Przy okazji matur wyszło na jaw, jak kiepskiej jakości jest Polska edukacja. Masowa produkcja miernot - taki cel przyświeca chyba wszystkim politykom "robiącym w edukacji" od dobrych kilkunastu lat (PRL nie wliczam, bo to było celowe produkowanie bezmózgowców).
Czytam w Internecie o sposobie oceniania na maturze z języka polskiego:
- Czuję się winna, to nie tak miało wyglądać - powiedziała "Dziennikowi" była wiceminister edukacji Irena Dzierzgowska, która przygotowywała reformę polskiej szkoły przed trzema laty.
Dzierzgowska podpisała się pod listem otwartym, w którym najwybitniejsi polscy naukowcy proszą minister edukacji Katarzynę Hall o jak najszybszą zmianę sposobu oceniania prac maturalnych z języka polskiego. Ich zdaniem, ma on niszczący wpływ na intelektualny rozwój młodych ludzi.
- Klucz maturalny zabija umiejętność samodzielnego myślenia. Ten sposób oceniania matur oburza całe środowisko akademickie. Jesteśmy zgodni, że jest on absurdalny - mówi historyk idei, prof. Marcin Król.
Gdyby tylko o matury chodziło, pewnie wystarczyłoby jakoś błyskotliwie skwitować i podać "uniwersalną" receptę.
Tymczasem rzecz dotyczy nawet najbardziej "elitarnych" zawodów.
Na przykład specjalizacyjne egzaminy lekarskie w ogólnie nie sprawdzają kwalifikacji, wiedzy praktycznej (jak leczyć z danej choroby, jak rozpoznać jej objawy oraz skąd wiadomo, że choroby mogą się ze sobą wiązać).
Lekarze - przyszli specjaliści - rozwiązują testy z dziesiątkami pytań o rzeczy interesujące wyłącznie "naukowców". Ściślej - przedstawicieli kasty profesorskiej.
Profesorowie jednak nie prezentują się tu jako wybitni specjaliści w danej dziedzinie, lecz jako grupka popisujących się przed sobą osiągnięciami faktycznymi bądź rzekomymi. Dlatego sprawdzane są wiadomości o statystycznym poziomie wyleczalności danego schorzenia, biochemii na poziomie specjalistycznych laboratoriów, albo szczegóły dostępne dwóm-trzem osobom w kraju - z jedynego ośrodka zajmującego się daną terapią.
Nikt nigdy nie wykorzysta w praktyce lekarskiej tej rzekomej "wiedzy". Po co lekarzowi wiadomości o tym, że schorzenia metaboliczne dotykają rocznie 20 lub 23 chorych, skoro nawet mu ich leczyć nie wolno - musi odesłać rozpoznany przypadek do specjalistycznej placówki!
Bzdurne testy lekarze uczą się rozwiązywać świadomie odkładając na bok swe dotychczasowe doświadczenie. Żeby znaleźć prawidłową (zdaniem autorów testu) odpowiedź, należy przestać myśleć, o tym, co się robi na co dzień (czytaj: jak się leczy). Należy wgryźć się w "logikę" testu, to znaczy wykryć, co zdaniem układającego test "należałoby zrobić".
Co więcej, treść pytań czasem w jawny sposób lekceważy tzw.standardy medyczne (czyli schematy postępowania w określonych okolicznościach i sprawdzone metody leczenia), albo zalecenia międzynarodowych organizacji zdrowia. Po prostu się je lekceważy. Polskie normy są tak prowincjonalno-archaiczne, że lekarz leczący według standardów cywilizowanych krajów polskiego testu z pewnością nie zaliczy.
Układają test profesorowie. A jakże! Każdy po swojemu. Własny pogląd przedstawia jako obiektywny i jedyny słuszny. To nic, że czasem dwóch profesorów z konkurencyjnych ośrodków skrajnie odmiennie interpretuje etiologię, a zatem zaleca różną terapię. Najczęściej domagają się (na pewnym etapie już anonimowi) autorzy pytań porzucenia zdrowego rozsądku. Jeżeli lekarz prowadzi szeroki wachlarz badań profilaktycznych, albo z doświadczenia wie, że należy przeprowadzić testy medyczne na wykrycie, bądź wyeliminowanie innych schorzeń pokrewnych, to w teście specjalizacyjnym nie ma możliwości, by odpowiedź taka uznana została za poprawną. Badania głębsze, bardziej gruntowne, albo po prostu nowocześniejsze są uznawane za błędne tak samo, jak odpowiedź fałszywa.
Jednym słowem testy specjalizacyjne dla lekarzy to:
- odmóżdżanie, poprzez wymuszanie kucia na pamięć kompletnie zbędnych informacji, oderwanych od praktyki terapeutycznej
- metodyczne negowanie doświadczenia i nowoczesnej wiedzy medycznej, a promowanie zaściankowego bełkotu pseudonaukowego
- loteria, bo nawet najlepsi lekarze, najdokładniej przygotowani mogą nie rozwiązać tak spreparowanego testu.
Pytania testowe zawierają ponadto mnóstwo błędów formalnych. Są to najczęściej pytania wielokrotnego wyboru. Niestety sformułowane są jako pytania otwarte, a podane odpowiedzi nie tylko nie wyczerpują wszystkich poprawnych odpowiedzi, ale często nie zawierają nawet właściwej. Po prostu propozycje rozwiązań dotyczą marginesu problemu, częstokroć bardzo wątpliwego. To także kompromituje ich "akademickość".
Jakakolwiek dyskusja o jakości testów jest niemożliwa. Nie można zaskarżyć skutecznie treści pytań, bo cały test jest najściślej strzeżoną tajemnicą, zastrzeżoną nawet długo po egzaminie. Właściwie w ogóle niedostępną. Nie można nie tylko sprawdzić, jakie błędy sie popełniło, ale wcale nie ma wglądu w rozwiązany test!
Pewnym wytłumaczeniem takiego a nie innego jest chęć wycięcia potencjalnej konkurencji. Nie jedynym i nie wyjaśniającym, dlaczego lekarze nie potrafią załatwić tego w ramach własnej korporacji zawodowej.
Komentarzem może być też wypowiedź byłego ministra Religi (podchwycona nota bene przez K. Radziwiłła), że jedynym sposobem zatrzymania fali emigracji lekarzy jest ... uniemożliwienie im zrobienia specjalizacji.


Komentarze
Pokaż komentarze (4)