Pięć prawd o inflacji, których nauczył nas COVID

Inflacja nie musi być zła - pisze Rafał Woś.
Inflacja nie musi być zła - pisze Rafał Woś.
Z inflacją jest jak z dzikim zwierzem. Można się przed nim całe życie chować i drżeć, że nas rozedrze na strzępy. Ale dużo lepiej podjąć wysiłek jego… udomowienia. I zaprząc tego zwierza, by pracował dla nas.

Po pandemii inflacja wróciła na scenę dziejów. Jednych to przeraża. Inni zwietrzyli okazję do zbicia na cenowych strachach politycznego kapitału. Ale jest i dobra wiadomość. Może wreszcie - po epoce neoliberalnego płaskoziemstwa - zaczynamy coś z tej inflacji rozumieć. Kto wie, może nawet nauczymy się wykorzystywać ją do maksymalizacji społecznego dobrobytu w warunkach realnego kapitalizmu.

Polecamy:

Poznaliśmy laureatów Grand Pressa 2021. Poczobut wśród nagrodzonych

Nord Stream 2 zostanie wstrzymany? Groźba Bidena do Putina

Prawda pierwsza: inflacja nie musi być zła

Przez lata karmiono nas opowieścią, że inflacja to jest zawsze i wszędzie wielkie nieszczęście. „Śmierć pieniądza” - powiadali niektórzy. I dlatego trzeba inflacji pilnować. Choćby nie wiem co. A jak się nie będzie pilnowało, to w jednej chwili zrobi nam się drugi Weimar, trzecia Wenezuela i czwarte Zimbabwe.

Ale przecież ostatnie lata pokazały, że w prawdziwym życiu działa to zupełnie inaczej. Jesienią 2021 roku londyński think-tank Centre for Macroeconomics zorganizował sondaż wśród wiodących europejskich ekonomistów różnych pokoleń. Kluczowe pytanie brzmiało: czy banki centralne powinny pozwolić na to, by inflacja utrzymywała się przez dłuższy czas na poziomie przekraczającym cel. Badanie było pokłosiem przeglądu strategicznego EBC z lata 2021 roku. Bank centralny eurolandu był po kryzysie 2008 roku dużo bardziej ostrożny niż na przykład amerykański Fed. Ale teraz nawet monetarni konserwatyści z Frankfurtu zakomunikowali światu, że… żyjemy w nowych czasach.

Czasach, gdy polityka monetarna musi brać pod uwagę inne czynniki niż tylko gołe ceny. Jeśli więc - sugeruje EBC we wspomnianym dokumencie - inflacja powyżej celu służy innym ważnym celom społecznym (jak choćby walce z plagą wysokiego bezrobocia albo pomaga rządom w stabilizowaniu finansów publicznych po takim szoku jak covid czy lockdowny) to nie trzeba jej za wszelką cenę zbijać. Tylko raczej trzeba poluzować nieco antyinflacyjne obawy. I dać gospodarce więcej luzu.

Tu właśnie pojawia się koncepcja „nadgonienia inflacji”. Inflacja – powiadają ludzie z EBC – zbyt długo była na zbyt niskim poziomie – wyrządzając przy tym gospodarce i dobrobytowi społecznemu wiele szkód. W związku z tym banki centralne powinny być w najbliższych latach gotowe na dopuszczenie nawet dłuższych okresów podwyższonego wzrostu cen. Właśnie po to, by inflacja mogła trochę nadgonić. Także w formie rosnących płac, które nie powinny być traktowane jako zagrożenie (bo będzie inflacja!) ale jako szansa na wyjście z wielu pułapek, w które nas neoliberalna ortodoksja zapędziła.

Dlaczego? Analityk EBC Sebastian Schmidt (w pracy napisanej do spółki z japońskim ekonomistą Taisuke Nakatą) dowodzi na przykład, że pułapka niskiej inflacji nosi wszelkie znamiona tzw. samospełniającej się przepowiedni. Działa to tak: trwa stagnacja, a inflacja jest niska. Dzieje się tak właśnie dlatego, że uczestnicy rynkowej gry nie wierzą w perspektywę gospodarczego ożywienia. A bank centralny nie ma już większego pola manewru, bo stopy procentowe znajdują się w okolicach zera. To sytuacja, w której gospodarka dławi się na jałowym biegu. I za nic w świecie nie chce ruszyć do przodu. Mało tego, nikt już nawet nie wierzy, że mogłaby ruszyć. To był problem bogatego zachodu aż do wybuchu pandemii covid-19.

Oczywiście ta stagnacja ma swoje głębsze przyczyny. Dobrze opisuje je z kolei Holender Servaas Storm. Przypomina on, że główną przyczyną trapiących zachodnie społeczeństwa nierówności jest właśnie strukturalna stagnacja płac. Strukturalna to znaczy trwająca od połowy lat 70. i przejawiająca się w nienadążaniu płac za wzrostem produktywności gospodarki. To sprawiło, że na Zachodzie w ciągu tych minionych 40 lat zaczął dominować pracownik niepewny swego i sprekaryzowany.

Pozbawiony wsparcia ze strony instytucji (państwo, związki) i wręcz skazany na prace coraz bardziej niepewne. Ten pracownik jest - pisze Strom - podstawowym gwarantem… niskiej inflacji oraz niskiego popytu w gospodarce. Nierówności to zaś konsekwencja takiego stanu rzeczy. Niska inflacja i słaby popyt to z kolei zachęta do uciekania pieniędzy z gospodarki realnej na rynki finansowe ze szczególnym uwzględnieniem rynku nieruchomości. A także hamulec dla wzrostu i rozwoju. Pocovidowa inflacja jest więc sposobem, by się z tego zaklętego kręgu wyrwać.

Cytowani tu ekonomiści to tylko jakieś drobne i odosobnione przykłady takiego myślenia. Raczej wygląda na to, że zmiana w postrzeganiu inflacji jest coraz bardziej powszechna. I tak wracamy do wspomnianego panelu Center for Mackroeconomics. Czy „inflacja powinna nadgonić?” - pytano w nim grupę europejskich ekonomistów. Opcje „zgadzam się” oraz „zdecydowanie się zgadzam” zaznaczyło 59proc. badanych. „Przeciw” lub „zdecydowanie przeciw” opowiedziało się 35proc. badanych ekonomistów.

Lubię to! Skomentuj136 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Polityka