Co takiego ma obudzić w narodzie nowy mit Powstania Warszawskiego? Wolność jednostki nie potrzebuje legendarnych herosów, lecz bezwarunkowej obrony tu i teraz.
Daiusz Gawin na łamach Gościa Niedzielnego (31/2007) mówi o Powstaniu Warszawskim, jako o najważniejszym wydarzeniu w historii Polski XX wieku. Poszerzony tekst rozmowy zamieścił u siebie Autor rozmowy - Artur Bazak. Poniżej polemika - nie tyle z p. Gawinem, co raczej z ideą "polityki historycznej".
Jedna uwaga na wstępie:
Rozumiem i szanuję szczególny stosunek Dariusza Gawina do Powstania Warszawskiego. Mieszkałem parę lat w Warszawie (na Nowolipiu przy Żelaznej) i moje ulubione spacery polegały na odnajdywaniu miejsc jakoś związanymi z powstaniami (także tym w Getcie). Nie chcę też wdawać się w dywagacje czy trzeba było 1 sierpnia 1944 rozpoczynać walki (choć pewnie gdybym tam był, to ruszyłbym na ulicę). Moim zamiarem jest wyłącznie polemika z pewnym stosunkiem do Warszawy oraz historiozofii budowanej wokół jej mitologii. Staram się dopasować do logiki wywiadu "Gościowego".
- Dariusz Gawin stwierdza: „To, co wydarzyło się w Warszawie, nie działo się tylko tutaj, lokalnie, ale miało znaczenie dla całej Polski. Stolica ma ten przywilej i obowiązek, że występuje w imieniu całego kraju."
Jako prowincjusz (zarówno w rozumieniu „warszawskim", jak i ze świadomego wyboru) nie rozumiem wspomnianego przywileju. Zwłaszcza w kontekście II wojny światowej. Słabo czuję związki z tzw. Kresami, ale wydaje mi się, że walki AK w okręgu wileńskim, na Wołyniu itd. są jakby (niechcący?) dyskredytowane. Liczy się tylko Powstanie. Pewnie p. Gawin chce powiedzieć, że gdyby się udało w stolicy, to i tamte walki miałyby inny finał. OK. Może to kwestia mojej wyobraźni, dlatego proszę o naprostowanie: kiedy czytam takie słowa (jak przytoczone powyżej), to zamykam oczy i widzę płonącą Warszawę, a wokół zionącą pustkę. Nic. Tylko tam jest Polska i wolność. A poza? Bezładna masa, którą inteligencja stołeczna dopiero musi ukształtować we właściwą formę narodu.
2. Kolejne stwierdzenie: „De facto to było powstanie narodowe. W granicach zajętych przez powstańców przez jakiś czas funkcjonowała III Rzeczpospolita." Jest tak mocne, że praktycznie zamyka dyskusję. Co tymczasem było w innych regionach kraju (nie objętych jeszcze władaniem sowieckim)? A jeśli były takie miejsca, w których AK, lub inni rozbrajali Niemców i witali krasnoarmiejców jako gospodarze? Czuję, że te stwierdzenia maja właśnie budować mit. Bo wgryzają się w świadomość i powodują, że postrzegamy Warszawę '44 faktycznie niczym antyczne polis, pełne herosów w zmaganiach dających się opisać jedynie eposem bądź pełną uniesień tragedią.
3. Wprowadzenie w narrację tonów dotąd celowo pomijanych (walka o wolność, wydarzenie ogólnospołeczne, społeczeństwo obywatelskie) pięknie wzmacnia mit powstańczy. Nie ma powodu, by osłabiać podziw dla walczących. Dla mnie jednak straszną zagadką pozostaje skuteczna likwidacja Getta w centrum ogromnego (za kilkanaście miesięcy tak bohaterskiego) miasta stołecznego. Gwoli sprawiedliwości - nie mniejszą grozą przejmują mnie kaźnie niemal na progu Krakowa, Lublina, czy w przemysłowym obszarze na południu kraju.
Pytam więc dodatkowo: skąd ta demokratyczna pewność? To piękne marzenie. Mit właśnie. Tyle, że świecki, więc nie ma w sobie mocy założycielskiej. Chyba, że ku temu zmierza Dariusz Gawin, chyba, że chce być twórcą nowej mitologii narodowej.
Czy wtedy da się wybronić ów gorejący heroizm, budowany - mam wrażenie, że podobnie do mitu powstania styczniowego - w opozycji do chłodu zalegającego resztę kraju? Ja tu widzę pewną niespójność wizji (pewnie znowu bezwiedną): tylko w Warszawie dążenia do zbudowania państwa demokratycznego i społeczeństwa uzyskały odpowiednią temperaturę. Pozostali okazali się zbyt letni. Takie widzenie spraw nazwałbym resentymentem, bo podnosi własną wartość, obniżając znaczenie innych.
4. Warszawocentryzm nabiera naprawdę niepokojących cech kiedy Gawin stwierdza: „Mit Powstania jest mitem inkluzywnym. To znaczy w tym micie może się odnaleźć każdy Polak. Niezależnie od tego czy jest Warszawiakiem czy nie. Powstanie Warszawskie nie jest zatem wydarzeniem lokalnym, lecz uniwersalnym i może budzić refleksję w każdym Polaku. Mieszkańcy Warszawy w 1944 r. tworzyli wspólnotę polityczną, która zaryzykowała wszystko w walce o najwyższą wartość, jaką jest wolność." Co trafnie zauważa Artur Bazak (jak wiadomo - ze Śląska). Chyba jednak zbyt słabo dopytuje Rozmówcę. Bo czyż w takiej interpretacji Gawina Powstanie'44 nie jest moralną i historyczną koniecznością?
