55 obserwujących
5343 notki
1898k odsłon
  109   0

Dlaczego poważna dyskusja polityczna jest niemożliwa

Marek Budzisz zaproponował poważną dyskusję nad kwestiami polityki zagranicznej i porozumienia ponad podzialami.

Dyskusja, poważna czy też nie, zaklada dobrą wolę i akceptację drugiej strony. Tu trzeba się zastanowić nad istniejącym faktycznym stanem rzeczy jeśli chodzi o relacje między różnymi stronami sporu. Trzeba znależć adekwatne przyklady, pozbawione okoliczności dodatkowych zaciemniających istotę rzeczy.

Takim przykladem może być Ameryka, bo jest państwem suwerennym a amerykańskie siły polityczne opierają się na interesach wewnętrznych. Widać tam ostry spór o charakterze ideologicznym, który pomija kwestie naturalnego interesu społecznego, zastępując go kuriozalnymi ideami  zaczerpniętymi z wizji ideologicznych. Dyskusja mozliwa jest tylko wtedy, gdy dotyczy faktów, a nie ideologii, więc nie powinno dziwić, że debaty tam brak i zamiast niej toczy się zimna wojna kulturowa.

W przypadku Polski mamy do czynienia z sytuacją odmienną - poważnego ograniczenia suwerennośći wynikającej z zaszłości historycznych jak i przynależności do Unii Europejskiej i wad mentalności postkomunistycznej. Ta sytuacja sprawia, że są w Polsce siły reprezentujące interes zewnętrzny, które nie są zainteresowane debatą polityczną, lecz wyłącznie odsunięciem PIS od władzy, bo takie mają zlecenie. Nie interesuje ich polski  mandat demokratyczny uzyskany w wybiorach w oparciu o narodowy program polityczny, lecz punkt widzenia mocodawców zagranicznych.  Tak więc będą oni próbować minimalizować wpływy władzy polskiej a realizować agendę ideologiczną zleconą  przez Unię i środowiska demoliberalne i dążyć do przejęcia władzy dowolnymi środkami.

W ten sposób mamy do czynienia z dwoma czynnikami wykluczającymi realną debatę polityczną.  Z tego właśnie punktu widzenia możemy oceniać próby inicjowania takiej debaty.

Do dyskusji zaproponowanej przez MB zgłosił się prof. Andrzej Kisielewicz, którego tekst publikuje  tygodnik "Sieci". Autor uważa, ze dyskusja w formacie zaproponoewanym przez MB jest niemożliwa. Uzasadnia to tak:

"Polska debata publiczna zdominowana jest przez dwie narracje propagandowe, gdzie jedna propaganda jest jest bardziej prymitywna niż druga, a druga bardziej kłamliwa niż pierwsza. W tę narrację wpisuje się większość polityków /.../ i niestety znaczna część dziennikarzy. Taka otwarta wojna propagandowa to oczywiście bardzo niekorzystnewarunki do jakiejkolwiek poważnej rozmowy. Niemniej MB wysuwa jakżę słuszny postulat, że pewne obszary powinny być wyłączone z bieżącej walki politycznej, w tym z np. polityka zagraniczna. Nie bierze on jednak pod uwagę, że owo przekonanie samo w sobie ma charakter konserwatywny i tradycyjny i druga strona sporu nie musi go podzielać. I niestety nie podziela.

Jeśli bowiem odrzeć polityczny spór z propagandowych ornamentów i świadomych kłamstw, to sprowadza się on do tego, jaka ma być Polska: niepodległa i suwerenna czy też stanowiąca  podległą część zintegrowanej, sfederalizowanej Europy. Otóż ta druga opcja nie jest taka głupia, jak mogłoby się wydawać zadeklarowanemu patruiocie. Nie jest to wprawdzie polska tradycja (bardziej pasuje do Czechów), ale przekonanie, że najlepiej będzie mi się żyło, gdy Europa wchłonie Polskę instytucjonalnie, gdy w zasadniczych sprawach decydowac będzie rząd europejski ( a niechby i niemiecki), da się racjonalnie uzasadnić./.../

MB założył, że oczywistością jest dążenie Polski do bycia silnym i suwerennym krajem europejskim. Tymczasem zwolennikom opozycji wydaje się to mrzonką, "machaniem szabelką". Wedle ich przekonania są tylko dwie opcje: albo damy się wchłonąć Europie i Europa nas będzie bronić jak samej siebie, jak należącego do niej terenu, albo wpadniemy nieuchronnie w strefę wpływów Rosji. Jeśli ktopś opiera się Europie, kwestionuje nadrzędność europejskich instytucji., to znaczy, że wpycha nas w ręce Putina. Logiczne ? Logiczne, jeśli wyklucza się możliwość Europy suwerennych narodów, w ktorej Polska uzyska silną i wpływową pozycję."

