Wczoraj nie wpuszczono do Zjednoczonego Królestwa holenderskiego posła Geerta Wildersa. Brytyjskie ministerstwo spraw wewnętrznych już wcześniej ostrzegało, że Wilders ma zakaz wjazdu do Wielkiej Brytanii. Wilders demonstracyjnie jednak zakaz próbował złamać: dostał wszak zaproszenie od jednego z brytyjskich lordów. Lord Pearson z Independence Party zaprosił posła, aby pokazał w Izbie Lordów swój kontrowersyjny film poświęcony islamowi. Wszystko właśnie przez wspomniany film i wypowiedzi posła na temat islamu. Wilders nazwał Koran „faszystowską książką”. Przekonywał, że istnieje niewielka różnica między świętą księgą muzułmanów a Mein Kampf. Rozpowszechnianie Koranu podobnie jak dzieła Hitlera powinno zostać – zdaniem Wildersa – zakazane.
Przypadek Wildersa nie jest odosobniony. Ostatnimi czasy wstępu do Wielkiej Brytanii odmawiano wielu ludziom: m.in. aktywistom związanym z obroną praw zwierząt (ze względu na radykalną retorykę potępiającą „mordowanie” zwierząt i usprawiedliwiającą przemoc w stosunku do „morderców” zwierząt) czy islamskim duchownym (ze względu na nazywanie samobójców-zamachowców mianem „męczęnników” czy antysemickie i homofobiczne wypowiedzi).
Wilders zapowiedział, że wkrótce znów będzie próbował wjechać do Wielkiej Brytanii. Jego film pokazano w Izbie Lordów mimo jego nieobecności. Oglądnęło go około 30 osób. Mniejsza o film. Nie o film tu idzie, lecz o nowe podejście do obywatelskich wolności i bezpieczeństwa. Oto w klasycznym liberalnym państwie, gdzie pokolenia polityków i obywateli wychowały się na lekturze O wolności Johna Stuarta Milla wolność wypowiedzi zdaje się tracić na wartości. Mill granicę wolności słowa rozciągał dość szeroko: w zasadzie mówić i pisać można wszystko pod warunkiem, że wypowiedź nie będzie prowadzić bezpośrednio do fizycznej przemocy. I tak dla przykładu zdaniem Milla dopuszczalne jest głoszenie, że własność prywatna to kradzież. Jednak wykrzykiwanie takich słów do wzburzonego tłumu zgromadzonego przed domem kupca jest już przestępstwem. Coraz częściej jednak obywatelom i rządom wielu państw wydaje się, że są w pozycji owego kupca zagrożonego przez rozemocjonowany tłum. Wystarczy nieodpowiednie słowo i dojdzie do niekontrolowanej erupcji przemocy.
Echo takiego sposobu myślenia pobrzmiewa w wypowiedzi brytyjskiego ministra spraw zagranicznych broniącego decyzji o niewpuszczeniu Holendra: „jesteśmy głęboko przywiązani do swobody wypowiedzi ale nie ma wolności do krzyczenia <pali się> w zatłoczonym teatrze i nie ma wolności do wzbudzania waśni, religijnej i rasowej nienawiści – wedle prawa naszego kraju”. Wtóruje mu jeden z urzędników Liam Byrne: „ten człowiek nie przyjechał tutaj, aby korzystać z prawa do wolności słowa. Przyjechał tutaj, aby próbować zasiać niezgodę (podziały) między mieszkańcami tego kraju (...) Wszystko, co o nim słyszałem wskazuje na to, że jest on uprzedzony i nietolerancyjny i lepiej niech po prostu zostanie w domu”. Zabraniając wjazdu Wildersowi do Wielkiej Brytanii powołano się na prawo unijne: pozwala ono państwu członkowskiemu na taką decyzję, jeżeli dana osoba zagraża „publicznemu porządkowi” lub „narodowemu bezpieczeństwu”.
Daleko mi do poglądów Wildersa. Z większością tego, co mówi się nie zgadzam. Jednak holenderski poseł, nie chciał wjechać do Wielkiej Brytanii, aby urządzać demonstracje, zamieszki czy prowokacyjne pochodzy w muzułmańskich dzielnicach. Nawet jeżeli mówi, pisze czy pokazuje głupoty, to od tych głupot do przemocy droga daleka... Wydaje się jednak, że w powszechnej opinii ta droga się staje się coraz krótsza... Niebezpiecznie krótka. Bezpieczeństwo narodowe über alles?
Komentarze
Pokaż komentarze