Rosja kontra Zachód. Kronika wojny gospodarczej. Tydzień 2

Zamknięty salon Louisa Vuittona w Moskwie, fot. PAP/EPA/YURI KOCHETKOV
Zamknięty salon Louisa Vuittona w Moskwie, fot. PAP/EPA/YURI KOCHETKOV
Chcecie wiedzieć, co się dzieje na froncie gospodarczym w drugim tygodniu wojny? Co jest faktem, a co myśleniem życzeniowym? Co się wydarzy, a co jest raczej wykluczone? Zapraszamy do cyklicznej autorskiej analizy Rafała Wosia.

Ukraina walczy dalej. Rozmowy pokojowe w impasie. Trwa dramat ludności cywilnej. Zaś w wojnie gospodarczej pod koniec drugiego tygodnia konfliktu kluczowe znaczenie miały trzy sprawy:

1. Czy zachodnie sankcje działają?

Tak, działają. Dowodem na to jest choćby dalsza deprecjacja rubla. Z 80 rubli za dolara w dniu rozpoczęcia inwazji doszliśmy chwilowo (w poniedziałek 7 marca) do poziomu ponad 150 rubli. Dziś za dolara płaci się 135 rubli.  Należy jednak pamietać, że ten kurs ma znaczenie coraz bardziej symboliczne. A to dlatego, że Rosjanie od ponad tygodnia są w zasadzie uwięzieni we własnym kraju. Rosyjscy przewoźnicy wstrzymali wszystkie zagraniczne loty, bo boją się, że ich leasingowane samoloty zostaną skonfiskowane, gdy tylko wylądują na obcej ziemi. Aerofłot czy S7 latają już tylko na Białoruś. Z lotów do Rosji wycofują się (z uwagi na rosnące koszty ubezpieczenia) ostatni przewoźnicy zagraniczni. Na przykład linie azerskie.

Na dodatek wymiana rubla na waluty obce jest przez rząd w Moskwie ściśle kontrolowana. Z kolei zerwanie współpracy z Rosją przez światowych gigantów płatniczych Visę i Mastercard (razem kontrolują ok. 65 proc. światowego rynku płatności) oznacza, że karty wydane przez rosyjskie banki przestały działać w większości krajów świata i można się nimi posługiwać w zasadzie tylko na terenie Rosji. Z powodu załamania kursu rubla oraz restrykcji na eksport towarów do Rosji coraz więcej sklepów wprowadza limity na zakup towarów. Kraj czeka stopniowe przestawianie się na autarkię.

Polecamy inne teksty Rafała Wosia:



Amerykańskie banki i zachodnie agencje ratingowe ogłosiły już nawet datę oficjalnego bankructwa Rosji. Morgan Stanley uważa, że wydarzy się to 15 kwietnia. Tego dnia minie 30-dniowy okres oczekiwania na wykup dolarowych papierów dłużnych rosyjskiego rządu, którym zbliża się termin zapadalności. Pewnym zaskoczeniem był fakt, że w poniedziałek Gazprom jednak zapłacił warte 1,5 miliarda odsetki od zaciągniętych w dolarze kredytów. Może to oznaczać, że Rosja nie chce jeszcze ryzykować oficjalnego uznania za bankruta.  

Mimo tych wszystkich ciosów z całą pewnością nie można jednak powiedzieć, że Rosja jest po dwóch tygodniach zachodnich sankcji na kolanach. Kraj jest bowiem pod bardzo wieloma względami samowystarczalny. Zwłaszcza, gdy idzie o towary potrzebne do dostarczenia ludności podstawowych towarów: takich jak żywność oraz energia.

Ta samowystarczalność ma oczywiście swoje granice. Rosja potrzebuje technologii z Zachodu. To ważne w średnim i dłuższym okresie. Rosyjski dziennikarz zajmujący się kwestią obronności Kamil Galejew przypomniał, że Rosja nigdy w swojej historii nie wygrała dużej wojny bez pomocy technologicznej ze strony Zachodu. Mieć zasoby potrzebne do przetrwania to jedno, ale te zasoby na nic się zdadzą, gdy twojemu sektorowi wojskowemu zacznie brakować kluczowych komponentów. Zwłaszcza jeśli wojna na Ukrainie miałaby trwać dłużej - albo ewentualnie przekroczyć jej granice.

