Nie ustaje medialna burza wokół książki mgr Zyzaka: scena publiczna podzieliła się na obrońców i krytyków autora książki o Wałęsie. Nastąpił nagły wysyp ekspertów od metodologii badań historycznych. Chociaż książka ma kilkaset stron, to największe zainteresowanie budzi sprawa rzekomego nieślubnego dziecka Lecha Wałęsy. Miał nieślubnego syna czy nie miał syna? Czy świadkowie, na których powołuje się autor są wiarygodni czy nie są wiarygodni? I padają argumenty za i przeciw...Jak wiarygodni skoro są anonimowi? Nie są anonimowi, ponieważ nazwiska są znane autorowi i promotorowi. Ba, autor nagrał nawet ich zeznania. A osoby znane z imienie i nazwiska kłamać, koloryzować, powtarzać plotek nie mogą.
Dawno nie słyszałem bardziej naiwnej argumentacji i dla badacza zupełnie niezrozumiałej. Pytanie powinno brzmieć: w jaki sposób autor ustalił stopień wiarygodności świadków. W tym celu trzeba przeprowadzić krytykę zródła i ustalić co mogli wiedzieć świadkowie w kontekście interesującego nas pytania badawczego, skąd tę wiedzę czerpali, itd., I nie chodzi to konfrontację relacji świadka z relacjami innych świadków – przynajmniej nie w tej sprawie... Plotka powtórzona tysiąc razy nawet pod własnym nazwiskiem nie staje się przez to bardziej prawdziwa. Jeżeli już tak wszystkich sprawa rzekomego dziecka interesuje, to łażenie po wsi i wypytywanie nie jest najlepszą metodą. Skąd świadkowie mają wiedzieć kto był ojcem? Byli przy poczęciu?
Komentarze
Pokaż komentarze (4)