Od początku wojny pomagają Ukrainie. „Potrzeba nawet najprostszych lekarstw”

Na polu walki potrzeba zarówno opasek uciskowych, bandaży, jak i wysokiej jakości hełmów, kamizelek kuloodpornych Fot. PAP/Mykola Kalyeniak
Na polu walki potrzeba zarówno opasek uciskowych, bandaży, jak i wysokiej jakości hełmów, kamizelek kuloodpornych Fot. PAP/Mykola Kalyeniak
W Ukrainie brakuje dziś zarówno lekarstw, nawet tak u nas powszechnych jak środki na przeziębienie i wszelkich rzeczy związanych z polem walki. Opasek uciskowych, hełmów, kamizelek kuloodpornych. W przypadku tych ostatnich niezwykle ważne, by były naprawdę wysokiej jakości – mówi Salonowi 24 Przemysław Miśkiewicz, działacz opozycji w okresie PRL, lider stowarzyszenia Pokolenie, które pomaga Ukraińcom na froncie i uchodźcom na terenie Polski.

Gdy rozmawialiśmy miesiąc temu, organizowaliście Pańśtwo już bardziej „poukładaną” pomoc dla Ukrainy, niż na początku wojny. Jednak od tego czasu sytuacja i w samej Ukrainie i w Polsce mocno się zmieniła. Jak dziś wygląda w praktyce pomoc dla Ukrainy?

Przemysław Miśkiewicz: To zależy od tego, gdzie ta pomoc ma trafić. Kilka tygodni temu było przekonanie, że kolejne ataki Rosji pójdą na zachodnią Ukrainę, i pomoc w dużej mierze trafiła do Lwowa. Ten rejon praktycznie był „zapchany” jeśli chodzi o dary, było tego bardzo dużo.

Potem okazało się, że Putin ograniczył się chyba do wschodniej Ukrainy. Kluczowe jest to, że o ile pomoc państwa jest bardzo ważna i rząd naprawdę dużo robi, tak kluczowa jest jednak pomoc organizacji pozarządowych. Oczywiście nie mówię tutaj o broni, ciężkim sprzęcie – to może się odbywać wyłącznie za pośrednictwem państw. Natomiast w kwestii pomocy humanitarnej największe znaczenie ma ta organizowana przez organizacje pozarządowe.

Przeczytaj też:

O co chodzi z papieżem Franciszkiem i jego stosunkiem do wojny? "Nowa normalność"

Czego najbardziej dziś potrzeba?

Są rzeczy które będą stale potrzebne. Na przykład lekarstwa. I wciąż bardzo ważne są rzeczy u nas powszechnie dostępne, tam będące towarem deficytowym. Przykładem są leki przeciwgrypowe, przeciwprzeziębieniowe. Gripexy, Neoanginy. Tego wciąż potrzeba, szczególnie widoczne było to zapotrzebowanie w czasie gdy pogoda była bardziej zmienna, tych infekcji było dużo, a lekarstw brakowało.

Ostatnio w całej Ukrainie zabrakło leku o nazwie Entyrox, bardzo ważnego w leczeniu tarczycy. To jedno. Druga sprawa, to wszelkie rzeczy związane z polem walki. Nie mówię tu oczywiście o broni, to kwestia współpracy między państwami, ale o sprzęcie medycznym, opaskach uciskowych. Także kamizelach kuloodpornych, hełmach. Bardzo zwracam uwagę, że musi to być dobra rzecz. Bo często są wykonywane nawet w dobrej wierze kamizelki z jakiejś blachy, która może czasem ochroni, ale często może w nich dojść do sytuacji, że pocisk jej nie przebije, ale dojdzie do złamania kości, czy nawet uszkodzenia organów wewnętrznych. To nie może być sprzęt złej jakości, tani. Ale sprawdzony, najwyższej próby.

Jeśli chodzi o kamizelki na pole bitwy to musza być 4, 4plus, nie mogą kosztować półtora tysiąca złotych. Ale kilka tysięcy. Jak cos jest z „cudownego źródła” i znacznie taniej, to możemy być pewni, że się nie sprawdzi. Tak samo hełmy. Jeszcze kilka lat temu można było kupić takie za dwieście złotych, dziś są w cenie półtora – dwóch tysięcy. To rzeczy najbardziej potrzebne. Ale tam gdzie jest oblężenie konieczna jest żywność.

