Tomasz Żuradzki w „Rzeczpospolitej” wybrzydza na własność i pracę. Najlepszą receptą na dobrobyt jest jego zdaniem maksymalne opodatkowanie i powszechne nieróbstwo. Muszę przyznać, że kontakt z tego typu płodami umysłowymi wciąż jest dla mnie dużym wstrząsem.
Dawno nie pisałem, bo głupota – choć szaleje – kierowała swoją agresję na inną głupotę. „Niech się pozagryzają” – mogłem ze spokojem kwitować, zasiadając wygodnie w fotelu z książką.
Niestety. Sążnisty tekst Tomasza Żuradzkiego, opublikowany dzisiaj w „Rzeczpospolitej” na stronach 18 i 19, zrzucił mnie z fotela, tak iż czytadło poleciało aż za kanapę. Na dodatek poplamiłem spodnie kawą. „Nieźle, nieźle, panie politologu i filozofie” – pomyślałem odpinając pasek. Ale zaraz musiałem z podziwem dodać: „No, a czego się spodziewałeś – monologowałem – po absolwencie szacownego Uniwersytetu Jagiellońskiego i London School of Economics, a ponadto doktorancie w Instytucie Filozofii UJ!?”.
Pan politologo-filozof postanowił sprać mnie po pysku. Jako przeciętnego czytelnika gazet, o przekonaniach jednak zdecydowanie wolnorynkowych, wali mnie na odlew rybą drugiej świeżości i cieszy się, że policzki mam coraz bardziej rumiane.
„Widmo niskich podatków krąży nad Polską” – zaczyna błyskotliwie Mr. Żuradzki. Nie tylko Treść, ale i jaki sens od razu! Subtelnie sprowadza – jak twierdzi – mit o szkodliwości wysokich podatków dla gospodarki, do poziomu „Manifestu komunistycznego” niejakiego Karola Marksa z Trewiru.
Potem wykazuje się równie frywolnym stosunkiem do rzeczywistości. Okpiwa własność prywatną, jako tandetny wymysł Johna Locke’a, że własność uświęcona jest przez pracę. Zręcznym skrótem wiąże Locke’a z Robertem Nozikiem i już mamy samokompromitujący się węzeł: kto uważa podatki za obciążenie pracy, a tym samym za naruszenie własności i swobody dysponowania nią, ten jest płaskoczołym wyznawcą mitu podatkowego niewolnictwa. Ha, ha, ha!
Pan absolwent i doktorant postanowił uzmysłowić prostaczkom (do których niezłomnie się zaliczam), że mit własności prywatnej został trafnie zdemaskowany przez chociażby dwóch niekonwencjonalnych nowojorskich filozofów. Niekonwencjonalnych, bo panowie Liam Murphy i Thomas Nagle dowodzą, iż własność prywatna jest zaledwie uprawnieniem definiowanym przez system podatkowy. Nie można więc ich zdaniem – oraz Tomasza Żuradzkiego – oceniać systemów podatkowych pod względem ingerencji w naturalne prawo własności.
Dawno, naprawdę dawno nie czytałem w zaledwie jednej szpalcie wstępnej takiego zbioru bzdur, pierdół i durnot – i to wszystko naraz!. Pal sześć, że Pan doktorant miesza skutek z przyczyną, że się logice nie kłania, że ma mnie maluczkiego za tabula rasa i massa damnata w jednym. On zwyczajnie uważa, że jego odlot jest najrealniejszym realem, jaki ludzkości może się przytrafić!
Zwraca się na przykład bezpośrednio do mnie tymi słowami „Pomyślmy tylko, ile warte były nieruchomości, gdy państwo nie gwarantowało warunków umożliwiających bankom udzielanie tanich kredytów hipotecznych.” No, kto mi wyjaśni, o co temu Panu chodzi? Bo ja nie rozumiem. Miałby on na myśli to, iż nieruchomości byłyby nic nie warte czy też za dużo warte bez państwowych gwarancji? A czemuż to owe gwarancje mają umożliwiać bankom udzielanie tanich kredytów hipotecznych? Czy on w ogóle wie, jakie są skutki – rzeczywiste – państwowego programu wspierania tanich mieszkań (staram się życzliwie domyślić, że o ten fragment polskiej rzeczywistości mu chodzi). Jednak grubo się mylę! Pan Autor kieruje swoje uwagi do amerykańskiego rynku kredytów hipotecznych! No, tak. Banki centralne zadały śmierć niewidzialnej ręce rynku – triumfuje Tomasz Żuradzki.