Czy rosyjskie elity są świadome tych wyzwań? Na to pytanie odpowiada w nowym fascynującym tekście amerykański ekonomista Adam Tooze z Uniwersytetu Columbia. Wskazuje on na duże zmiany w myśleniu o ekonomii, które zaszły w Rosji w ostatnich kilku latach. W pierwszym okresie rządów Putina (2000-2015) dominowali wokół niego ekonomiści o bardzo klasycznym i liberalnym podejściu do gospodarki. Oni stawiali na budżetowe oszczędności, pilnowanie kursu rubla i nierozpieszczanie społeczeństwa nadmiernymi wydatkami publicznymi. Wszystkie nadwyżki z handlu ropą i gazem szły na budowanie rezerw dewizowych, co działo się kosztem pauperyzacji ludności i niskiego wzrostu gospodarczego. W pewnym sensie oni byli dla Zachodu łatwiejszym do przejrzenia i rozegrania rywalem.



Jednak w ostatnich latach ci ekonomiści zaczęli schodzić na drugi plan. Ich miejsce zajęli zaś młodsi. Wśród nich najważniejszą rolę odgrywa niespełna 40-letni Maksym Oreszkin. Postać to ciekawa, bo myśląca bardzo podobnie do współczesnych ekonomistów na Zachodzie - zwłaszcza tych coraz mocniej zainteresowanych tzw. nowoczesną teorią monetarną (MMT). Oreszkin przenosi tę teorię na grunt rosyjskiej praktyki. Jest na przykład zwolennikiem tezy, że współczesna Rosja prowadziła dotąd politykę gospodarczą opartą na nieporozumieniu. Polegało ono na tym, że kraj jest de facto suwerenny gospodarczo: ma duże zasoby wewnętrzne, jest tylko w niewielkim stopniu zależny od napływu zagranicznego kapitału, ma suwerenny bank centralny, któremu nie mogą się skończyć pieniądze i utrzymuje od lat znaczącą nadwyżkę handlową z zagranicą. Jednocześnie ta sama Rosja zachowuje się tak, jakby… suwerenna NIE BYŁA. Dlatego jeszcze przed pandemią Oreszkin miał doradzać Putinowi pójście drogą wielkiego zwrotu gospodarczego i postawiania na potężny plan inwestycji i zwiększenia wydatków publicznych. Radził więc zrobienie tego samego, nad czym radzili przez wiele ostatnich miesięcy przywódcy Unii Europejskiej, w Polsce i USA. Taki rosyjskie uderzenie inwestycyjne miało dać gospodarce pozytywnego kopa porównywalnego z Nowym Ładem w Ameryce lat 30.

Oczywiście wojna sprawia, że plan Oreszkina jest dużo trudniejszy w realizacji. Zwłaszcza w obliczu coraz bardziej nieuchronnego embargo na rosyjską ropę i gaz (o czym za chwilę). Choć - i tu paradoks - jest również możliwe, że to właśnie stan zupełnego oblężenia ostatecznie pchnie Putina do mocniejszego użycia własnej suwerenności gospodarczej. Dla Zachodu byłaby to zła wiadomość. Bo zachodnie sankcje ekonomiczne działają również na płaszczyźnie psychologicznej. Im bardziej wierchuszka Kremla będzie wierzyła, że sankcje im szkodzą, tym lepiej dla Zachodu. „Miejmy nadzieje, ze Putin nie odkryje MMT. Bo wtedy stanie się dużo trudniejszym przeciwnikiem niż będąc Putinem-liberałem” - podsumowuje Tooze. 

