Krytykujcie Unię. Jesteście dorośli. Nareszcie!

"Coraz większe jest zagrożenie utratą przez Polskę energetycznej niezależności na rzecz Niemiec". Fot. PAP/EPA
"Coraz większe jest zagrożenie utratą przez Polskę energetycznej niezależności na rzecz Niemiec". Fot. PAP/EPA
Po latach chodzenia wokół tematu Unii Europejskiej na paluszkach mamy wreszcie początek porządnej rozmowę na temat modelu jej funkcjonowania oraz sensu naszego w niej członkostwa. To zmiana dobra, zdrowa i naturalna. Cieszmy się z niej, zamiast nad nią biadolić.

Dziś grzeje Turów

Dziś grzeje (nomen omen!) sprawa elektrowni Turów oraz nałożonych na Polskę dotkliwych kar finansowych. W jej tle dojrzewa niepokojące zjawisko gwałtownego wzrostu cen emisji CO2, co musi przełożyć się na droższe ceny energii. Rząd już z resztą zapowiada, że będzie ludzi z tematem droższej energii stopniowo oswajał, bo wnyki, w które nas Berlin i Bruksela w temacie prądu złapały są niezwykle trudne do zerwania.

Polecamy:

Polityk PiS: Chcemy polubownego zakończenia sporu z Czechami. Decyzja TSUE to utrudnia

ONZ. Andrzej Duda oskarżył Białoruś o atak hybrydowy. Ostra krytyka bogatej Północy

Ale to przecież tylko wieści z ostatnich dni. Wcześniej mieliśmy zapowiedź Komisji Europejskiej, że wstrzyma nam pieniądze na pocovidową odbudowę gospodarki. Jest prawnicza debata o wyższości prawa polskiego nad unijnym. Jest grany w Brukseli i Strasburgu od paru lat serial troski o stan polskiej praworządności czy - ostatnio - wolności mediów. W odpowiedzi były nie raz i nie dwa kąśliwe (ale celne) uwagi polskich dyplomatów na temat istnienia rajów podatkowych w Luksemburgu czy Holandii. Krajach tak chętnie ustawiających się w roli wzorców europejskich wartości.

Coraz więcej krytycznie o Unii - na szczęście!

Mamy wreszcie (coraz częściej) krytyczne analizy dotyczące oceny skutków naszego członkostwa w Unii. Pokazujące, że to nie tylko „manna z nieba i cywilizowanie nadwiślańskich dzikusów”. Ale też realne koszty - kiedyś (zabójcza dla rodzimych wytwórców ekspansja zachodniego kapitału w najbardziej zyskownych branżach polskiej gospodarki. A ostatnio coraz większe zagrożenie utratą przez Polskę energetycznej niezależności na rzecz Niemiec oraz konieczność zaopatrywania się u nich w (drogi) prąd.

Ale czy powinno nas to wszystko martwić? Ośmielam się uważać, że… najzupełniej NIE! Przeciwnie. Trzeba się raczej cieszyć. Bo mamy rok 2021. Od naszego wejścia do Unii Europejskiej upłynęło zaś dobrych 17 lat. To zgadza się nawet symbolicznie, bo to, co teraz na się przecież porównać do osiągnięcia dorosłości w relacjach z Europą. Dla jednych pełnoletniość to nieuchronna. Dla innych upragniona. Ale w jednym i w drugim przypadku fakt najzupełniej realny. Jakoś tam da się jeszcze zrozumieć, dlaczego w pierwszej dekadzie naszego funkcjonowania w Unii (lata 2004-2015) tak duża część polskiego establishmentu politycznego oraz medialnego w pełni kontentowała się rolą ubogiego krewnego w europejskiej rodzinie. Takiego, co to powinien - cały w pąsach - zająć przypisane mu miejsce w kąciki i się - broń Cię Panie Boże - nie odzywać, gdy mówią prawdziwi gospodarze: Berlin, Bruksela, Paryż, Luksemburg albo Haga. Albo dlaczego w tamtym czasie szczytem marzeń było objęcie przez Polaka jakiegoś ważnego unijnego stanowiska. Na którym ten Polak na pewno „coś dla nas ugra”. Co konkretnie? Trudno powiedzieć. Ale coś na pewno. Zaś każdy krytyk Unii Europejskiej to oczywiście „pachołek Putina”, „głupiec” albo „XIX-wieczny nacjonalista”. Inaczej być po postu nie może.

Unia się zmieniła

Tylko, że od tamtej pory zmieniło się wszystko. A tak całkiem konkretnie, to aż trzy kluczowe rzeczy. Po pierwsze, zmieniła się sama Unia. Wszak mamy za sobą kryzys 2008 roku - który przerodził się rychło w kryzys w strefie euro. W odpowiedzi na te tarcia Bruksela (pod wpływem Berlina) odpowiedziała polityką brutalnych budżetowych oszczędności i wycofania się państwa z roli łagodziciela społecznych niesprawiedliwości.

Polityka ta została następnie narzucona demokratycznym rządom Grecji, Włoch czy Hiszpanii. Tamtejsze rządy albo się uginały (i traciły poparcie swoich obywateli). A jak próbowały walczyć, to… było jeszcze gorzej. Robiono z nich pariasów i w końcu musiały uklęknąć. Skutkiem jest dziś tzw. dywergencja (czyli poważny rozjazd) strefy euro pod względem potencjałów gospodarczych. I tak na przykład Niemcy są dziś na poziomie - mniej więcej - 110 procent swojego przedkryzysowego PKB. Włochy zaś w rejonach 90 proc. tego, co mieli w 2007 roku. Ten rozjazd już przekłada się na nastroje społeczne i nie jest tajemnicą, że będzie czynnikiem dezintegrującym Europę w nadchodzących latach. A przecież to tylko jedna z niezabliźnionych ran na eurointegracji.

My się zmieniliśmy

Po drugie: zmieniliśmy się my sami. Bo Polska jest już innym krajem niż w roku 2004. Inne jest też nasze społeczeństwo. Oczywiście wciąż mocne są w narodzie doświadczenia pokolenia 50plus. Dla nich Unia pozostanie pewnie na zawsze spełnieniem marzeń snutych w czasie wyjazdów na saksy do Niemiec, Austrii albo Skandynawii. Ale przecież na nich polskie społeczeństwo się nie kończy. Ich sentymenty i marzenia są istotne. Ale nie jedyne. Po nich idą przecież kolejne pokolenia. Takie, które znają Europę dużo lepiej i bez kompleksów. Oni nie chcą jej oczywiście stracić.

Lubię to! Skomentuj144 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Polityka