Dlaczego nie ma czegoś takiego jak „twoje pieniądze”

Rafał Woś: Bill Gates nie musiał dorabiać handlując kokainą na przedmieściach. Fot. PAP/EPALUDOVIC MARIN / POOL
Rafał Woś: Bill Gates nie musiał dorabiać handlując kokainą na przedmieściach. Fot. PAP/EPALUDOVIC MARIN / POOL
Na fali Polskiego Ładu zaroiło się od dorosłych (i wydawałoby się) rozsądnych ludzi, którzy upierają się, że istnieje coś takiego jak "ich pieniądze". Warto wyjaśnić im, w jakim są błędzie.

Bo mało tego. Oni niestety brną dalej. Twierdzą na przykład, że w związku z tym, iż mają jakieś rzekomo „ich pieniądze” to ktoś (konkretnie państwo oraz ci bliźni, którym to państwo chce pomagać) ich z tych „ich pieniędzy” "okrada". Cóż za skandal! Bo przecież – dowodzą ci pozornie rozsądni i poważni ludzie - im trzeba się raczej w pas kłaniać, gdyż przecież (uwaga! uwaga!) oni "dają pracę". Potraficie scierpieć tę darwinistyczną, egoistyczną i liberalną nowomowę? Bo ja szczerze mówiąc znoszę ją dość słabo.

Ale na początek konkrety. Sympatyczny skądinąd dziennikarz i założyciel portalu Spider’s Web Przemysław Pająk zagadnął:

Odpowiedziałem mu, że



I można by tę wymianę tak tu zostawić. Gdyby nie jej dość uniwersalny charakter. Wielu ludzi zdaje się przecież myśleć jak Pająk. To znaczy myli się fundamentalnie? Jak z nimi rozmawiać?

Zacząć warto pewnie od prostego eksperymentu. A dopiero potem odwołać się do soczystej teorii. Jak to w życiu. Wszak, gdy chcesz pokazać niedowiarkowi, że woda może zmienić stan skupienia to ją podgrzewasz. Wtedy nie będzie mógł zaprzeczyć. Tak samo tutaj. Niech więc zwolennik teorii „mojego pieniądza” wyjmie z portfela banknot o dowolnym nominale. A potem dokładnie go obejrzy. Czy widnieje tam jego/jej nazwisko? Raczej nie. No chyba, że nazywa się Adam Glapiński albo Marek Belka. A i oni są na naszych banknotach podpisani nie jako osoby prywatne, lecz w imieniu Narodowego Banku Polskiego. Czyli polskiego państwa, które ten pieniądz (z niczego) stworzyło, nadało kartce papieru wartość liczoną w złotych i któremu to państwu ten pieniądz zawdzięcza swoją wymienialność. A więc i wartość. Nie wierzycie? To weźcie kartkę papieru, zobowiążcie się na niej do wykupienia takiej i takiej sumy. Stworzycie wtedy papier wartościowy o nazwie weksel. Owszem – przydatny w niektórych biznesowych sytuacjach. Ale nie będący bynajmniej powszechnie akceptowalnym środkiem płatniczym. Nie wierzycie, to weźcie ten swój weksel i pójdźcie nim zapłacić za paliwo albo zakupy. Udało się? To może tyle w temacie „waszych pieniędzy”.

Ideologia zamożności


Jasne, rozumiem. Waszym zdaniem przejaskrawiam. Wam przecież chodzi o coś innego. Gdy mówicie „moje pieniądze” posługujecie się pewną metaforą. Próbujecie powiedzieć, że zgromadzony przez was majątek jest wasz i nikt nie ma prawa domagać się od was byście się nim podzielili. Gdyż ciężko na niego zapracowaliście. I uważacie, że podważanie koncepcji „moich pieniędzy” pachnie rozmontowaniem tzw. świętej własności prywatnej. A co za tym idzie do zawalenia się całego społecznego ładu, rozwoju i dobrobytu. Który to ład wisi przecież na takich jak wy. Tych co dzięki swym wyjątkowym talentom i pracowitości „dają pracę”, „pomnażają” i „tworzą PKB”.

Mam rację? Tak właśnie myślicie? I właśnie dlatego jesteście w błędzie. Posługujecie się bowiem czymś, co można nazwać wygodnym złudzeniem. Wygodnym oczywiście dla was. To złudzenie nazywa się fachowo ideologią zamożności.

Zapamiętajcie tę nazwę. Bo to wróg podstępny. Wpełznie wam do głowy i ogłupi. I potem będziecie mówić, jak nakręceni. A nawet się oburzać, gdy ktoś wam ją wytknie. Jak ten pan od Moliera, co nie mógł uwierzyć, że mówi prozą. Jednocześnie ta ideologia zamożności jest zarówno nieprawdziwa – jak i bardzo niebezpieczna. Czemu nieprawdziwa? Bo co jej zwolennicy chcą nam – tak naprawdę - powiedzieć? Że nic nikomu nie zawdzięczają? Przecież to oczywista bzdura. Nawet największy pechowiec spotkał na swej drodze kogoś ważnego. Bill Gates nie musiał dorabiać handlując kokainą na przedmieściach (co mogło skrócić jego świetnie zapowiadający się żywot biznesmena), lecz miał mamę, co znała szefa koncernu IBM, który to szef ze wszystkich systemów operacyjnych o podobnych parametrach wybrał akurat Windowsa. Mark Zukcerberg nie studiował w Wyższej Szkole Gotowania na Gazie Niewiadomodzie, tylko na Uniwersytecie Harvarda, co chyba jednak pomogło w tym, by jego „książka twarzy” stała się globalnym megasukcesem. I tak dalej. Żaden z milion- czy miliarderów nie spadł przecież z Księżyca (przynajmniej nic oficjalnie na ten temat nie wiadomo). Każdy z nich wziął coś od pokoleń, które były przed nim. Gdzieś chodził do szkoły, ktoś go leczył i chronił, ktoś zainspirował, ktoś przestrzegł. I tak dalej. Kim trzeba być żeby tego nie rozumieć? Jaki system etyczny (poza społecznym darwinizmem) usprawiedliwia tak łatwe redukowanie tego wszystkiego do „moje pieniądze” i „mój sukces, na który ciężko pracowałem”. To jakby ze wielkiej układanki pełnej kolorowych elementów (a zwanej życie) wybrać tylko jeden najbardziej dla jednostki korzystny. Stanąć na rynku i zakrzyknąć „tylko ten i żaden inny”. Słabe? No raczej.

Lubię to! Skomentuj162 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Polityka