Już słyszę te zawodzenia jaśnie oświeconych o dobrodziejstwie nowych zdobyczy: o wolnym rynku, europejskich standardach i egzotycznej turystyce. Trele morele! Kit i ciemnota! Toć w Unii socjalizm o niebo większy niż za późnego Gierka, a w niewidzialną rękę rynku wierzą już chyba tylko postmarksistowscy profesorowie nauk ekonomicznych. Im się zresztą nie dziwię, bo innego wyjścia nie mają. Za to silniej przemawiają do mnie przepychanki w osiedlowych ciucholandach niż polska mowa na tunezyjskich plażach. A gdyby nie przyzwolono nam na zmywanie irlandzkich talerzy i zmienianie pampersów grossmutterkom, już dawno pozabijalibyśmy się w walce o pierwszeństwo przy nurkowaniu w co zamożniejszych śmietnikach. Bolesne, ale prawdziwe.
Nie muszę chyba nikogo przekonywać o tym, że nic w przyrodzie nie dzieje się ot tak sobie. Bo zanim nos zacznie krwawić, w pobliżu musi pojawić się pięść. A skoro krwotok od lat nie ustaje, to nieodparty znak, że i bijący spoczynku nie zaznał. Sęk w tym, że trudno go dojrzeć. No, ale taki już jego wampirzy los, by pozostawać w cieniu. Ofiarą na szczęście nie trzeba być do końca świata.
W noc zaborów Polacy modlili się o wielką wojnę powszechną. Bynajmniej nie z zamiłowania do przelewu krwi, ale z czysto racjonalnych pobudek: tylko wzajemne skoczenie sobie do gardeł wszystkich naszych ciemiężycieli mogło urzeczywistnić marzenia o odzyskaniu niepodległości. Także i dzisiaj winniśmy trzymać kciuki za to, by poróżnili się ci, którzy grają Polską. Obojętnie komu służą i jaką odznakę noszą pod klapą marynarki, obojętnie, w jakim języku padają dla nich rozkazy. Niech wezmą się za łby i tęgo podduszą. "Zgoda buduje, niezgoda rujnuje" - i tego ostatniego im życzmy. Tak szczerze. Z całego serca.


Komentarze
Pokaż komentarze (3)