użyczyłem bloga mojemu tacie ,by napisał o swoich świętach ....
Wigilie- tyle już ich było i tak bardzo się od siebie różniły…
O której napisać?
23 grudnia wyjechałem z domu do Warszawy, spałem w hotelu, żeby zdążyć na ranny samolot do Londynu. Potem przesiadka i wczesnym popołudniem wylatywałem do Nowego Yorku. Potem stale o zmierzchu kończącego się wigilijnego dnia przez 7 godzin leciałem. Byłem zmęczony, trochę niepewny jak ułoży się nowy kontrakt na niemieckim kontenerowcu i przede wszystkim rozgoryczony, że spotyka mnie to właśnie w Wigilię. Wtedy kiedy inni siedzą przy świątecznym stole…
Było milej niż sądziłem. Naprzód podróż z jakimś Grekiem z odbierającej mnie agencji przez zatłoczony, ale bajecznie kolorowy świąteczny Manhattan, potem wspólna z tymże Grekiem kolacja w jakiejś knajpie, a potem hotel, z którego nawet zdołałem zadzwonić do domu. Na statek zamustrowałem dopiero 2 dni później, po Świętach.
Jedne z najpiękniejszych Świąt. Jest parę dni po powrocie z kilkumiesięcznego rejsu Oleńka ma 5 lat, bliźniacy po 3 latka. Dzieci przyzwyczajają się do mnie na nowo. I tak na wszelki wypadek, żeby im tata znowu nie zniknął, nie odstępują mnie na krok. Muszę im tłumaczyć, że teraz wejdę do łazienki więc muszą poczekać. W pokoju – najlepsza zabawa- w śpiącego niedźwiedzia. Leżę na tapczanie a cała trójka obłazi mnie i budzi ze snu zimowego. „Budzę” się nagle i udaję, że chcę je zjeść. Zaśmiewamy się tak, że aż Basia zaniepokojona pyta z kuchni -skąd dochodzą świąteczne zapachy- cóż to takiego się dzieje.
Jesteśmy w Mogadiszu, w Somali. Przypłynęliśmy tu z mąką z World Food Program. Port wyładował mąkę ze statku a potem ładownia zaroiła się od ludzi, którzy na nabrzeżu, przy statku, od 3 dni czekali właśnie na to. Żeby mogli wyskrobać resztki mąki z dna ładowni. To co rozsypało się z worków… Ale teraz jest już gorący, tropikalny wieczór i wraz z kolegą zostaliśmy zaproszeni przez grupę młodych ludzi z jakiejś charytatywnej agendy ONZ. Siedzimy, nad brzegiem oceanu, w domu jakiegoś młodego Norwega, pijemy piwo, śpiewamy, rozmawiamy. Młodzi ludzie, woluntariusze głównie ze Skandynawii, którzy tu pracują, poruszeni są faktem, że niedaleko od miasta, na plaży znaleziono kilkudziesięciu zastrzelonych Somalijczyków. A przecież dotąd było tu tak bezpiecznie.
To była wigilia 1988 roku. Niewiele miesięcy przed wojna domowa i początkiem chaosu, który trwa do dzisiaj.
Jesteśmy w naszym komunalnym mieszkaniu w Poznaniu na wspaniałych 44metrach z toaletą na klatce schodowej. Jemy kolację wigilijną z Teściami. W sąsiednim pokoju śpi Oleńka-ma 6 tygodni. A stan wojenny trwa od 11 dni. Teściowie, oboje byli akowcy- opowiadają o pierwszej wojennej Wigilii.
Moje pierwsze kapitaństwo. W wigilię zostało nam do Baltimore jeszcze 2 dni. Idziemy tylko 2 węzły do przodu przeciwko ciężkiemu sztormowi. Wieje 9B fala około 5-6metrów wysokości, jednym słowem Atlantyk w całej swojej wspaniałości i potędze przeciwko nam. Co chwila kilkadziesiąt ton wody na pokładzie. Z 2 dni drogi do Baltimore zrobiło się cztery. Większość czasu spędziłem na mostku.
Od miesiąca to był główny temat na statku. Zdążymy do kraju czy nie. Zdążyliśmy. Główki Gdyni zobaczyliśmy w Wigilię rano. Basia przyjechała z Poznania, miałem służbę, więc kolację wigilijną jedliśmy na statku. Tego wieczora dowiedziałem się, że Mama miała operację. Otworzyli i zamknęli – nic się nie dało zrobić. Zostało jej parętygodni. Moje najsmutniejsze Święta.
Jestem jeszcze Chiefem, jest wigilia, stoimy w Sewilli ładujemy rude ołowiu.Coś nierówno sypią, nie tak jak chcemy, więc stale muszę być na pokładzie. Śpieszymy się, żeby wyjść przed świętami. Przychodzę z pokładu do mesy i widzę w lustrze jakiegoś kompletnie czarnego faceta. Jestem cały w ołowiowym pyle. Nie mogę się domyć w ciągu następnych paru dni. Ale w morze nie zdążyliśmy. Spędziliśmy piękne święta w Sewilli.


Komentarze
Pokaż komentarze (1)