja złośliwie spisywała uczestników naszego pokojowego protestu oraz bezprawnie odebrała sprzęt nagłaśniający.

Wszystko to jest prawdą, ale tylko połowiczną. Druga połowa jest znacznie gorsza. Gdy w czerwcu zatrzymano m.in. Władysława Frasyniuka, wiele obiecywano sobie po 10 lipca. Na protest wybrało się tym razem bardzo wielu ludzi, w tym przedstawiciele różnych elit – artystycznych, naukowych, politycznych. Przyszli, bo wydawało się, że przełom jest bliski, a Frasyniuk poprowadzi demokratyczną Polskę do boju z reżimem PiS. Nic podobnego się jednak nie stało. I się nie stanie. Niestety.

Demonstracja była kontynuacją spacyfikowanej nocą pikiety dzielnych ludzi – Obywateli RP oraz Obywateli Solidarnych w Akcji. Można uznać, że Paweł Kasprzak, szef Obywateli RP, jest tam gospodarzem. O 19 pod kolumną Zygmunta niewątpliwie nim był. I to na niego spada odpowiedzialność za porażkę. Jak zwykle, idąc na kontrmiesięcznicę, nie wiedzieliśmy, co będzie. Scenariusz znał pewnie tylko Kasprzak. Z pewnością nie znali go politycy. Wódz wstąpił na cokół kolumny Zygmunta i wygłosił płomienne (bez ironii – mówić to on potrafi) przemówienie. Za nim jeszcze Marta Lampart, a potem – bardzo elegancko – Włodzimierz Cimoszewicz. Powrót Cimoszewicza to ważne wydarzenie, lecz jakoś nie nadano temu właściwej oprawy. Ot, stanął i coś powiedział.

Bohaterem miał być Frasyniuk. Zwłaszcza że chory Wałęsa był nieobecny. Niestety Frasyniuk jakby nie wiedział, czego się od niego oczekuje. Wygłosił chaotyczne, niezbyt mądre, utrzymane w stylu Kaczyńskiego przemówienie „o wartościach”, niewolne od kiksów i niezręczności. Było po prostu słabo.

Ktoś mało znany odczytał wcześniej już publikowany list Wałęsy i Frasyniuka – mądry manifest, który powinien stać się początkiem poważnego zaangażowania politycznego. Lecz nikt w to nie wierzy. Za dużo dziś apeli i inicjatyw. Zresztą trudno oczekiwać od Lecha Wałęsy, że przebije się przez powódź zmasowanego hejtu, jaki urządzają mu Kaczyński i spółka.

Ale powiedzmy jednak, że przez pół godziny było na placu Zamkowym dobrze. Potem już jednak coraz gorzej. Kasprzak najwyraźniej rządził mikrofonem. I sam decydował, kogo dopuścić do głosu. Ten facet tak ma, że czym więcej mówi o tym, że czas ruchów społecznych skupionych wokół liderów się skończył, tym bardziej wyłażą z niego ambicja, apodyktyczność i narcyzm. Na placu Zamkowym był cyrk Kasprzaka, a my byliśmy jego małpami. Kazał nam przyjechać, to przyjechaliśmy. A potem po chwili kazał się rozejść, bo taką miał koncepcję. Czymże jest wszak nasza, maluczkich, pokora w porównaniu z upokorzeniem, jakiego doznali politycy?

Lubię to! Skomentuj Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale