Warszawiacy mają już za sobą referendum w sprawie odwołania prezydent miasta stołecznego, pani Hanny Gronkiewicz-Waltz. Pani prezydent utrzymała swój urząd, a jej oponenci - ponieśli porażkę.
Do momentu, w którym w obozie zwolenników warszawskiego referendum inicjatywę posiadał Piotr Guział oraz Warszawska Wspólnota Samorządowa, można było mówić o sprawie lokalnej. Jednak kiedy owe referendum zostało przejęte przez partię Prawo i Sprawiedliwość, sprawa nabrała wymiaru ogólnokrajowego. Albowiem Jarosław Kaczyński i jego partia postanowili wykorzystać polityczny projekt Piotra Guziała, by wymierzyć kilka ciosów zarówno Platformie Obywatelskiej, jak i Donaldowi Tuskowi. Przecież prawdziwym celem bezpardonowego ataku PiS-u (oraz jego przywódcy) nie była pani prezydent Warszawy, ale urzędujący obecnie w Polsce premier Donald Tusk. „Wczoraj Elbląg, dzisiaj Warszawa, a jutro cała Polska” - tak podczas kampanii referendalnej w Warszawie brzmiał PiS-owski przekaz polityczny.
A prezes PiS-u ów komunikat głosił osobiście! Zresztą dla Jarosława Kaczyńskiego rozstrzygniecie warszawskiego referendum okazało się bardzo rozczarowujące, gdyż poniósł on w nim osobistą porażkę. Frekwencja okazała się niewystarczająca, by pani prezydent Hanna Gronkiewicz-Waltz została odwołana. Profesor Piotr Gliński, „premier RP na niby” i kandydat PiS-u na następcę pani Gronkiewicz-Waltz, nie przekonał do siebie warszawiaków. A wręcz odwrotnie... Warto zresztą zastanowić się, na ile oryginalne pomysły pana premiera „na niby”, które dotyczyły ewentualnych zmian w Warszawie pod jego rządami, skłoniły mieszkańców stolicy do bojkotu referendum. Głosowania, w którym PiS i jego liderzy walczyli o wszystko.
Partia Prawo i Sprawiedliwość odniosła niedawno kilka lokalnych zwycięstw wyborczych: najpierw w Rybniku, później w Elblągu, a w końcu - na Podkarpaciu. Jednak owe zwycięstwa nie posiadały dostatecznego impetu, by przekonać nieprzekonanych o wielkim come backu PiS-u na polskiej scenie politycznej. Tym bardziej, że zwycięstwo PiS-u na Podkarpaciu zostało jakby nieco przysłonięte występem posłów Adama Hofmana i Tomasza Kaczmarka, którzy postanowili... się pochwalić.
Rybnik, Elbląg i Podkarpacie… Tamtejsze wydarzenia nie pozwoliły Jarosławowi Kaczyńskiemu na odtrąbienie osobistego triumfu politycznego i ogłoszenie PiS-owskiego come backu. Z tego powodu prezes PiS-u zdecydował się na zawłaszczenie kampanii referendalnej w Warszawie. Albowiem w sytuacji, gdy owa kampania jednoznacznie kojarzyła się z Prawem i Sprawiedliwością (i z samym Jarosławem Kaczyńskim), odwołanie pani prezydent Hanny Gronkiewicz-Waltz mogłoby zostać wykorzystane propagandowo przez polityczny obóz Czwartej RP, jako osobiste zwycięstwo prezesa PiS-u.
Jarosław Kaczyński zawłaszczył referendalną kampanię w Warszawie na tyle, że owa kampania nabrała przekazu wyłącznie pisowskiego. Przecież najbardziej widoczne twarze kampanii referendalnej w stolicy były obliczami osób kojarzonych na ogół z PiS-em i z politycznym obozem Czwartej RP. Ale, jak to zwykle w PiS-ie bywa, coś poszło nie tak.
Zawiodła frekwencja i zawaliło się całe pisowskie marzenie o marszu ku zdobyciu władzy w Rzeczypospolitej. Jarosław Kaczyński - po raz siódmy z rzędu - przegrał wybory o zasięgu ogólnokrajowym. Jego partia znowu okazała się zbyt słaba, by pokonać swojego wieloletniego wroga - Platformę Obywatelską. Niska frekwencja w Warszawie obnażyła dodatkowo polityczną słabość PiS-u w stolicy. Albowiem, skoro frekwencja wyniosła 25,6 % (z czego 95 % biorących udział w referendum zagłosowało za odwołaniem pani prezydent), to należy uznać, iż wszyscy jej oponenci mieli do podziału polityczny kapitał składający się tylko z nieco ponad 24 % wyborców. Marny to wynik dla PiS-u, partii, która już sama uznała się - pod względem poparcia społecznego - za pierwsze i największe ugrupowanie w Polsce. Jednak warszawiacy prawdopodobnie nie usłyszeli tego komunikatu, ponieważ w zdecydowanej większości nie posłuchali pisowskiego apelu o zagłosowanie przeciwko pani prezydent.
Jarosław Kaczyński przegrał bój o Warszawę. Uczynił to w fatalnym stylu! Kiedy zostały ogłoszone pierwsze wyniki sondażowe, prezes PiS-u nie przemówił do swoich zwolenników. Tymczasem jeszcze dwa lata temu, kiedy Jarosław Kaczyński poniósł porażkę w wyborach parlamentarnych, po ogłoszeniu pierwszych wyników sondażowych zaapelował do pisowskigo ludu: kiedyś nam się uda. Jednak po ogłoszeniu sondażowych wyników referendalnych w Warszawie, Jarosław Kaczyński milczał i czekał. Być może czekał na cud?
Kiedy sondażowe wyniki zapowiadały, iż oponenci pani prezydent przegrali referendum, Jarosława Kaczyńskiego nie było widać. Na politycznym placu boju pozostawił swoich zwolenników i współpracowników. Usiłowali oni sprawiać dobre wrażenie, chcieli robić dobrą minę do złej gry. Oraz ratować, co tylko się dało, podczas telewizyjnej debaty z przedstawicielami zwycięskiej Platformy Obywatelskiej.
Kilkanaście dni temu Jarosław Kaczyński nazwał tych, którzy odeszli z PiS-u „dezerterami”. Jednak jak nazwać Jarosława Kaczyńskiego, który najpierw wydał Donaldowi Tuskowi i Platformie Obywatelskiej polityczną bitwę w Warszawie, a gdy okazało się, że ją przegrał to po prostu z tego pola bitwy zwiał?
W jeszcze gorszym stylu bój o Warszawę przegrał sam PiS. Kiedy okazało się, że pani prezydent pozostanie na swoim stanowisku jeszcze przynajmniej przez rok, przedstawiciele partii Jarosława Kaczyńskiego zaczęli mówić o - ich zdaniem - niekonstytucyjności tego referendum. Adam Hofman i Mariusz Kamiński zapowiedzieli, iż zamierzają zawiadomić Radę Europy o niekonstytucyjności tego głosowania oraz o łamaniu demokratycznych zasad w Polsce przez premiera i prezydenta. Albowiem przedstawiciele PiS-u są oburzeni, iż premier Donald Tusk apelował o referendalny bojkot w Warszawie. Do tego apelu, zdaniem PiS-u, przyłączył się również prezydent RP Bronisław Komorowski. I właśnie dlatego PiS na forum międzynarodowym zamierza złożyć kolejny donos na Polskę.
Tak, drodzy Czytelnicy, będzie to kolejny złożony za granicą PiS-owski donos na Polskę. Przecież już trzy lata temu Anna Fotyga wraz z Antonim Macierewiczem skarżyli się amerykańskim kongresmenom na Rzeczpospolitą. Twierdzili, iż polskie państwo nie dokłada wystarczających starań do wyjaśniania przyczyn katastrofy smoleńskiej. A w kilka miesięcy później rozpoczęły się tak zwane „wysłuchania” w Parlamencie Europejskim, zorganizowane przez europosłów Prawa i Sprawiedliwości. Podczas owych „wysłuchań” przedstawiciele PiS-u w Europarlamencie oraz zaproszeni przez nich goście, opowiadali każdemu, kto tylko chciał słuchać, że w Smoleńsku doszło do zamachu. Przy okazji sugerowali, iż najwyższe władze RP nie są w tej sprawie bez winy. Na szczęście PiS-owska inicjatywa nie spotkała się z większym zainteresowaniem, zarówno w Europarlamencie, jak również pośród przedstawicieli zagranicznych mediów.
