Gospodarczy knock down Kaczyńskiego. Tusk trafiał celnie, niemal bez strat. Kaczyński plótł, Tusk powiedział rzecz nie nową, ale szalenie nośną: "Ci, co emigrują wybierają nasz program. Oni są dowodem na to, że Polska Kaczyńskiego nie jest przyjazna (gospodarczo) ludziom. Chcą żyć jak w Irlandii, ale tu, nad Wisłą". Premier praktycznie zaniemówił. Dał się wymanewrować wytykaniem błędów i luk w znajomości, która nigdy nie była jego mocną stroną.
Od razu zaznaczyła się też przewaga publiczności Tuska. Na wejściu skandowali "Donald Tusk", a z każdą minutą aktywniej wspierają swego prezesa.
Po kwadransie wyraźnie wydać było, że Premier gubi rytm, irytuje się, próbuje poniżać rozmówcę (szukanie zdrobnień do imienia Donald). Nie spodziewałem się aż tak wyraźnej przewagi w kwestiach ekonomicznych po stronie Tuska. Z Kwaśniewskim to Kaczyński był konkretny. Tym razem nie wzniósł się ponad banał, częściej zwyczajnie wykręcając się albo - zwłaszcza kiedy pytał - gmatwając czy ideologizując.
Budownictwo i autostrady można było przewidzieć! Ewidentny błąd sztabowców Kaczyńskiego. Powinni wylecieć z roboty. Reakcje Kaczyńskiego były momentami rozpaczliwe. Ratowała go metoda opatentowana w poprzedniej debacie - prezentowanie się jako pogodny, żartobliwy gość. To go w pewnym momencie wręcz ocaliło. Plus żenująca nieporadność pani Wrześniewskiej.
W tej rundzie Kaczyński został powalony, do końca słaniał się na linach. Nie wykorzystał ani najlepszej w swoim rządzie min. Gęsickiej (Tusk później mówił o unijnych pieniądzach wykorzystywanych w sejmikach na plus PO), ani pomysłów min. Barszcza, ani nawet (miernych, ale jednak) planów zmian w finansach publicznych min. Gilowskiej. Sloganik o nadwyżce budżetowej został obśmiany, bo wystarczy elemntarna znajomość ekonomii, by wiedzieć, jak bardzo to zaskoczyło ministra finansów.
Część o polityce zagranicznej, ale właściwie cały czas o polityce wewętrznej. Bartoszewski wraca, bo był najbardziej wyrazisty w ocenie "dyplomatołków". Obaj niewiele rozumieją z niuansów dotyczących polityki europejskiej. Tusk wyraźnie recytuje rady któregoś z eurodeputowanych (pewnie Saryusz-Wolskiego). Intelektualnie Tusk ociera się o kompromitację, kiedy broni Karty Praw Podstawowych. Właśnie dlatego, że jest liberałem.
Obaj politycy kręcą się w kółko. Nic z tego nie wynika. KRUS o mały włos nie okazał się kompromitacją Kaczyńskiego. Nie dlatego, że Tusk wypomniał przegrany proces, ale dlatego, że Kaczyński posunął się do skrajnego populizmu. Jednak zdołał zręcznie pograć na resentymentach (rozbudzanych przecież od lat) antyliberalnych.
Po chwili Premier razi nieporadnością, zwłaszcza w obronie min. Fotygi. Publiczność jest coraz aktywniejsza. Tusk reaguje na okrzyki znaczącymi minami. Kaczyński zaostrza retorykę. Szuka w pamięci sukcesu (kto go przygotowywał? pełna kompromitacja!) i wymyśla Litwę. Tusk przypomina relacje gazet litewskich. Znowu punkt dla niego, ale trwoni przewagę.
Wydaje się, że punkty za rozegranie sprawy Iraku zgarnie Tusk. Gdyby nie znakomity marketingowo chwyt Kaczyńśkiego - mówi wprost do kamery, "zwracam się bezposrednio do Państwa... nie można stchórzyć, Polacy nigdy nie tchórzyli". Tusk próbuje reagowac, ale emocjonalnie nie ma tej siły.
Po pytaniach Skowrońskiego miłość do Ojczyzny lepiej brzmi w ustach Kaczyśnkiego. Ale na tym koniec atutów Premiera. Tusk wyciąga asy. Kladzie je na stole zbyt ostentacyjnie, jakby zachęcał Kaczyńskiego do obrony. Na pytanie Premiera o Ziobrę i Kamińskiego odpowiada Tusk z łatwością, bo nawet dziecko mogło je przewidzieć. Kaczyński pogrąża się kiwając głową i zjadliwie przerywając wypowiedzi przeciwnika.
Na dno opada Kaczyński zarzucając Tuskowi to, co jest jego najbardziej przykrą ułomnością - chorobliwym pędem do władzy. Inaczej brzmią takie zarzuty na konwencjach wyborczych, kiedy ma się poklask koleżeństwa partyjnego, a inaczej mówione w twarz facetowi, którego próbuje sie wcześniej poniżyć pogardliwymi cwiszenrufami o kolegach, którzy zajmą niebawem miejsce nieporadnego lidera.
Niespodziewanie jednak pod koniec Kaczyński rzuca w twarz Tuskowi, iż opisuje nieistniejący kraj. Odwraca cios, skraca dystans i wyrąca Tuska z równowagi. Przecież to nic nowego, ale Tusk traci impet. Zamiast ostro i zdecydowanie zareagować, szuka rozluźniających atmosferę docinków. O ile pamiętam, w tym momencie czyni aluzję do prawa jazdy i użytkowania dziurawych dróg. Debatę kończy klasyczna pyskówka. Gdyby Tusk się przed nią uchronił, Kaczyński popłakałby się chyba na wizji. Ale przekrzykiwanie niszczy bardziej zwycięzcę.
Ostatnie słowo w stylu kaznodziejskim, niby "w stylu Tuska", ale zbyt różne od tego co szef PO prezentował podczas debaty. Ewidentny błąd popełnił Tusk błądząc wzrokiem po studio. Jakby unikał spojrzenia telewidzów.
Kaczyński jednak nie wykazał się zimną krwią i zupełnie zawalił końcowe przemówienie. Nie wiem czy zdołał podtrzymać wysoką temperaturę u swych zwolenników. Nowych na pewno nie zyskał.
Kaczyński nie wymanewrował Tuska, sam sobie podłożył nogę. Mimo to PiS nie powinno stracić. Polscy wyborcy już zdążyli udowodnić, że zagłosują akurat na tego, który jest większym fajtłapą, albo bardziej skrzywdzony. Dlatego przecież wybrali Kwaśniewskiego w pierwszym starciu z Wałęsą.
Premier Kaczyński po debacie postanowił przekonać opinię publiczną, że to on wygrał. Podczas konferencji w siedzibie PiS udawał zadowolonego z siebie i uparcie twierdził, że Tusk opowiadał rzeczy zupełnie nie odpowiadające rzeczywistości.


Komentarze
Pokaż komentarze (2)