Polska, czy raczej dawna Polska, to (był) stan równoległy. Co innego czujesz i myślisz, co innego widzisz i słyszysz. Żeby było szybciej, zacznę od podsumowania, nawet jakby jakiś światły polonista zrugał mnie za tę ekwilibrystyczną konstrukcję. Wszystkie te urzędy nie-urzędy, ośrodki pomocy, akcje, może nawet fundacje i inne łapiące za serce podmioty, nawet z samej tylko nazwy, czy to państwowe, samorządowe, czy prywatne, to w najczystszej postaci fikcja. Cała ich wartość, to gdy jest się ich zarządcą, pracownikiem, czy w inny sposób (fakturami, zleceniami etc.) zdolnym do przekucia jakichś pieniędzy publicznych na prywatne.
Dotarło to do mnie tym mocniej, że sam byłem współzałożycielem i pierwszym prowadzącym organizację społeczną, która autentycznie, własnym sumptem pomagała ludziom; można powiedzieć, takie samoopodatkowanie wrażliwych na los drugiego Polaka w lokalnym środowisku. Stricte pomagaliśmy dzieciom, lecz tak naprawdę przynosiliśmy ulgę ich rodzicom czy opiekunom w czasach sprzed 500+ i mnóstwa innych teraźniejszych plusów dla wybranych – niekoniecznie potrzebujących. Na domiar rzecz działa się w krainie kontrastu, gdzie jedni obnosili się Kindergeldem, a drudzy węszyli, czy jeszcze jakieś odpadki po PGR szłoby wygrzebać. Spoglądając z wyższego pułapu, poniekąd pomagaliśmy naszemu państwu, nadrabiając jego niedostatki, aczkolwiek nie nazwałbym ich socjalnymi.
Człowiek nie ma o tym pojęcia, bo swą naturą (dziedzictwem? wychowaniem? – nie wiem) haruje w imię polepszania swego bytu, a system ma tak sprytnie obliczony jego plan wykorzystania, by zanadto nie pozostawiać mu czasu na analizowanie otoczenia. U mnie było tym gorzej, że – jak zdążyłem gdzieś napomknąć – niemal u zarania dorosłości wyrzuciłem telewizor, potem kolejno radio i prasę. I teraz mam za swoje, bo straciłem rachubę zmieniającej się rzeczywistości, podczas gdy przeciwnik szedł na bieżąco. Na ponowne wstrzelenie się już za późno, zbyt dużo się zmieniło, jak dla mnie – wszystko.
Bo też człowiek ani w najśmielszych snach nie śnił, by kiedykolwiek sam mógł potrzebować faktycznej pomocy (nie mylić z doradztwem i innym ciepłym słowem), ani nie uczył się, jak walczyć o swe racje, jak bronić swego dobytku, osiągnięć, jednym słowem życia. Przed kim bronić? No, przed złymi ludźmi, jak to w przyrodzie, zwykły łańcuch pokarmowy, większe zjada mniejsze.
Choć były sygnały sygnały ostrzegawcze, jak choćby z ust światłego Polaka, bliskiemu reformie emerytalnej 1999. Załapałem się wtedy, poniekąd służbowo, na takie szkolenie, ale bardziej prywatne czy zaufane niż publiczne. Facet powiedział krótko: proszę państwa, ani grosza włożonego w ten system w przyszłości nie zobaczycie. Grupowo, choć – z szacunku do faceta – w milczeniu uznaliśmy go za idiotę, po czym w dobrych humorach rozjechaliśmy się.
Potem byłem na jakimś szkoleniu z podpisu elektronicznego czy coś w ten deseń. Legalnie padło, że to wszystko ma służyć nie ułatwieniu naszego postępowania, ale pełniejszej jego kontroli. Tradycyjnie potraktowaliśmy to jako anegdotę towarzyską, taki przerywnik, by słuchacze nie pospali.
Aż zmuszony zostałem pomyśleć, że jak mam dość sporo nadrobionego wkładu w moje państwo, począwszy od służby ojczyźnie i setek darmowych nadgodzin, dniówek, nocek, miesięcy i lat w słońcu, na deszczu i mrozie, poprzez wypalony w imię tego wzrok i równie zrujnowany kręgosłup, zresztą nie tylko kręgosłup, na wzorowo i ówcześnie relatywnie nie najniższych składkach, PITACH, VATACH i czym tam jeszcze wszelakim skończywszy, to choć ułamek tego w potrzebie odzyskam. A później, jako wróg socjalizmu, znów odrobię.
I tak przeszedłem sobie od lekarzy po prawników, nigdzie nie kryjąc, że jestem Polakiem. Z lekarzami najbardziej pechowo, zwłaszcza że starzy akurat poumierali, a młodzi masowo przekwalifikowali się na leczenie tylko jednej choroby. Do MOPS czy PUP nawet nie zamierzałem docierać; dość, że poznałem przypadki innych, doświadczonych tymi instytucjami (ścieżkami zdrowia?) ludzi, z naciskiem na niesamotne matki. O darach na WOŚP, Caritas, czy 1% OPP udaję, że nawet nie pamiętam. Nawet gdybym chciał, mą pamięć musiały wypełnić terminy wezwań i innych straszaków żądających tłumaczenia, dlaczego frajersko pozwoliłem sobie na odebranie całego majątku, a tym samym jakiejkolwiek perspektywy. I co Polsko?
To chyba tyle, by wybrnąć z rozterki, która mnie naszła przy poprzednim wpisie. Zgoda, z niektórymi Polakami polubiłbym się, mimo wszystko dość sporo przyjaźnie nastawionych, wyzbytych cwaniactwa i egoizmu poznałem. Polski nie żałuję, że się skończyła. Mogę tylko żałować, że Niemcy – przynajmniej na razie – nie odbiorą sobie pasa od Pomorza po Śląsk, akurat załapałbym się, na nadzieję i w udawaniu, że to też suwerenne państwo. Czy tylko ja zaczynam lubić naszego oprawcę?
Inne propozycje tytułów tego wpisu miałem takie: Wiosna, ach to Ty!, Nie mierz wszystkich swoją miarą.


Komentarze
Pokaż komentarze (1)