Wczorajszy wieczór w Planete miał być wielkim wyzwaniem intelektualnym. W przygodę miał mnie zabrać Richard Dawkins. Zamiast jednak dreszczu emocji, lub chociażby wewnętrznych rozterek, z początkowo rosnącym napięciem, a potem coraz większym znudzeniem oglądałem dziwaczny pamflet na religię.
Autor świetnych książek popularyzujących wiedzę o ewolucji („Samolubny gen”, „Fenotyp rozszerzony”, „Ślepy zegarmistrz” jest też otwartym i – muszę stwierdzić – natarczywym ateistą. Wydany przed rokiem „Bóg urojony” jest rodzajem ateistycznego wyznania wiary. Siłę zawartego w książce przekazu ma wzmacniać pokazany wczoraj przez Planete film „Źródło wszelkiego zła”.
Naprawdę miałem nadzieję na mocne argumenty, rzeczową polemikę, wytknięcie istotnych słabości, postawienie takich pytań, od których cierpnie skóra. Liczyłem na potężne natarcie, wyzwanie rzucone religii jako takiej i religiom światowym przez oksfordzkiego uczonego. Po dwóch godzinach przed telewizorem zastanawiam się jednak, czy nazywanie Dawkinsa wybitnym intelektualistą nie jest kolejnym tanim chwytem marketingowym.
Apetyt miałem spory, bo jeszcze nie zdążyłem przeczytać ostatniej książki znanego biologa. Co prawda recenzenci zarzucali autorowi tanią erystykę, ale – wiadomo, jak to z recenzentami bywa.
I co zobaczyłem? Że Dawkins zafundował sobie kosztem producenta wycieczkę po paru kontynentach, żeby powiedzieć kilka miałkich banałów i poobrażać niemal wszystkich (bo nawet jego umiłowani outsiderzy ateistyczni wypadki karykaturalnie), z którymi udało mu się porozmawiać.
Szum medialny, określanie tematu filmu jako „drażliwego” („Zdajemy sobie sprawę, że w Polsce temat religii jest drażliwy, natomiast chcemy stworzyć naszym widzom możliwość zetknięcia się z różnorodnymi opiniami i poglądami, nawet na tematy trudne i dyskusyjne” – stwierdziła Joanna Pogorzelska, dyrektor kanału Planete), podniosłe komentarze o przełomie w czarnogrodzkim państwie po prostu mnie rozśmieszają. Inna rzecz, że Planete serwuje w kwestiach religii (nie tylko chrześcijaństwa) taką ilość tandety, iż czasami aż przykro patrzeć.
Richard Dawkins stawia śmiałe tezy. Rzuca oskarżenia, osądza, bulwersuje się, a nawet staje w obronie maluczkich. Wszystko to czyni w oparciu o sloganowe powątpiewanie: a niby w jaki sposób da się udowodnić, że istnieje jakiś Bóg i że to on jest stwórcą wszechrzeczy, w tym człowieka („... Sformułuję Hipotezę Boga znacznie ostrożniej: istnieje przewyższająca człowieka (nadludzka), nadnaturalna istota inteligentna, która celowo zaprojektowała i stworzyła Wszechświat oraz wszystko, co się nań składa, w tym również nas, ludzi. Celem mojej książki jest obrona przeciwstawnego stwierdzenia: jakikolwiek wystarczająco złożony inteligentny byt, zdolny do twórczego zaprojektowania czegokolwiek, może powstać wyłącznie jako efekt złożonego i długotrwałego procesu ewolucji....” – pisze w „The God delusion”).
Najbardziej bowiem zasmuciło mnie, że Dawkins skompromitował naukowe, systematyczne, metodyczne i rygorystyczne przeegzaminowanie religii – rozumianej jako specyficzny stosunek człowieka do tego, co określa jako święte (albo do sacrum – Boga po prostu). Jedno z pierwszych stwierdzeń, którymi raczy widzów brzmi: Tu w Lourdes wszyscy gromadzą się w sposób pokojowy, ale to stąd biorą się zabójcy z bombami w plecakach (to oczywiście nie cytat, ale oddaje myśl narratora). W jednym zdaniu pożenił wiarę w cudowną, uzdrowieńczą moc dostępną w sanktuarium u podnóża Pirenejów z fanatycznymi terrorystami! I on przedstawia się jako naukowiec?! Takiej kpiny z logiki, takiej pogardy dla uczciwości intelektualnej spodziewałem się wszędzie i u każdego, ale nie u Dawkinsa.
Dalsze wywody są już niestety pochodną tego założenia. Ciemni, oczadziali ludzie chcą mi zrobić krzywdę (nawet jeśli nie mają tego świadomości), więc muszę ich atak uprzedzić. I Dawkins podróżuje po świecie, by szydzić, podpuszczać, albo dobrą wolę interpretować jako naiwność, bądź fanatyzm.