A ja drapię się za uchem – czy ten człowiek wie, co pisze? Czy on kiedykolwiek czytał Adam Smitha i zastanawiał się, co znaczy w jego ujęciu „niewidzialna ręka rynku”? Wygląda na to, że powtarza jakieś śmieszne przekręcenia. Ale dość drapania się za uchem. Żuradzki śpieszy z naprostowaniem moich liberalnych poglądów w kwestii ingerencji państwa w gospodarkę (czytaj: „wolny” rynek).
Tomasz Żuradzki każe mi okazywać wdzięczność państwu, za to, że dbając o mnie wyznacza odpowiednie podatki. Przecież w takim Mozambiku na nic by mi się przydały moje umiejętności. Tam nie ma państwa, które odpowiednio opodatkowałoby moją (i innych) pracę. Nie miałbym więc ani domu, ani za co żyć. Jeno paciorki kość słoniowa. Żadnych PIT-ów, żadnych odliczeń, a co gorsza – żadnych subwencji, dodatków socjalnych i zwolnień podatkowych. No katastrofa po prostu!
Już porzucałem myśl o życiu w Mozambiku, kiedy Pan doktorant bekhendem przygrzał mi w drugi policzek. „Oczywiście nie da się precyzyjnie obliczyć, ile procent naszych dochodów zawdzięczamy sami sobie, a ile kapitałowi społecznemu”. Nic nie znaczy, to co potrafię, moje „indywidualne zdolności”, bo walne, przygniatające wprost znaczenie ma „technologiczno-organizacyjny poziom danego społeczeństwa i sprawna, rozbudowana administracja”. Och! Olśnienie! W tym momencie Tomasz Żuradzki ujawnił, jak to się stało, że jest absolwentem i doktorantem zarazem, a przy tym publikuje w „Rzeczpospolitej”.
Od tej chwili już postanowiłem się nie dziwić. Zmodyfikowane hasło Proudhona „Każda własność jest kradzieżą”, na „wszelkie bogactwo jest kradzieżą” – nie zrobiło na mnie najmniejszego wrażenia. Kolejne ciosy ogonem zrobiły na mnie umiarkowane wrażenie: za podatek liniowy, za wyzysk nauczycielek przez dwa miliony polskich milionerów („Rzepa” doniosła w tym sam numerze, parę stron wcześniej!), za niesprzątnięte ulice, za to, ze nie płacę jeszcze sprawiedliwie połowy maksymalnej kwoty (wyliczanej od rozkładu dochodów – czort wie, co ten facet ma na myśli, ale policzki pieką od tego niemiłosiernie).
Na koniec Pan aspirujący naukowiec postanowił jeszcze raz utwierdzić maluczkich (takich, jak ja) w swej pogardzie wobec rozumu. Włączył rytualną wyliczankę statystyczną. Za Eurostatem przytaczał wysokość całkowitych obciążeń podatkowych, aby wykazać, jak to Polacy – wbrew Tuskowi – pojechali na Wyspy nie tyle za wolnością i niskimi podatkami, ale za… większą opieką państwa. Od razu pomyślałem o tych wszystkich emigrantach, którzy korzystają z rozbudowanej Brytyjskiej pomocy społecznej, programów emerytalnych, ubezpieczeń. Jacy oni głupi. Zamiast zaharowywać się tam na śmierć, mogliby wrócić tutaj, zagłosować za podwyższeniem podatków i mieliby cud, raj i co tylko by zechcieli.
Kto by tam pracował. Od tego przecież się lepiej nikomu nie żyje. To domena zacofańców.


Komentarze
Pokaż komentarze (4)