Jako ojca czwórki dzieci osobiście obrażają mnie tego typu wypowiedzi polityków. I nie ważne czy sami mają potomstwo, czy nie. Oburza mnie to, że mają czelność wypowiadania się instumentalnie o innych ludziach. To poniża ludzką godność, bo nie jestem maszynką reprodukcyjną, która ma dawać satyfakcję bezpłodnym politykom.
Decyzja o chęci posiadania potomstwa należy do rodziców. Do kobiety i mężczyzny. Wszelkie ingerencje ze strony państwa (zarówno „wspierające”, jak i np. dopłaty do antykoncepcji, bądź „in vitro”, banków spermy itp. uważam za wykraczanie poza kompetencje instytucji państwowych). Dzieci biorą się z miłości, a nie z programów rządowych.
Nie słyszałem dotąd, ani nie czytałem o sensownym rządowym projekcie odpowiadającym na rzeczywiste problemy, z którymi borykają się rodziny w Polsce. Zacznę od spraw najprostszych i równocześnie najdotkliwszych.
1. Premier chce by matki nie odsuwały w czasie decyzji o rodzeniu dzieci. Ha! On naprawdę myśli, że karierą, zarabianiem pieniędzy, kupowaniem mieszkania czy budowaniem domów zajmują się niedorozwinięci umysłowo, moralne i społecznie pół-ludzie? Przecież w polskich warunkach decyzja o odsunięciu macierzyństwa jest raczej dowodem najwyższych wyrzeczeń oraz racjonalności! W społeczeństwach prymarnych żonę kupuje się, by dowieść, że się jest samodzielnym mężczyzną, zdolnym utrzymać rodzinę. W XXI wieku małżonkowie chcą wspólnie odpowiadać za rodzinę. I razem planują, kiedy będzie ich stać na dzieci.
2. Tak, dzieci, to gigantyczny wydatek (pamiętamy wyliczenia zaprezentowane jakieś dwa lata temu w „Rzeczpospolitej”: wychowanie dziecka, to jak kupienie Maybacha).
3. Na dzieciach najbardziej dorabia się… Skarb Państwa. Bo właśnie państwo jako takie najbardziej wyzyskuje tych obywateli, którzy ośmielili się mieć dzieci. Jak to robi? Policzcie wszystkie koszty, które trzeba ponieść, żeby wychować dziecko. A teraz zobaczcie, jaką część tych kosztów stanowią podatki. I co?
4. Przykład: Żeby utrzymać rodzinę, oboje z żoną musimy pracować więcej. W zeszłym roku zarobiliśmy więc nieco ponad to, co państwo (fiskus) pozwala zarobić, żeby płacić podatek 19 procentowy. Nie mamy możliwości korzystania z ulg (poza Internetem). Ponosimy ogromne koszty dojazdów (z własnej kieszeni, dojeżdżamy nawet ponad 70 km w jedna stronę, pracujemy w co najmniej dwóch „firmach”). Ponieważ fiskus nie traktuje nas jako rodziny, tylko jako niewolników, musiałem przy rozliczeniu PIT dopłacić skarbówce jedną miesięczną pensję mojej żony.
5. Widocznie tak jest „sprawiedliwiej”, żeby zgodnie z „prawem” traktować mnie jak niewolnika państwowego. Okazuje się bowiem, że cały nasz ogromny trud organizacyjny, za który płaca głownie dzieci, przeznaczamy na sponsorowanie państwa i jego aparatu przymusu. Po podliczeniu kosztów dojazdu i materiałów (nawet z uwzględnieniem tzw. „kosztów uzyskania”), bez wyceny czasu poświęconego na przygotowanie wykładów i ćwiczeń, wychodzi na to, że pracowałem cały semestr na utrzymanie Premiera i jego drużyny.
6. Prawo w Polsce jest stanowione po to, by łupić obywatela. Pewnie jakoś ścierpiałbym, że podatki są tak idiotycznie wysokie i „w oczywisty sposób” (jak mawia J.K.) niesprawiedliwe. Dlaczego jednak cały system społeczny w Polsce jest wrogi obywatelowi?
7. Moje dzieci już dzisiaj są niewolnikami państwa. A szef rządu dokładnie tak o nich myśli i taki model państwa lansuje. Prymitywne myślenie plemienne przedkłada nad rzeczywiste korzyści dla obywateli. Mitologizuje demografię, dzietność itd. po to, by mydlić oczy elektoratowi.
8. Jako niewolnicy IV RP, moje dzieci nie mają nic z tego, że rodzice – zamiast być z nimi – zaharowują się nieprzytomnie. Z powodu złych ludzi, którzy wprowadzili zły system podatkowy cierpi moja rodzina, tracę kontakt z maluchami, życie zamienia się w syzyfowy kierat na ugorze nieudaczników w kolejnych rządach.
9. Niewolnikom nie należy się nic. Dlatego – jak poprzednicy – premier K. utrwala w narodzie przekonanie, że to rząd okaże wielką łaskę dając np. ulgi na dzieci, czy podobne „udogodnienia” w ramach rzekomej „polityki prorodzinnej”.
10. Dzieci-niewolnicy nie będą miały nowych butów (bo nawet takie rzeczy są dla nas poważnym wydatkiem, a budżet domowy bilansuję najwyżej raz do roku), ponieważ najważniejsze jest opłacenie haraczy podatkowego.
11. Dzieci, kiedy dorosną, dalej będą niewolnikami budżetu i ZUS. Wszystkie zaniedbania, odwlekane reformy finansów publicznych, dług publiczny, deficyt, utrzymywanie największej na świecie armii rencistów i emerytów (bez racjonalnych powodów) sprawia, że teraz – okradane – za parę lat będą musiały utrzymywać przy życiu całą tę zgraję darmozjadów. W tym, niestety, obecnego premiera i pozostałych besserwisserów.
12. Dopóki za „umowę społeczną” będzie się uważało systemowe łupienie obywateli pod pretekstem „sprawiedliwości społecznej”, dopóty żałośnie śmieszne będą wypowiedzi ludzi władzy o „potrzebie rodzenia się większej liczby dzieci”. Bo oznaczały będą one: niewolnicy, płodźcie kolejnych niewolników!


Komentarze
Pokaż komentarze (1)