Mój prowincjonalizm jest śląski. Wiedziony romantycznymi uniesieniami wczesnomłodzieńczymi przez pewien okres byłem doskonałym ucieleśnieniem tezy Gawina. Losy moich przodków są jednak tak zagmatwane, że poznając je stopniowo utraciłem kilka podstawowych - dla Gawina i myślących jemu podobnie - cech konstytutywnych Polaka i do tego patrioty. Do tego doszły oczywiście własne poglądy o naturze relacji społecznych. Dlatego uznanie, że mit warszawski, a zwłaszcza owo budzenie refleksji, konfrontuję symetrycznie: czy Warszawiak jest skłonny tak samo uniwersalnie widzieć doświadczenie prowincjusza śląskiego?
5. Na prowincji śląskiej dojmujące jest poczucie historycznego wykorzystania przez Warszawę. Wiem dobrze, jak niesłuszne są niektóre żale oraz jak wiele przywilejów mieli np. górnicy w PRL. Proszę jednak pomyśleć, ile udało się Ślązakom wnieść do II RP (też własną krwią opłacili swoje marzenie o wolności - może nie tak obficie przelaną), i jak zostali z tego rozliczeni podwójnie, a nawet potrójnie: w 1922, 1939, 1945 r.). Oczywiście, zauważam, że przecież sami chcieli i że korzyści obustronne. Niemniej po II wojnie Ślązacy utracili wszystko (że wspomnę tylko o osobnym skarbie, autonomii, czy własnych ubezpieczeniach górniczych - znacjonalizowanych), a przywileje oferowano tym, którzy jak Ziętek stali się sługusami sowieckimi, albo osiedlali się tu za pracą.
6. Romantyczny nimb Powstania'44 powoduje według mnie asymetrię ocen. Osamotnieni, zdradzeni, zjednoczeni, wierni do końca - takich emocji nic innego nie wyzwala. Tylko, że kiedy spojrzymy na inne narody, to każdy tworzy podobne mity. Gawin - przyznaję - stara się zreinterpretować mit warszawski bardziej nowatorsko. Szuka kontekstu, który byłby bliższy „zwykłym ludziom", wytrzymał konfrontację z liberalnym - zindywidualizowanym - widzeniem społeczeństw, połączonych raczej wspólnotą interesów. Asymetria polega głównie na tym, że tacy, jak ja - odmawiający współudziału w tym micie (choć ładunek Muzeum Warszawskiego wstrząsnął mną do głębi, ale chyba nie tak, jak się tego spodziewali Twórcy) - nie będą konstruowali kontr-mitów, ani też wykłócali się o sens Powstania. Moi przodkowie byli ofiarami tej wojny i mitów, które ją zrodziły w takich kontekstach i splotach, że uznałem za naczelne swoje zadanie - uchronić me dzieci i wnuki (i kolejne pokolenia) od mitologii odbierających jednostkom prawo do decydowania o własnym losie. Wiem, wiem - historia, machina dziejów, nieunikniona konieczność itd. Realizm nie polega jednak na gdybaniu, czy udałby się uniknąć wymordowania elity II RP przez stalinistów. Realizm objawia się w staranności wyborów powszednich. Każdy jest odpowiedzialny za siebie i swoje najbliższe otoczenie. Niekiedy nie można inaczej. To najbardziej podziwiam u Warszawiaków'44, że kiedy nadszedł moment, wybierali słusznie. I nie widzę tu „wspólnoty politycznej". Zwyczajnie - może jak u Gierdoycia (choć gdzie mnie z nim porównywać) - przyzwoitość wiąże się z opowiadaniem po stronie takich, a nie innych czynów. Pułaski, Kościuszko - bili się za Atlantykiem w słusznej sprawie, choć pewnie motywy mieli mniej patetyczne, niż to dziś pamiętamy. A i Ojcowie Założyciele nie byli świętymi aniołami wolności. Mimo - przyjmowanej ze zrozumieniem naturalnej skłonności ludzi do tworzenia i celebrowania mitów/legend - wyżej cenię prozaiczny mozół o to, by moja (nie tylko moja - każda i każdego) dniówka nie została zmarnowana.
7. Na koniec pewne uproszczenie. Świat ludzi z natury jest niedoskonały. Są jednak tacy, którzy tę niedoskonałość pogłębiają, lub wręcz czynią nieznośną. Z nimi wypada się mierzyć i to oni - w pewnym sensie - dyktują warunki. Żeby dostrzec co jest dobre, a co złe nie potrzebuję owych legend, martyrologii narodowych, ani hermeneutyki stosowanej m.in. przez Dariusza Gawina. Większe zaufanie mam również do jednostkowych ocen i wyborów, niż do tego, co za słuszne uznają władcy, liderzy czy inni bossowie. Ta perspektywa - proszę mi wierzyć - skłania mnie do podziwu i oddawania hołdu Warszawiakom. I wszystkim innym, którzy dokonali słusznego wyboru - dobra przeciw złu.


Komentarze
Pokaż komentarze (60)