„Mały doboszu, wstań i idź…”
Znów wylewam hektolitry czarnej flegmy, na kartkę, na monitor, na uszy najbliższych, którzy są jeszcze w stanie słuchać mojej złości. Czytam, klnę, bluzgam, czytam dalej. Bzdury denerwują mnie każdego dnia coraz mocniej. Medialne kłamstwa, skrajny subiektywizm, manipulacje – poznaję biznes od środka, już wiem jak wygląda. Powinienem założyć modną koszulę i buty cwaniaczki, dołączając do towarzystwa? Powinienem napisać tak, by wszystkim się podobało, by każdy był zadowolony? Czuję presję, choć jestem zaledwie pionkiem w tej wielkiej partii. Choć siedzę na trybunach, czuję, że zarząd klubu i trener patrzą spode łba na każdy mój ruch. Choć kibice mnie nie rozpoznają, widzę ich furię, gdy uderzę w trybuny. Jasne, widzę też ich wiwaty, gdy piłka trafia do celu, lecz brawa w dzisiejszych czasach nie mają już żadnej wartości ani symboliki. Presja. Oczekiwania. Wiem, że zarząd tak naprawdę nie patrzy na mnie, że trener nie dokonuje zmian w kadrze meczowej, żeby mnie udupić. Wiem, że mój klub walczy przede wszystkim o to, by utrzymać swoich czołowych zawodników, a przy okazji może zarobić trochę pieniądza. Zdaję sobie sprawę, że jestem ich wrogiem nie z powodu gry, słabej gry, nie z powodu różnych incydentów. Jestem ich wrogiem, bo przynoszę zmiany! Bo my je przynosimy!
„…choćby cały świat się zawalił…”
Powiedzą, że nie umiem i zresztą nie będzie to kłamstwem. Jestem za młody, za mało doświadczony, za dużo czasu zmarnowałem, za mało czasu poświęciłem. Nie słucham, często odrzucam z góry wątpliwości. Dopiero potem dochodzę do prostych wniosków, że odrzucenie było jak najbardziej słuszne. Ale co jeśli kiedyś nie uzasadnię swojego wyboru? Co jeśli kiedyś ktoś mnie zagnie? Prowadzę milion dyskusji, choć tępię pióro i wycieram białe napisy z czarnej klawiatury bez żadnego efektu, wciąż pragnę odpowiadać. Nie pozostaję bierny, gdy ktoś obraża moją orkiestrę. Nie umiem siedzieć cicho, gdy ze świecznika strąca się ogień, który rozpalał i na nowo rozpala każdego dnia tysiące, jeśli nie setki tysięcy osób. Teraz wiem, że jeśli żyłbym wtedy złapałbym fortepian nim sięgnął bruku. Kim jestem by tak twierdzić? Karcę się w myślach, bo znów pokora walczy z narcyzmem, kolejny raz amok twórczy przeplata się z niemocą i lenistwem, a także rezygnacją. Po co to wszystko, przecież mógłbym im wszystkim przyznać rację i albo swoje-wiedzieć gdzieś w głębi, albo istotnie zdać się na konformistyczne wpływy i myślenie pozostawić grupie. Powiedzieć: no w sumie macie rację, przepraszam za moją wcześniejszą krnąbrność. Przytulili by mnie do piersi? Pozwolili zarabiać, żyć, pracować? Wygodne życie w zamian za kastrację własnego mózgu?
„…musisz iść i w bęben bić…”
Nie milknę, choć nie wiem czy mam rację. Ufam logice, ubóstwiam ją, kocham, nocą wymykam się z domu i spaceruję ramię w ramię z nią po wyludnionej bałuckiej alei. Czasem mówi mi że się mylę, przepraszam wówczas i przyznaję się do błędu. Ale dzieje się to cholernie rzadko, o wiele rzadziej niż ataki na mnie. Czemu wbijają w moje serce miecze, skoro dzięki obronie tej subtelnej dziedziny naukowej zamieniam ciało w pancerz? A przede wszystkim skoro ja idę wraz z nią, to kto idzie z nimi? Mój największy koszmar to zakończenie tej cudownej relacji. Nie wiem kim bym był bez niej, nie wiem jak broniłbym się przed krwiożerczym otoczeniem bez niej. Przeceniam się, chełpię, nikt tak naprawdę mnie nie atakuje bo i ja sam jestem… nikim. To znów ona, znów ma rację, ale w swojej nieomylności zapomina o emocjach. Nie muszę przecież toczyć bojów z Goliatem, nie liczę że najświetniejsze mózgi pochylą swój rozsądek by stoczyć ze mną śmiertelną walkę. Poza tym czyją stronę wtedy wzięła by moja kochanka? Lecz każda wymiana ciosów pod osiedlową budą serwującą kebab i tanie alkohole, każdy kuksaniec gdzieś w ciemnej bramie łódzkiego śródmieścia, każdy kopniak w ciasnych pubach Piotrkowskiej – to wszystko nie traci znamion wojny. Skoro mnie biją, tak bezlitośnie i bezmyślnie, tak bezrefleksyjnie i tak kompletnie wbrew jej zaleceniom, wbrew Logice, to dlaczego nie mam prawa uważać się za… Kogoś.
„…przed siebie, dalej i dalej!”
Ambicje nie dają mi żyć. Wiem, że ona jest przy mnie i wiem, że z nią mógłbym pokonać nawet Goliatów. Wiem, że nie opuściłaby mnie, wiem, że dałbym radę. Co więc stoi mi ciągle na przeszkodzie? Może właśnie minimalizm? Ostatecznie zadowalam się udowodnieniem plebsowi, że jest plebsem. Dowiedzeniem prawd w opinii tęgich głów oczywistych. Skoro wyważam wciąż otwarte drzwi, czy dadzą mi wykonać skok na bank? Łom już mam, teraz potrzebuję czegoś innego, czegoś większego i bardziej adekwatnego do grubej roboty. Wepchnę się tam pozostając jej wierny. W końcu otworzę wrota skarbca, w końcu przebiję się przez ochronę i będę tam. I nie przywlokę się tam w tym celu co oni, by wynieść złoto i platynę, ale by wynieść spiż, i drewno na opał do podłożenia ognia pod ludzkie łóżka. Spokojnie śpiący, chłonący słowa – tak sprzeczne z moją ukochaną – z ust proroków nowego, bezkrytycznie przyjmujący za swój sen wizje misjonarzy ze sztyletem zamiast krucyfiksu… Podpalę im łóżka, by ogień wygonił z nich odrętwienie. Wejdę na to boisko, stanę przed tysiącami kibiców w dupie mając zarząd i innych graczy. Wreszcie głośno i wyraźnie powiem, że to stare jest dobre, a nowe zepsute. Ona mi przytaknie. Wykrzyczę, że to ona jest najważniejsza, to jej mamy hołdować, to ona doprowadzi nas do swojej najlepszej przyjaciółki, której tak naprawdę wszyscy poszukujemy. Prawda nie jest łatwa w obejściu, ciężko ją poderwać samemu, trochę się dąsa, zadziera nosa, a na parkiet nie wychodzi nawet przy szlagierowych kawałkach granych przez wyrafinowanych dyskotekowych didżejów. Jeśli jednak ruszysz do niej w towarzystwie mojej kobiety, zaprezentuje ci wszystkie swoje wdzięki. To chora manifestacja skrajnego ekshibicjonizmu, ale muszę wciąż to robić. Nawet jeśli obie się ze mną bawią, mamią ładnymi słówkami, porzucają, potem powracają obie naraz, lub jedna z nich, warto, bo czy liczy się cokolwiek innego? Nawet jeśli to nie jest droga do raju, wierzę że lepszej nie ma.
Notka powstała na gorąco po wysłuchaniu niebywale udanego singla grupy Parias - Dobosz, oraz po bliższym zapoznaniu się z wierszem Joanny Kulmowej o tytule "Werbel".



Komentarze
Pokaż komentarze