"Parę razy w życiu podejmując decyzje nad wyraz ryzykowne miałem głębokie moralne przekonanie o słuszności obranej drogi, które płynęło nie tylko z mocnego wyboru aksjologicznego, ale także z przeświadczenia o trafnym intelektualnie rozpoznaniu zasadniczych dla dokonywanego wyboru okoliczności i uwarunkowań. (...) Tak było w lutym tego roku, gdy powiedziałem premierowi Kaczyńskiemu: nie mogę zrobić tego, czego żądasz, a zatem nie zrobię tego, i złożyłem dymisję ze stanowiska ministra spraw wewnętrznych. I tak jest teraz, gdy złożyłem rezygnację z funkcji wiceprezesa PiS i rozpocząłem walkę o wewnętrzną reformę partii, po to, by zyskiwała na sile, mądrości, skuteczności i za cztery lata z tryumfem wróciła do władzy."
Czy doczekamy się jednoznacznej odpowiedzi na pytanie co się wtedy wydarzyło i CZEGO ZAŻĄDAŁ od Ludwika Dorna Jarosław Kaczyński?
To wtedy przecież gwałtownie skończyła się długoletnia przyjaźń. To wtedy Dorn przestał być zaufanym zarówno Jarosława jak i Lecha Kaczyńskich. Jedynie ultrlojalności Dorna oraz stałości w poglądach Jarosław Kaczyński zawdzięcza trzymanie w pisowskich ryzach - aż do rozwiązania - sejmu ubiegłej kadencji.
I druga sugestia, wyrażona najdelikatniej, jak tylko Dornowi przystoi:
"Potrafię rozróżnić między prostym stwierdzeniem, że popełniam „kardynalny błąd”, a płynącym ze stanu neurotycznego rozchwiania i frustracji zarzutem, iż „szkodzę partii i dobrze wiem o tym”.
A więc nawet Dorn to widzi.On również odczuł na własnej skórze, co znaczy... hm, "neurotyczne rozchwianie i frustracja" prezesa.


Komentarze
Pokaż komentarze (9)