2. Czy (albo raczej kiedy?) embargo na ropę i gaz?

To pytanie cały czas wisi w powietrzu. Przez pierwsze dwa tygodnie było faktycznie tak, że - mimo wojny - gaz i ropa płynęły cały czas z Rosji na Zachód. Furorę robiły wyliczenia pokazujące, że Rosja wręcz… zarabia jak nigdy. Z 350 mln dolarów (ropa) i 200 mln dolarów (gaz) inkasowanych codziennie przez Federację Rosyjską na eksporcie surowca, zrobiło się po wybuchu wojny (i po skoku cen) 720 mln za sam tylko gaz!

Te wyliczenia szokują Zachód i prowadzą do pytania: jak to możliwe, że stale finansujemy wroga jednocześnie z nim wojując. W odpowiedzi Stany Zjednoczone wprowadziły we wtorek embargo na rosyjskie surowce. Dołączyła do nich Wielka Brytania. Europa wciąż się waha, bo ma więcej do stracenia - jest bardziej zależna od gazu ze wschodu niż Ameryka od rosyjskiej ropy. Trzeba oczywiście pamiętać, że w praktyce popyt na rosyjską ropę spadał już co najmniej od kilku dni: również dzięki oddolnym inicjatywom pojedynczych krajów (Szwecja) oraz koncernów (Shell, Exxon Mobil), które zaczęły intensywnie dywersyfikować dostawy. W efekcie rosyjska ropa była w minionych dniach sprzedawana z dużym upustem.

Oczywiście rosyjską ropę i gaz trzeba będzie czymś zastąpi. W krótkim okresie doprowadzi to do dalszego wzrostu cen surowców. Czy do 300 dolarów za baryłkę - jak straszą Rosjanie? Raczej nie. Snując zbyt szybkie analogie z kryzysem naftowym roku 1973, warto zwrócić uwagę, że intensywność zużycia ropy w gospodarce jest dziś dużo mniejsza niż wtedy. W szczycie szoku paliwowego do wytworzenia 1000 dolarów PKB w krajach OECD trzeba było zużyć 1,1 baryłki ropy. Dziś to już raczej 0,6 baryłki.

Nie zmienia to oczywiście faktu, że koszt embarga będzie odczuwalny. Pod wieloma względami już go ponosimy: choćby płacąc więcej za paliwo. Pamiętajmy jednak, że do pewnego stopnia jest to efekt paniki, jaka ogarnęła polskich konsumentów (a więc i zwiększonego popytu). Dlatego i tu warto doradzać (i samemu zachować) spokój.



3. Czy wychodzenie zachodnich firm z Rosji ma jakiś sens?

Te gesty też są oczywiście ważne. I faktycznie utrudniają życie Rosjan stanowiąc ważny element nacisku pozamiliratnego. Nie trzeba jednak traktować tych akcji jako jakiegoś  szalonego heroizmu ze strony tego czy innego prywatnego koncernu.

Duzi gracze z branży surowcowej czy maszynowej w zasadzie od pierwszego dnia sankcji wiedzieli, że i tak rosyjski rynek (przynajmniej na jakiś czas) im odpada. Ci, co mają w Rosji fizyczne inwestycje, wiedzieli też, że zostaną one w ramach rosyjskich retorsji za unijne sankcje czasowo zamrożone. Jeśli nie gorzej. Postanowili więc uderzyć wyprzedzająco przyłączając się do akcji bojkotu Rosji. Rynek rosyjski to dla większości przecież jednak raczej surowcowe zaplecze. Kluczowe zyski są wciąż tutaj na Zachodzie. Taki bilans zysków i strat wygląda dość jednoznacznie i wyjaśnia posunięcia wielu globalnych marek w ostatnim tygodniu. Ci zaś, którzy wciąż się wahają dołączą zapewne w najbliższym czasie. Tak jak Shell, który najpierw kupił przecenioną ropę. A potem przeprosił i wycofał się zupełnie z handlowania z Rosją. Tu efekt śnieżnej kuli już jest. A korporacje to na tyle oportunistyczne organizmy, że - jeśli jest odpowiednio duża - dają się jej porwać. I całe szczęście.

Ciąg dalszy nastąpi..

Rafał Woś

Czytaj także:

Lubię to! Skomentuj63 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Polityka