Partia Jarosława Kaczyńskiego poniosła bardzo dotkliwą klęskę w politycznej bitwie o Warszawę. Nie pozostanie to bez konsekwencji dla samego PiS-u. Referendalna klęska otwiera bowiem w tej partii drogę do kolejnych rozłamów. Ktoś przecież będzie musiał ponieść konsekwencje za kolejne niepowodzenie Jarosława Kaczyńskiego w starciu z Platformą Obywatelską i Donaldem Tuskiem. Można domniemywać, iż będzie to Adam Hofman, który najprawdopodobniej zostanie zastąpiony przez skruszonego Adama Bielana. Jednak ta zamiana na stanowisku odpowiedzialnego za PiS-owską strategię polityczną, niczego już w tej partii nie zmieni. PiS przekroczył bowiem pewną polityczną granicę, zza której już nie ma powrotu.
Prawo i Sprawiedliwość zafundowało sobie bilet w jedną stronę. Nieuchronni zbliża się do politycznej równej pochyłej, która zapewne doprowadzi do rozpadu tej partii na dwa wrogie sobie obozy. Zanim to się stanie, można spodziewać się kolejnych spektakularnych wyjść z PiS-u. Warto zauważyć, iż w ostatnich miesiącach Bolesław Piecha i Zbigniew Girzyński mieli pewne wątpliwości, co do smoleńskiego zamachu i – co gorsza – z mediami dzielili się swymi obiekcjami. Co prawda w ostatnim czasie nie wspominali już o swoich wątpliwościach to jednak warszawska klęska PiS-u może spowodować, że obaj parlamentarzyści na nowo zaczną się wahać. Kto wie, może inni przedstawiciele PiS-owskiego świata również zaczną wątpić w PiS-owską sprawę i swojego wodza?
Ostatnie wydarzenia w Warszawie, związane z odwołaniem pani prezydent, niosą za sobą bardzo poważne konsekwencje już nie tylko dla PiS-u, ale także dla całego obozu Czwartej RP.
Po pierwsze, kampania referendalna w Warszawie odbiera wiarygodność tym prawicowym dziennikarzom i reżyserom filmowym, którzy propagowali tezę o powstaniu w Polsce - niezależnej od partii politycznych i zdolnej do dokonania wielkich zmian politycznych - siły obywatelskiej. Siły, która miała przybierać na znaczeniu. Tę tezę prezentuje pan reżyser Mariusz Pilis w swoim filmie „Bunt stadionów”. Zdaniem pana reżysera, taką niezależną społeczną grupę tworzą kibice i „stadionowi patrioci“. O rosnącej w siłę niezależnej grupie społecznej wielokrotnie mówił również redaktor Jan Pospieszalski. Jednak przebieg boju o Warszawę odbiera tym tezom wiarygodność. Albowiem referendalna kampania stołeczna pokazała, iż inicjatywy obywatelskie nie potrafią utrzymać się w przestrzeni publicznej, kiedy to obiekt ich inicjatywy jest przywłaszczany przez partie polityczne. Wbrew tezom niektórych prawicowych dziennikarzy i reżyserów filmowych, polskie społeczeństwo obywatelskie jest nadal bardzo słabe i przegrywa niemal każde starcie z partiami politycznymi. Dowody? Proszę bardzo. W Warszawie kura chciała być mądrzejsza od jajka, a została zjedzona przez kaczkę.
