Widzieliście Państwo Jarosława Kaczyńskiego i jego reakcję na wynik wyborów? Słyszeliście, co mówił w niedzielę po zakończeniu ciszy wyborczej?
Nikt tego nie komentuje? Dobrze, napiszę.
W jakim stanie umysłu i psychiki musi być człowiek, który najważniejszą wypowiedź, podsumowującą 42 dni kampanii wyborczej, miesiące (ba, dwa lata!) zmagań o – jak twierdzi – lepszą Polskę, rozpoczyna od obelg i pomówień?
Zgoda, czuje się skrzywdzony. Szuka winnych. Oczywiście nie znajduje winy w sobie. Ani w otoczeniu, wśród ludzi oddanych sobie poddańczo. Przecież realnie rzecz biorąc odniósł sukces. Utrzymał przy sobie zwolenników. A nawet powiększył liczbę głosujących na PiS. I to o dobrych kilkaset tysięcy. Jakże to więc? [Pomińmy fakty, frekwencję i udział młodych – przeciwników PiS].
Można zrozumieć, że był już ogromnie zmęczony. Wielotygodniowa gonitwa po całym kraju, stres, choroba (o ile rzeczywiście ustępujący premier był przeziębiony…), wydłużona cisza wyborcza. Kilkakrotne wychodzenie przed publiczność i zawracanie na pięcie. Do tego zaskoczenie i frustracja.
Zaraz, zaraz. Podobno Jarosław Kaczyński najbardziej lubi zwarcie. W zarządzaniu kryzysem jest ponoć również mistrzem. Lubi też przesiadywać do późnej nocy…
Dał się ponadto poznać Kaczyński, jako całkiem pojętny uczeń. Specjaliści od marketingu politycznego nauczyli go uśmiechać się przed kamerami, demonstrować luz i dowcipkować. Wie, jak mówić, żeby osiągnąć cel polityczny. Temu miały służyć stanowcze wypowiedzi przedwyborcze (np. o sfałszowanych sondażach).
Może kiedyś udawało się zdeprymować Kaczyńskiego. Stosunkowo niedawno jednak udało się go wyprowadzić z równowagi. Udało się to Donaldowi Tuskowi, podczas debaty telewizyjnej. I chyba udało się to w niedzielny wieczór …wyborcom. Spełnił się słynny sms: „zobaczyć minę kaczora w wieczór wyborczy – bezcenne”.
Dlaczego zatem Jarosław Kaczyński wybuchnął przed kamerami i partyjnym koleżeństwem? A może nie wybuchnął?
Powtarzał przecież z uporem: szeroki front – od „Faktów i mitów” z mordercą Ks. Popiełuszki, przez „Nie”, PO, a ż do TVN i Polsatu”. Rzucił to w twarz reporterowi TVN24 i powtarzał gdzie mógł.
Był wściekły, czy nie był? Dlaczego starał się za wszelką cenę upokorzyć – nie tylko swych przeciwników? Dlaczego obrażał tych, którzy głosowali na PO? Dlaczego stawia ich w jednym rzędzie z najgorszym typem żyjącym w Polsce?
Co Jarosław Kaczyński próbował osiągnąć?
Utrzymać przy sobie tych, co poprali PiS? Podtrzymać poczucie wybrania?
Sekciarski stosunek do świata, traktowanie ludzi instrumentalnie, pogarda dla cudzych pomysłów, dla zdolności do samodzielnego sądu i wyboru, resentyment. To najzwięźlejszy opis neurotycznego przywódcy Prawa i Sprawiedliwości. Egotyczna megalomania, połączona z obsesyjną nieufnością. Po prostu Kaczyński uważa, że został zdradzony. Zdradzili go Polacy! A to przecież nie możliwe. Więc musieli zostać oszukani, ktoś musiał ich uwieść, jakieś ciemne siły zamroczyły ich umysły, tak iż nie potrafili dostrzec bezmiaru dobrodziejstw, które spłynęły na kraj dzięki Jarosławowi Kaczyńskiemu. I tego on nigdy nie wybaczy.


Komentarze
Pokaż komentarze (2)