Sankcje? Trochę na to za późno!

Zachód gniewnie zmarszczył czoło. Nawet Niemcy zgodzili się na wstrzymanie certyfikacji Nord Stream 2. Wiele wskazuje jednak, że na Rosji nie zrobi to większego wrażenia. A jeśli Rosja jest odporna na sankcje?

Na Zachodzie od wieków panuje dziwna mieszanka fascynacji, strachu i poczucia wyższości wobec Rosji. Przy czym w ostatnich latach zdaje się dominować zwłaszcza ten trzeci komponent. Europa Zachodnia i Stany Zjednoczone zdawały się (aż do dzisiaj) działać w pełnym przekonaniu, że cały czas mają Putina w garści. A on ze strachu przed odcięciem go od zachodnich pieniędzy oraz rynku zbytu na jego surowce nie przekroczy czerwonych linii. No cóż – witamy w nowym świecie. Takim, gdzie to przeświadczenie jest już mocno nieaktualne.

Zobacz też:

Rosja odporna na zachodnie sankcje?

W ciągu minionej dekady Moskwa zainwestowała ogromne siły i środki w zbudowanie odporności na zachodnie sankcje. Ta ich antysankcyjna zbroja składa się z grubsza z dwóch elementów. Z tarczy oraz miecza.

Tarcza to uniezależnienie rosyjskiej gospodarki od Zachodu. Po aneksji Krymu w roku 2014 Rosja faktycznie dostała mocno po nosie. Sankcje faktycznie doprowadziły do mocnego spadku wartości rubla oraz znaczącego wzrostu inflacji, która w latach 2015-2016 sięgnęła nawet 16 proc. Aby uniknąć powtórki Rosjanie zainwestowali jednak zyski z eksportu surowców (wysokie ceny wróciły w latach 2018-2019 i teraz od 2021) w akumulację rezerw walutowych. Efekt jest taki, że dziś Rosja (11 gospodarka świata) ma piąte największe zasoby walutowe na świecie. Te rezerwy zabezpieczają ich na dwa sposoby. 

Po pierwsze, w wypadku odcięcia rosyjskich firm od zachodnich rynków finansowych bank centralny w Moskwie bez trudu zaopatrzy swoje przedsiębiorstwa w dewizy, co pozwoli im kontynuować działalność i nie pozwoli wpaść one w spiralę dolarowego długu. 

Olbrzymie rezerwy walutowe

Po wtóre, te olbrzymie rezerwy walutowe będą przez rosyjski bank centralny z całą pewnością używane do stabilizowania kursu rubla na wypadek ataku spekulacyjnego. Jeśli więc zacznie się jakaś zmasowana wyprzedaż rubla to Moskwa może je spokojnie wykupić. Tak, by waluta się nie załamała w jakiś dramatyczny sposób.

I jeszcze jedno. O ile większość krajów zachodnich trzyma swoje rezerwy walutowe w dolarach (zazwyczaj ok. 60 procent) to Rosjanie po ostatnich doświadczeniach zadbali o bardziej rozbudowany portfel. Dziś mają więc jakieś 16 procent rezerw dolarowych. 30 procent w euro, ok. 15 procent w chińskim juanie, 6 procent w funcie brytyjskim i 10 procent w innych walutach, a pozostałe dwadzieścia parę procent w złocie. 


Ogromne zasoby ropy

Sama tarcza by oczywiście nie wystarczyła, ale Rosjanie mają przecież jeszcze miecz. Tym mieczem są – rzecz jasna – zasoby ropy (10-12 procent światowych złóż) i gazu (25 procent globalnej podaży). I w ten właśnie sposób dochodzimy do drugiego punktu ich odporności. Polega on na olbrzymim wręcz uzależnieniu się Europy od błękitnego paliwa ze wschodu. Ma to oczywiście związek z triumfem niemieckiego pomysłu na transformację energetyczną z gazem ziemnym w roli surowca zapasowego. Realizując ten właśnie pomysł Niemcy mocno rozwinęły w ciągu minionej półtorej dekady infrastrukturę energetyczną do przesyłu i magazynowania błękitnego surowca z Rosji,a potem rozsyłania gazu z tej wielkiej niemieckiej rozdzielni do pozostałych krajów wspólnoty. Rurociąg Nord Stream2 miał przypieczętować sprawę i uczynić rosyjski gaz warunkiem koniecznym zielonej transformacji. 

Im mocniej była więc w ostatnich latach stawiana w Europie kwestia zielonej transformacji, tym mocniej Putin stawał się gwarantem, że uda się spełnić marzenie zachodnich polityków o „ocaleniu planety” i zalegitymizować się w oczach pokolenia "Extinction Rebelion”. Zwłaszcza, że po drodze silna antyatomowa koalicja w Unii (Niemcy, Austria, Luksemburg) aktywnie zwalczała alternatywę w postaci energetyki jądrowej. To się ostatnio w Europie na szczęście zmienia. Ale zmiany potrwają. Jednocześnie – i to jest chyba sedno problemu – Unia nie zadbała o dywersyfikację dostaw gazu. Liczby mówią same za siebie. O ile jeszcze w 2014 roku tylko 37 procent gazu importowanego przez Europę pochodziło z Rosji. A dziś to już prawie 50 procent. 

Mniejsza podaż surowca – panika na Zachodzie

Co może to oznaczać w praktyce pokazała jesień i zima 2021, gdy Rosjanie po prostu zmniejszyli podaż surowca wywołując panikę na Zachodzie. Wzrost cen energii dodatkowo napędził inflację, stawiając demokratycznych zachodnich polityków pod ścianą. Kto z nich będzie chciał zaryzykować powrót wysokich (a zgodnie z groźbą byłego prezydenta Rosji Miedwiediewa „jeszcze wyższych”) cen gazu kolejnej zimy? Czy zachodnie elity będą umiały uwzględnić te geopolityczne czynniki w swoich ekologicznych ambicjach? 

Jasne, że w dłuższym okresie surowce można zabezpieczyć gdzieś indziej, ale pamiętajmy, że Zachód nie jest jedynym odbiorcą gazu i ropy na rynkach światowych. Pamiętajmy, że na naszych oczach ogromne i coraz bogatsze Chiny przestawiają się z węgla na gaz, o co trudno mieć nawet do nich pretensje, bo przecież właśnie tego się od lat od nich domagaliśmy, ale chiński kurs na dekarbonizację oznacza również to, że popytu na rosyjski gaz raczej nie zabraknie. Co oznacza, że sankcje ich nie złamią.

Rosja samowystarczalna?

Wyliczmy więc raz jeszcze: tarcza w postaci dewiz, miecz surowcowy, plus samowystarczalne rolnictwo i całkiem niezła branża technologiczna (nawet szczepionki nie musieli importować). No i własny sektor wojskowy. To dzisiejsza Rosja. Takie są dziś fakty. Niezbyt miłe dla zachodniego ucha. Ale jednak fakty.

Oczywiście nie oznacza to, że muszą się spełnić najczarniejsze ze scenariuszy. Jednak nie miejmy złudzeń. Nadzieje, że Rosja padnie na kolana i zacznie się trząść ze strachu, bo Europa zatrzymała im certyfikację Nord Stream 2 są (delikatnie mówiąc) mocno przesadzone. Na to jest już za późno. Jesteśmy już w innym miejscu. Historia toczy się dalej.


Rafał Woś


Czytaj dalej:

Lubię to! Skomentuj91 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Polityka