Po drugie, PiS zawłaszczył kampanię referendalną w Warszawie i doprowadził do klęski oponentów pani prezydent. Dla obozu Czwartej RP, nadal skupionego wokół PiS-u to bardzo ważne wydarzenie. Pokazuje ono bowiem, iż zarówno Jarosław Kaczyński, jak również jego partia, utracili możliwości mobilizacyjne. A - co za tym idzie - wybieralność i polityczną wiarygodność. Krótko mówiąc, współpraca z PiS-em przestała się opłacać, ponieważ prowadzi ona do nieuchronnej klęski politycznej każdego, kto się na nią decyduje. Co więcej, personalna klęska Jarosława Kaczyńskiego w Warszawie pokazuje, iż nie da się związać z tym politykiem ani politycznej przyszłości członków obozu Czwartej RP, ani przyszłości tego politycznego projektu. Trudno bowiem oczekiwać, iż myśl Czwartej RP ziści się pod przywództwem Jarosława Kaczyńskiego, który ciągle przegrywa. A zdaje się, że bezpowrotnie utracił on również wybieralność.
Trudno liczyć na polityczny sukces idei Czwartej RP, kiedy perspektywa owego sukcesu jest budowana na PiS-ie. Partii, która nieustannie przegrywa i nie jest w stanie realizować swoich celów politycznych. By przetrwać, obóz Czwartej RP będzie musiał poszukać sobie innego przywódcy. Zaś jego wyborcy będą musieli poszukać sobie innych politycznych projektów, ponieważ - mówiąc kolokwialnie - stawianie na PiS to bardzo ryzykowny wybór.
Być może klęska PiS-u w Warszawie sprawi, iż łaska Tadeusza Rydzyka zbawi Solidarną Polskę? Być może „Gazeta Polska” i jej Kluby zrezygnują z łaski Jarosława Kaczyńskiego i postanowią liczyć na swoje własne siły? Być może powstanie nowy projekt polityczny, w którego skład wejdą środowiska „Gazety Polskiej”, jej Klubów oraz jej wyznawców?
Jarosław Kaczyński przegrał bój o Warszawę i uczynił to w fatalnym stylu. Jego partia utraciła wybieralność, i - co gorsza - utraciła również zdolność do realizowania swoich politycznych przedsięwzięć oraz założeń. Z politycznego punktu widzenia PiS-u już nie ma. Po partii Jarosława Kaczyńskiego pozostał jedynie mit, który jeszcze przez wiele lat będzie służył przeciwnikom politycznego obozu Czwartej RP jako polityczny straszak. Ów obóz, by przetrwać, będzie musiał znaleźć sobie innego przywódcę. By przetrwać, obóz Czwartej RP będzie musiał postawić (bądź stworzyć) inny projekt polityczny, ponieważ Prawo i Sprawiedliwość nie może już nikomu udzielić żadnych politycznych gwarancji i to w żadnej sprawie.
Partia Jarosława Kaczyńskiego przegrała, przegrała po raz kolejny. Partia Jarosława Kaczyńskiego utraciła możliwości mobilizacyjne i nie potrafi przebić politycznego szklanego sufitu, który samodzielnie nad sobą zbudowała, za sprawą swej kilkuletniej antysystemowości. Na dzień dzisiejszy partia Jarosława Kaczyńskiego to jedynie bardzo skuteczny straszak, który na wszystkich przeciwników Czwartej RP działa mobilizująco, czy też - jak dowiodło rozstrzygnięcie warszawskiego referendum - demobilizujaco.
Donald Tusk znów nie ma z kim przegrać. Albowiem z punktu widzenia politycznego znaczenia, partii Jarosława Kaczyńskiego już nie ma. PiS-u już po prostu nie ma w polskiej przestrzeni politycznej!
* * *
Niepublikowane na portalu Salon24 teksty mojego autorstwa znajdą Państwo na moim blogu, pod adresem:
http://www.zbigniew-stefanik.blog.pl/
oraz w serwisie informacyjnym Wiadomości24, na stronie:
http://www.wiadomosci24.pl/autor/zbigniew_stefanik,362608,an,aid.html
Zapraszam Państwa do ich lektury i merytorycznej dyskusji.



Komentarze
Pokaż komentarze (5)