Dawkins nie zadał sobie (w filmie) trudu, by w zdyscyplinowany i na wysokim intelektualnie poziomie zaprezentować własne poglądy. Może więc nie powinienem się dziwić, że nie pokwapił się o zrozumienie istoty religii (to zresztą jest zadanie przerastające niejednego wierzącego, co zauważam bez cienia sarkazmu). Nie dba więc Dawkins ani o elementarne pojęcia czy definicje (wiara, religia, Bóg, fanatyk, fundamentalista, denominacje, teologia, tradycja, a nawet Biblia, Koran, hermeneutyka – to dla niego jedynie puste słowa o wartości poznawczej mniejszej niż wartości odżywcze trawy). Dla podkreślenia swojego dystansu do wszystkiego, co tchnie duchowością dorzuca wytrych „rzekomo”. Mamy więc „rzekomo katowanego na Drodze Krzyżowej”, „rzekome święte księgi”, „rzekome stworzenie”, „rzekome przykazania” itd.
Dawkins odwiedza miejsca święte trzech religii monoteistycznych w Jerozolimie z miną zblazowanego abnegata, który najchętniej zrównałby je z ziemią. Niezmiernie ciekawe spotkanie z urodzonym w Nowym Jorku żydem, który po przybyciu do Izraela został muzułmaninem, zamienia – z premedytacją – w festiwal nienawiści. Tylko pośród obelg, majaczeń i gróźb fanatycznego młodzieńca, równie rażące były riposty deklarującego swoje umiłowanie pokoju ateisty-Dawkinsa.
Szczyty ignorancji osiągał Dawkins interpretując biblijne opowieści o lewicie w Gibea, którego tamtejsi mieszkańcy mieli zamiar zgwałcić (Sdz 19, 11nn). Dla Dawkinsa to po prostu historia o tym, że ludzie czasem mają chęć homoseksualnie pochędożyć z nieznajomym, a na dodatek dowód na przyrodzone ludziom religijnym traktowanie kobiet niczym przedmiotów pośledniejszej wartości. Historia ta bowiem ukazuje honorowego gospodarza jako obrońcę swego gościa. Stary człowiek jest gotów oddać napastnikom własną córkę oraz żonę lewity (wiarołomną, ale to inna opowieść), byle „tylko mężowi temu nie czynili tego bezeceństwa” (Sdz 19, 24). Gdyby Pan Uczony poczytał uważniej, z pewnością zauważyłby, straszliwy kontekst opisywanego wydarzenia. Okrutnego, wielokrotnego gwałtu na żonie dokonali – jak się okazuje – pobratymcy lewity z plemienia Beniamina! A to ledwie jeden z długiej listy ponurych nadużyć Dawkinsa.
Dawkins lubi ustawiać siebie w pozycji „obserwatora z boku”, albo „z zewnątrz”. Czyni to niby subtelnie: „gdyby tak na to zdarzenie…, albo na tych ludzi, albo na to zjawisko, albo ten pogląd spojrzał ktoś z zewnątrz, z pewnością stwierdziłby….”. I już widz ma czuć, że teraz nadeszła pora na obiektywny i bezstronny osąd. A jeśli adwersarz da się ponieść emocjom, albo jest typem autorytarnego pastora, produkującego pop-show religijny, wtedy – o ile nie udało się błysnąć refleksem w bezpośrednim dialogu – Dawkins przyłoi mu z offu.
Nawet intrygujący problem przekazywania religijności (czy skłonność do wierzenia jest rzeczą wrodzoną czy nabytą?) Dawkins spłyca i obrabia z wdziękiem tokarza biorącego się za szlifowanie diamentów. Można być przekonanym, że człowiek nie jest z natury religijny, tylko jest mu to wdrukowywane w procesie socjalizacji, wychowania, czy też przejmuje od starszych pewne modele irracjonalnego postrzegania rzeczywistości. Można, ale trzeba to przejrzyście powiedzieć. Przedstawić własny punkt widzenia – nie jako dogmat „naukowy”, ale przynajmniej jako tezę, której będziemy bronić.
Dawkins wychwala metodyczne wątpienie, ale sam nie pozwala wątpić we własne opinie. Nie przyjmuje do wiadomości, że wielu ludzi z najwyższą starannością, a nierzadko z egzystencjalnym drżeniem egzaminuje religię, jako taką. Nie ma nawet zamiaru zauważyć ton opracowań z zakresu religioznawstwa (a Oksford jest niebywałą skarbnicą ważnych spostrzeżeń w tej dziedzinie). Dawkins wpakował się – co zauważam z przykrym rozczarowaniem, bo powtarzam, nie tego się spodziewałem – w ślepy zaułek własnych fobii, negatywnych stereotypów, a może wręcz pychy.


Komentarze
Pokaż komentarze (16)