Następnie autor przechodzi do analizy elektoratu i jego mozliwych reakcji na owe propagandowe opcje i stwierdza, że liczba zadeklarowanych patrriotów jest większa niż  zadeklarowanych zwolenników dominacji Europy nad Polską, lecz ta druga liczba może ulec zwiększeniu pod.wpływem rozdmuchiwanych emocji i agresji politycznej. I tak oto oczenia rolę Tuska w tym zakresie:

" Nie da się wykluczyć, że rozhuśtywanie emocji przez Tuska to nie jest ani brak wyczucia i zrozumienia dla dzisiejszej Polski, ani gra na wykluczenie konkurentów we własnym obozie, lecz przede wszystkim chęć sprowokowania strony przeciwnej do  takiej samej agresji. Tusk wie, że największym atutem obozu rządzącego jest jego polityka socjalno-gospodarcza, realne sukcesy w tym zakresie, i że zdecydowana większość rozsądnie myślących wyborców przede wszystkim dlatego wspiera PIS. Zależy mu więc na tym, zeby górę w ZP wzięły patriotyczny radykalizm i antyeuropejskość, żeby doprowadzić do stanu wojny z Europą - i żeby to było główną osią wyborczego sporu, a nie sprawy socjalne i gospodarcze, gdzie stoi na z góry straconej pozycji. Wtedy - tak zdaje się myśleć otoczenie Tusjka - welektorat pragnący spojkoju, widząć ponownie wojownicze oblicze PIS, wybierze zmianę."

W zasadzie możnaby się, na pierwszy rzut oka, zgodzić z tymi tezami, szczególnie z tą ostatnią. Ale zupełnie inaczej patrzę na kwestie poruszane na początku, a szczególnie owe "dwie narracje".

No, nie tak zaraz hop, siup - mamy dwie symetryczne narracje i sprawa wyjaśniona. Najpierw trzeba ustalić skąd się owe dwie narracje wzięły i jakim celom służą.Trzeba te narracje rozpatrywać na gruncie konkretnych struktur społecznych. No i tyrzeba ustalić, jakie są strony sporu i ich uwarunkowania i powiązania, a zatem i wiarygodność..

Mamy tu przecież do czynienia z typowym redukowaniem polityki do werbalistyki propagandowej, a umyka kwestia struktur społecznych i interesów kryjących się za owymi narracjami. Która strona reprezentuje interes narodowy i realne rozumienie rzeczywistych procesów społecznych, a która wąski interes grupowy lub interes mecenasów zagranicznych, czyli krótko mówiąc struktury patologiczne ? Patologia jest patologię i nie nakleży jej próbować racjonalizować.

Ponadto warto mieć na uwadze, która strona dysponuje argumentami prawdziwymi, a która nieustannie klamie, co wyklucza zaufanie do niej, a zaufanie jest niezbędnym elementem kapitału społecznego.

Kwestia druga, która także została potraktowana powierzchownie, dotyczy utopijności pewnych poglądów. Mrzonką jest bowiem, oparta na błędach multikulti, teza, że mozliwe jest stworzenuie sfederalizowanje Euiropy. Jest to technicznie nie do zrealizowania. Można oczywiście próbować to zrealizować, ale efekt będzie taki, że wyleje się dziecko z kąpielą. Źródłem bowiem dynamiki europejskiej jest zróżnicowanie kulturowe Europy, a homogenizacja zabiłaby kreatywność. Są też przyczyny polityczno-demograficzne - po pierwsze nie ma naturalnego elektoratu europejskiego i nie ma demokratycznych procedur, które uczyniłyby sfederalizowaną Europę Europą demokratyczną.  A po drugie niemożliwe jest zarządzanie takim ogromnym organizmem, czego dowodzą kłopoty z globalizacją.

Także pierwsze próby ścislejszego powiązania krajów europejskich w postaci stworzenia strefy euro okazały się nieudane, a w przypadku Grecji zakończyło to się katastrofą. O przypadkach Włoch czy Hiszpanii milczy się, bo to też kompromitacja. Takie projekty są dziełem garstki ideologów i niekontrolowanej eurobiurokracji, które nie ma żadnych racjonalnych, naukowo weryfikowalnych podstaw.

Tak więc z calego tekstu ostał się jako zasadny tylko argument o strategii Tuska. Ale to też było z góry wiadomo, bo nie mozna mieć zaufania do takiego człowieka o ujemnej wiarygodności.

Poważna dyskusja ponad podzialami czy bez podziałów nie może ograniczać się do kwestii czysto politycznych w stylu " co zrobił lub powiedział Kaczyński i co na to powie Tusk ?". Prawdziwa dysksja na tematy polityczne powinna zaczynać się od wyłożenia narzędzi analitycznych z poziomu wyższego niż polityka  i politologia i powinna uwzględniać ramy teoretyczne narzucone przez  socjologię, psychologię spoleczną, neurobiologię i teorię ewolucji, tak jak dyskusja nad wszechświatem musi zaczynać się od fizyki. Musi być przyjęty poprawny algorytm teoretyczny.

A jeżeli ktoś ma płonne nadzieje, że da się z tym środowiskiem poważnie racjonalnie debatować, to niech zastanowi się nad wydarzeniami z innego kraju, które doskonale ilustrują "standardy" tego środowiska.

https://niezalezna.pl/410789-to-biden-powinien-zrezygnowac-nominaci-trumpa-odmowili-odejscia-ze-stanowisk

Na portalu wpolityce znalazłem interesujący tekst, poświęcony kompromitacji "opozycji", z którego zacytuję fragment:

"Mówiąc jeszcze krócej: wariaci kontra normalsi, rewolucjoniści kontra obrońcy zasad elementarnych, likwidatorzy kontra rozwojowcy, zamordyści kontra wolnościowcy, kopertowcy kontra uczciwi."

https://wpolityce.pl/polityka/566336-cos-bardzo-waznego-dzieje-sie-na-naszych-oczach

No i ten tekst pokazuje jednoznacznie, dlaczego dyskusja z takimi ludźmi jest niemożliwa.

.

Lubię to! Skomentuj6 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale