0 obserwujących
25 notek
18k odsłon
394 odsłony

Siana na Wigilę przynieście

Wykop Skomentuj

Świeczki choinkowe i chanukowe

Każdy chyba przechowuje jakieś wspomnienia związane z choinką. Ma je też do dzisiaj 90-letni Sewek Ruda, teraz mieszkaniec Tel Awiwu, a przed wojną przasnyskiego Rynku. Sewek jest do tradycji bożonarodzeniowych bardzo przywiązany ze względu na ich choinkową oprawę. Z tego powodu ceni ten obyczaj bardziej, aniżeli dużo skromniejsze jego zdaniem święta Chanuka, które w tym samym mniej więcej czasie obchodzą Żydzi na pamiątkę cudownego wydarzenia z czasów Machabeuszy (było to jakieś 150 lat p.n.e.). Wtedy to niewielka ilość czystej rytualnie oliwy po otwarciu świątyni jerozolimskiej paliła się przez osiem dni. Dla upamiętnienia tego niezwykłego zdarzenia Żydzi zapalają przez tyleż wieczorów po jednej świecy dziennie w specjalnym chanukowym świeczniku zwanym chanukija.  

- Byłem zapraszany od dziecka - wspomina Sewek - na Wigilię przez moich polskich sąsiadów Burchackich. Stała u nich wówczas zawsze śliczna choinka, którą się zachwycałem i której zazdrościłem. Znam polskie kolędy, bo śpiewałem je wraz domownikami. Kiedy Sewek nuci mi przez telefon „Lulajże Jezuniu" przenoszę się w czasie do przedwojennego Przasnysza, którego zapachy i barwy trwają w pamięci mojego rozmówcy. Rozbłyskują tam również choinkowe świeczki pospołu z chanukowymi.

Obwąchiwanie stodoły

Moja babcia przygotowując wigilijną wieczerzę co wiem z rodzinnych opowieści, krzątała się od rana przy kuchni, gotowała barszcz, szykowała śledzie, obierała ziemniaki. Nie zapomniała też, aby wysłać z ważną misją trzech swoich starszych synów, a moich wujów: Kazika, Mieczysława i Tadeusza. Kiedy stawili się na jej wezwanie nakazywała:

 - Idźcie na Zawodzie i siana na Wigilię przynieście. Ale żeby pachniało.

Wujowie szli do jakiejś stodoły, no i obowiązkowo obwąchiwali ją w poszukiwaniu najbardziej aromatycznego siana, które babcia układała później na stole dość grubą warstwą i przykrywała obrusem. W tym sianie ukrywała zawinięte w papierki grosiaki, które najmłodsi uczestnicy wigilijnej wieczerzy wyławiali po jej zakończeniu jako gwiazdkowe upominki.

Podstawę kulinarną wigilijnej kolacji stanowiła u moich dziadków, którym się zresztą nie przelewało, owocowa zupa z suszonych śliwek i gruszek z dużą ilością makaronu. Potem babcia stawiała na stole postne ziemniaki („z parą" - jak wówczas mawiano), czyli niczym nieokraszone, a do tego dużo dzwonek ze śledzi. Smażone ryby, karpie jadało się w bogatszych domach. Był również barszcz doprawiony sokiem z kiszonej kapusty.

Liczenie do dwunastu i sześćdziesięciu

W domu rodzinnym Marianny Grabowskiej, dziś 90-letniej mieszkanki ulicy Warszawskiej przestrzegano tradycyjnej liczby dwunastu wigilijnych potraw.

- Ojciec mój Ludwik Krajewski zajmował się ich liczeniem - wspomina pani Marianna. Robił to tak sprytnie, że zawsze wyszła mu dwunastka. Mama gotowała na Wigilię także kluski z makiem polewane miodem, więc ojciec liczył osobno mak, osobno makaron i osobno miód i miał już tym sposobem trzy potrawy.

Tradycyjnie do wigilijnego stołu siadano wówczas, kiedy ukazywała się pierwsza gwiazda na niebie. Wypatrywały jej najczęściej dzieci. Najpierw odczytywano stosowny fragment Ewangelii związany z narodzeniem Pana Jezusa, a potem dzielono się opłatkiem i składano sobie życzenia. Wszyscy byli bardzo głodni, bo na ogół przez cały dzień nic nie jedli. Po wieczerzy oglądano prezenty i śpiewano kolędy. Na choince zapalano zimne ognie i świeczki.

Domownicy siadali często do bardzo popularnej wówczas gry zwanej loteryjką. Na rozłożonych tabliczkach znajdowały się numerki i liczby od 1 do 60. Z woreczka ktoś z grających wyciągał malutką drewnianą beczułkę i odczytywał głośno napisaną na niej cyfrę,  czy liczbę, od 1 do 60. Jeżeli ktoś miał na swojej tabliczce odczytywany numerek lub liczbę brał tę beczułkę i stawiał ją na swojej tabliczce na odpowiadającym jej miejscu. Jeżeli nakrył wzdłuż dwa numerki obok siebie nazywało się to ambo, a jak trzy to było terno.

Bawiono się także w ślepą babkę, zwaną później ciuciubabką. Rodzice i starsi opowiadali sobie natomiast w tym czasie stare historie najczęściej związane z wojskiem i powstaniami. Krążyło wówczas bardzo dużo opowieści o Tadeuszu Kościuszce, którego portret wisiał niemal w każdym domu. Uroczystości tego dnia dopełniała pasterka odprawiana o północy. Podczas nabożeństwa rzucano w tłum wiernych ziarna grochu, owsa i łubinu. Miało to zapewnić ludziom pomyślność na cały rok. Ale z tego zwyczaju najmniej zadowoleni byli łysi, bo trafienie ziarnem w głowę bywało dla nich niekiedy bardzo bolesne.

Dwa bale i choinka

W pierwszy dzień Świąt spało się dość długo. A po śniadaniu przasnyszanie udawali się do kościołów, oglądać żłobki i brać udział w nabożeństwach. Moja babcia pytała się swojej latorośli co i gdzie widziała. Zdarzały się mało stosowne uwagi i pytania, bo ktoś z młodszych dzieci pytał, dlaczego w żłobku nie było nocnika. Dzieci zauważyły także, że część ludzi rzucała guziki na ofiarę do tacek przy żłobkach zamiast monet. Na święta gotowało się dużo rosołu z makaronem i kapustę. W drugi dzień świąt ludzie się odwiedzali. Wielką popularnością cieszyło się lodowisko na Węgierce przy kępie.

W Przasnyszu w okresie międzywojennym odbywały się dwie publiczne zabawy sylwestrowe: jedna w kinie, a druga  w auli gimnazjum. Nowy Rok witała w podwojach szkoły średniej w 1938 roku wspomniana wcześniej Maria Grabowska, wówczas jeszcze Krajewska, która bawiła się tam ze swoją ówczesną sympatią Zenonem Kiembrowskim. Wracali później do domów przez Rynek gdzie stała duża choinka świątecznie wówczas przystrojona. Otoczyli ją ludzie powracający z obydwu bali. Krajewska i Kiembrowski (zginął niedaleko stąd 17.12.1942 roku w publicznej egzekucji wraz z czterema innymi członkami ZWZ_AK) dołączyli do nich. Wszyscy chwycili się za ręce i utworzyli wielki krąg wokół drzewka. Okrążali je wspólnie trzymając się za ręce i śpiewali kolędy.

Staropolskie Gody kończyły się na święcie Trzech Króli.  Tego dnia po kościelnych nabożeństwach przynoszono do domów poświęcone kadzidło, którym była żywica z jałowca oraz także święconą kredę. Na szufelkę brało się trochę rozżarzonego węgla lub drewna z pieca i  rzucało na to żywicę. Z przejęciem okadzano swoje izby i obejścia, co miało znaczenie symbolicznego zabezpieczenia ich przed chorobami i nieszczęściami.  No, a kredą wypisywano na drzwiach wejściowych K+M+B, czyli pierwsze litery od imion trzech króli: Kacpra, Melchiora i Baltazara, którzy według zachodniochrześcijańskiej tradycji oddali w Betlejem pokłon nowonarodzonemu Jezusowi.  Dopisywano również obok liter aktualny rok. Będzie to już niebawem liczba 2009.

 

 

 

 

 

 

 

 

Wykop Skomentuj
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale