Wspaniałe i doniosłe wpisy o karze śmierci wymagają kolejnej deklaracji. Jeśli wciąż brzmi ona niedoskonale, to uniżenie proszę o wyrozumiałość. Postaram się w przyszłości ton bezpośredni zuniwersalizować.
Ponieważ w pewnym sensie to kontynuacja wpisów poprzednich, zwolenników kary śmierci oraz jeszcze do niej nie przekonanych odsyłam tutaj.
Tymczasem - jako, że kontynuuję wcześniejsze rozważania - odnoszę się do niezmiernie pobudzających komentarzy, zwłaszcza niejakiego Xiazeluka. Osobnik ten pojawia się w salonie24 jako komentator, ale zapładnia podatne umysły - jak mój (choć raz się pochwalę) - swymi cennymi uwagami. Dlatego ton jest cokolwiek osobisty. Odnosi się to bowiem do komentarza dostępnego tutaj.
Xiazeluka! Bój się Boga!
Ani mi przez myśl nie przeszło, aby za cywilizowanego, a już w żadnej mierze za chrześcijańsko cywilizowanego Waszmościa uznawać. Strapiło mnie jeno, iże ze skrajnie odmiennych pozycji światopoglądowych wyszliście byli Panowie, a doszli do jednakich postulatów. Ad primum tyle.
Secundo. Jako już zaznaczać mi przyszło - w zaślepieniu i mrocznych żądzach własnych, mściwie bezlitosnych, musiałem światła Waszych mądrości szukać. Więc nie łatwo szło. Oj, nie łatwo. Uczciwie wyznałem, jako katowi na mękach, choć nie było konieczne mi nawet narzędziów okazywanie, jako że płochy z natury jestem, wyznałem więc błąd mój polegający na smutnym pragnieniu odczłowieczenia mordercy poprzez ułaskawienie i okazanie mu miłosierdzia.
Szybko jednak i skutecznie mnie z niego wyciągnęły Waszmościa pomocne myśli, ukryte pierwotnie dla mnie niegodnego w słowach mocnych przecież i wcale nieskomlikowanych. Tak właśnie pokornie pojmuję przesłanie przekazane przez Waszmościa, jak to powtórzyć raczyłeś: jako decyzję morderczą, którą "podejmujący ją osobnik rzecz głęboko rozważył, skalkulował, podjął świadome ryzyko".
Skoro tak uczynił, to świadom nieuchronności odpowiedzialności za czyn swój, która to jest również apoteozą jego człowieczeństwa, musiał działać tak, by cel ostateczny już samym czynie został niejako zagwarantowany. Cóż więc tym celem ostatecznym z punktu widzenia mordercy jest? Ano oddanie własnego życia, by człowieczeństwu jego stało się zadość. Zabija zatem morderca po to, by samemu życie oddać. Czyż to nie jest świadomym, celowym, zaplanowanym i powierzonym w miłosierne ręce bliźnich samobójstwem właśnie?
Muszę w jednym wszelako - najpokorniej błagam o wybaczenie - zwrócić uwagę na pewną nieścisłość w Waszmościa argumentacji: morderca bowiem niczym nie ryzykuje. W przeciwieństwie do wpłaty dowolnej kwoty w Lotto, którą z dużym prawdopodobieństwem straci. Morderca nie ryzykuje, bo przecież świadomie dział w celu postradania własnego życia! Może co najwyżej, przez nieszczęśliwy zbieg okoliczności odwlec nieco datę odejścia z tego świata. Co i tak pozostaje finis nieuchronnym.
Ośmielam się również potwierdzić przypuszczenia Szanownego Pana. Faktycznie, zarówno pociąg, jak i chodnik są zbyt abstrakcyjne dla niewielkiego przecież i jakże ograniczonego umysłu mojego. Rozumiem, że odczłowieczanie zabójcy jest niegodne i zakazane (słusznie, słusznie). Dlaczego jednak odhumanizowany ma być aparat państwowy, stojący na straży godności ludzkiej, pielęgnujący ją niezrównanie, a przy tym podtrzymujący nas - maluczkich na duchu i wiodący nieomylnie ku lepszemu, najlepszemu ze światów.


Komentarze
Pokaż komentarze (52)