Totalna wojna między konkurentami do władzy da się wycenić. I nie chodzi tu wyłącznie o pieniądze, z których partie polityczne rozliczają się przed Państwową Komisją Wyborczą. Jeżeli zgodzimy się, że polityka to rodzaj służby publicznej (czyli dokładnie co innego, niż miał na myśli W.I. Lenin), wtedy politycy powinni myśleć również o skutkach społecznych rozsiewanej obecnie nienawiści.
Dla partyjnych strategów wzajemne napuszczanie na siebie jest rozpatrywane wyłącznie pod kątem skuteczności. Trzeba wygrać. Każdymi dostępnymi środkami. Pokazać przeciwnika od najgorszej strony. Obudzić wrogość, niechęć, nienawiść. Oni głupi, źli, straszni. My – piękni, mądrzy, kompetentni.
Dygresja:
Czy ktoś z tych ludzi spotkał się w ciągu ostatnich dwóch lat z tzw. „zwykłymi ludźmi”? Czy był z nimi, kiedy zaczynają się spierać w sprawach politycznych? Czy może ktoś obserwował, jak w codziennych nerwach ludzie ujawniają pokłady nienawiści obudzone przez polityków? Straszą Ziobrą, wygrażają sobie od oligarchów, doktorów Mengele, wykształciuchów, łzeelit, ścierwojadów.
W latach 20. i 30. ubiegłego stulecia udało się kilku dewiantom obudzić w masach nienawiść do bogaczy, Żydów, plutokracji. Budowali potęgę swych krajów na resentymencie wobec tych, którym się w życiu powiodło, albo po prostu do czegoś doszli ciężką pracą. Udało się sprawić, że wstydliwe emocje, żenujące interpretacje, domysły, insynuacje i pomówienia weszły do zwyczajnego języka polityki. To prawda, że wcześniej mówiła tak ulica, szeptały zaułki, nawet perorowali niektórzy salonowcy. Im udało się chory, sekciarski obraz świata uczynić obowiązująca doktryną najpierw partii, a potem całego państwa.
Paranoja jednostek doprowadziła Europę i świat do najgorszego, a zarazem najbardziej absurdalnego kataklizmu w dziejach. Absurd polegał na tym, że przyczyny śmierci setek milionów ludzi tkwiły w chorych umysłach szaleńców. Oto źródła tamtej wojny: uporczywe poszukiwanie winnych tego, że coś się nie udało, że nie wszystkim powodzi się równie dobrze, tropienie wrogów, dywersantów, nie do końca przekonanych. Przekonanie o własnej misji dziejowej, połączone z ideologicznym zacietrzewieniem doprowadziło świat do zagłady.
Ofiarami byli ludzie zwykli, pragnący po prostu żyć normalnie. Pracujący, wychowujący dzieci, dążący do prostego szczęścia.
Mam nadzieję, że nienawiść wyborcza do tego nie doprowadzi. Ale kto wie, do czego tym razem może doprowadzić? Bo nienawiść jest niesterowalna, a jeżeli tak, to na krótką metę. To ona zmusza do zapłacenia najwyższych rachunków.
Politycy robią co mogą, by wygrać. Naprawdę? To jest wszystko, na co ich stać? Jeśli nie potrafią wymyślić niczego więcej, poza rozbudzaniem złych emocji, to czego się po nich spodziewać, kiedy już dojdą do władzy?
Mówią o sobie: jesteśmy profesjonalistami. Jednak ich profesjonalizm ogranicza się do miernych haseł wyborczych i szczucia „elektoratu”.
„Trzeba być skutecznym” – dlatego zamiast programów dominują wiecowe hasła, inwektywy i oszczerstwa. Jak długo jeszcze?!


Komentarze
Pokaż komentarze (7)