Kilka dni kwietniowo-majowego długiego weekendu spędziłem w Trewirze - jednym z najstarszych niemieckich miast położonym nieopodal granicy z Francją i Luxemburgiem. Czasu na zwiedzanie nie było zbyt wiele. Postanowiłem więc zajrzeć do jednej z trewirskich księgarń, aby zorientować się, co też ciekawego mają tam na temat starożytnego przecież grodu, który sięga swoimi początkami 16. wieku przed naszą erą. Jakież było moje zdumienie, gdy okazało się, iż tematyka regionalna w tamtejszym domu książki jest działem priorytetowym w handlowej ofercie dwupiętrowego magazynu wypełnionego po brzegi drukowanym słowem. Na czterech regałach rozłożono różnego gatunku przewodniki, mapy, albumy, książki historyczne, opracowania socjologiczne i dzieła literatury pięknej traktujące o najbliższej okolicy.
Księgarski zachwyt i wstydWidać, że księgarz, który umieścił te wydawnictwa przy samym wejściu jest z nich po prostu dumny i szczyci się nimi, a jego klienci nie muszą się nawet pytać, gdzie znajdą publikacje o najbliższym terenie. Z pewnością ten dział przynosi również określone dochody właścicielowi. Regionalia trierskie to bardzo profesjonalne, ciekawe od strony merytorycznej i edytorskiej książki. Inne sklepy są zawalone towarami, podobnie jak i u nas, także na naszej prowincji. Ale zasadnicza różnica i głęboka przepaść dzieli peryferie zachodu Europy od naszych, zapewne nie tylko mazowieckich - właśnie w zakresie wydawnictw regionalnych. W księgarniach Ostrołęki, Ciechanowa, nie mówiąc już o mniejszych miastach naszego województwa (ale nawet w Toruniu, który odwiedzam od czasu do czasu, bo tam niegdyś studiowałem) publikacje o tematyce lokalnej są wielką rzadkością. Niektórzy księgarze (na pewno jednak nie w Przasnyszu) wręcz ukrywają głęboko na półkach nawet i te unikatowe wydawnictwa o poszczególnych miastach i ich najbliższej okolicy, które są dostępne na rynku. Co prawda część z nich to prawdziwa amatorszczyzna, rzeczy niedopracowane z wieloma merytorycznymi błędami. Niektórzy regionaliści swoimi kiepskimi produktami czynią sami wiele szkody swoim małym ojczyznom. Zasada lepszy „rydz niż nic” odbija się negatywnie na opinii o wszelkich wydawnictwach z tego zakresu. W księgarniach wystawia się więc na pokaz ogólnopolskie bestsellery, o których trąbi się w mediach, a regionalne książki to sierotki Marysie zepchnięte najczęściej gdzieś na mroczne zaplecze. Tak jakby mazowiecka prowincja wstydziła się swoich tradycji i swojej historii, jakby w tym zakresie nie miała nic do powiedzenia.
W kulcie dla samych siebieProblem to oczywiście bardziej skomplikowany i złożony, ale z pewnością wynika w dużym stopniu także z określonej polityki samorządów miejskich i powiatowych, czy wojewódzkich. Nie żałuje się pieniędzy na luksusowe foldery (czy biuletyny) opiewające na matowej, czy błyszczącej kredzie sukcesy lokalnych władz, prezentujące na samym wstępie wystudiowane portrety: burmistrzów, starostów i wójtów pochylających się z troską nad losem mieszkańców miast i wsi. Ten swoisty kult jednostki rozpanoszył się w Polsce powiatowej w rozmiarach, które nawet w PRL-u uznane byłyby pewnie za rzecz w złym guście.
Jeżeli się przyjrzeć z bliska polityce kulturalnej w zakresie wspomagania wydawnictw regionalnych na szczeblu np. sejmiku mazowieckiego, gdzie przeznacza się trochę grosza na niekomercyjne z założenia publikacje o regionie (ciekawe jakie książki o tematyce regionalnej na polskiej prowincji to dochodowy biznes?), to okaże się, iż na dotacje mogą liczyć przedsięwzięcia o wręcz egzotycznym charakterze. W tym roku ma ukazać się w Ostrołęce tłumaczenie „Wesela kurpiowskiego” na język… zurisko-niemiecki (za 10 000 zł). Ciechanów doczeka się za taką samą sumę opracowania o tamtejszej dekadzie literackiej. Ktoś ma widocznie zamiar przeprowadzić egzegezę twórczości poetów znad Łydyni i napisać co objawiali w swoich strofach światu niezmordowanie przez całych dziesięć lat. Wojciech Siemion opisze z kolei za 15 000 zł jak czytać Mirona Białoszewskiego, który skądinąd wiadomo, że wybitnym poetą był.
Mazowsze – biała plamaW trierskiej księgarni zajrzałem również do bogatego działu przewodników po całym świecie. Jest tam kilkanaście publikacji dla globtroterów, którzy chcą odwiedzić Polskę. Rzecz ciekawa, iż Niemców interesuje głównie północna i południowa część naszego kraju. Są bedekery poświęcone wyłącznie tym regionom. Mazowsze, poza rzecz jasna Warszawą i kilkoma miejscami (Żelazową Wolą, Arkadią, Płockiem, niekiedy Pułtuskiem i ze dwa razy Ciechanowem) to w gruncie rzeczy biała plama. Ten region nie interesuje w zasadzie autorów przewodników, a co za tym idzie i ich czytelników. O Przasnyszu, czy Ostrołęce nie znalazłem nigdzie nawet wzmianki. Ten brak zainteresowania Mazowszem w Niemczech ma być może polskie korzenie. Na ostatnich Międzynarodowych Targach Książki w Warszawie nie znalazłem żadnej publikacji, która poświęcona byłaby naszemu regionowi (poza Warszawą oczywiście). Wydawnictwo Uniwersytetu Warszawskiego nie miało w swojej ofercie żadnych regionaliów w przeciwieństwie do oficyn wydawniczych „prowincjonalnych” wyższych uczelni (np. Poznania, Krakowa, Wrocławia), gdzie jednak dostrzega się przysłowiowy teren. Wydawało się, że pułtuska Akademia Humanistyczna będzie forpocztą badań nad Mazowszem. Jak na razie na policzenie znaczących publikacji na ten temat, które wydano w nadnarwiańskiej uczelni, za dużo byłoby nawet palców jednej ręki.
Pewnie duża w tym zasługa naszej egzotycznej polityki kulturalnej, poważnych zaniedbań i zaniechań w skali lokalnej i regionalnej, która w zasadzie prowadzi do stwierdzenia, jakie kiedyś usłyszałem od zakonnicy wywodzącej się ze zgromadzenia kontemplacyjnego o niezwykle ścisłej regule, zamkniętego na świat zewnętrzny. Gdy starałem się od niej czegoś dowiedzieć o zwyczajach panujących w jej zakonie, usłyszałem tylko: „O nas wiadomo, że nic nie wiadomo”.
O rewitalizację świadomości historycznejW Przasnyszu opracowywany jest ostatnio plan rewitalizacji miasta. Ale w założeniach tego programu, który w 85% ma być sfinansowany ze środków unijnych, jest mowa tylko o lokalnej infrastrukturze i o materii z jakiej utkane jest miasto. Rewitalizacja ma ożywić gród nad Węgierką, poprawić jakość życia jego mieszkańców. Ale projektodawcy, którzy lansują tak bardzo potrzebne w tym zakresie zmiany, milczą na temat rewitalizacji świadomości historycznej mieszkańców. Bo co oni w zasadzie wiedzą o swoim mieście o jego historii i tradycjach? Czy można kształtować patriotyzm i ten lokalny i bardziej ogólny bez solidnej wiedzy o miejscu, w którym się żyje? Jak utrwalać więzi z małą ojczyzną, jeśli jest to tylko miejsce „jak każde inne”. Za kilkadziesiąt milionów złotych remontujemy i budujemy w tych latach drogi w powiecie przasnyskim. Świetnie. A ile pieniędzy przeznaczyliśmy na to, aby opowiedzieć o miejscach, którymi te trakty przebiegają i o tym jak niezwykłe są dzieje tego regionu i ludzi, którzy tu kiedyś mieszkali, żyli i niekiedy także umierali w imię miłości do własnej ojczyzny? Wielkie nic.
Mój zachwyt nad tym, co widziałem na półkach w trewirskiej księgarni jest, co muszę przyznać, gorzki, Jeśli ten stan nierównowagi pomiędzy tym co oglądałem tam, a tym co jest u nas, utrzyma się, grożą nam poważne konsekwencje. Bez rewitalizacji świadomości historycznej nie ma prawdziwej wolności. Bez rzetelnej wiedzy o własnej przeszłości, tradycji, ale także teraźniejszości pozostaniemy także sami dla siebie egzotyczni i niezrozumiali.



Komentarze
Pokaż komentarze (2)