Mało tego, są miejsca gdzie brakuje żywności z błahej przyczyny. Na przykład koledzy z Muszyny jeździli z pomocą do Sambora, gdzie zabrakło chleba. A zabrakło, bo tamtejsi piekarze mieli owszem drożdże, ale nie mieli mąki. Takich sytuacji jest wiele. Aby wiedzieć jak konkretnie pomóc, najlepiej skontaktować się z lokalnymi organizacjami we własnym powiecie, w miejscowości. Organizacje takie mają kontakt czy to z armią ukraińską, czy to z inną organizacją po tamtej stronie. I one wiedzą, że na przykład w danym regionie nie potrzeba już rzeczy dla dzieci, ale potrzeba czegoś innego. A z kolei w innym obwodzie potrzeba właśnie wsparcia dla dzieci.

Jak wygląda współpraca rządu, samorządu, organizacji pozarządowych – jest chaos, czy przeciwnie, współpraca ta układa się dobrze?

Na początku oczywiście główny ciężar spadł na organizacje pozarządowe, było spontaniczne wsparcie społeczeństwa. I trudno mieć tu do państwa pretensje. Bo nagle w Polsce zjawiły się ponad dwa miliony ludzi. I oczywiste jest, że ani rząd ani samorząd nie mają możliwości zadbać o wszystkich nagle, gdy pojawia się dwa miliony ludzi więcej. Nie ma tylu urzędników, by w trybie nagłym to zorganizować.

Teraz ta współpraca jest już koordynowana na linii rząd – samorządy – organizacje pozarządowe. I wygląda to naprawdę bardzo dobrze. My jako stowarzyszenie organizujemy od 500 do 700 posiłków dziennie na terenie województwa śląskiego, współpracujemy z Urzędem Wojewódzkim.

Ukraińców przybyło jak Pan wspomniał bardzo dużo. Jak odnajdują się w nowej rzeczywistości – bardziej starają się działać tu, myślą o powrocie do Ukrainy?

Jedni wracają, bo uznali, ze zachód Ukrainy nie będzie zaatakowany. Inni nie chcą wracać. Powstają ich organizacje. Na przykład jest grupa kobiet z Ukrainy, które przyjechały tu z dziećmi, założyły fundację na gruncie prawa polskiego. I działają, organizują kiermasze, stopniowo dzięki działalności mogą się utrzymywać. Organizują też pomoc dla swoich mężów, którzy przebywają na froncie.

Są wśród Polaków dyskusje o tym, jak będzie wyglądać przyszłość obu narodów, jak będzie wyglądać współpraca obu państw. Niektórzy lansują nawet ideę federacji Polski i Ukrainy. Jak Pana zdaniem rozwinie się sytuacja wojenna i czy taka federacja po zakończeniu wojny jest możliwa?

Co do rozwoju sytuacji wojennej muszę zastrzec, że do tej pory wszelkie moje prognozy się nie sprawdziły. Uważałem na przykład, że Putin nie zdecyduje się na pełnoskalową wojnę, a jednak się zdecydował. Dziś uważam, że skończy się wojna jakimś rozejmem, który będzie polegał na zaprzestaniu walk, a ostateczny kształt granic będzie miała rozstrzygnąć międzynarodowa konferencja „za trzy miesiące”. A za trzy miesiące niczego nie rozstrzygnie. I będzie konflikt graniczny tlić się latami, obawiam się że w tym czasie Putin, bądź jakiś jego następca zyska czas na przeorganizowanie armii, pozbycie się nieudacznych dowódców.

Natomiast do co federacji, to ja w nią nie bardzo wierzę. Z prostej przyczyny – Ukraińcy po wojnie będą mieli poczucie, że to oni powstrzymali najazd na Europę. Wykonali pracę także za nas. Nie będą chcieli wchodzić w dwuczłonową federację. Osobną sprawą jest, że wielu pomysłodawców wspólnej federacji liczy na to, że będzie to twór, w której Polska będzie przewodzić. To można ich spytać, czy chcieliby wspólnego państwa, w którym przewodziłaby Ukraina. No raczej nie.

To jak widzi Pan przyszłość wzajemnych relacji – niektórzy widzą szansę w rozszerzeniu Unii na Wschód, był pomysł państwa dwóch narodów na terenie Polski?

Ja myślę, że szansą jest owszem ścisła współpraca, ale nie tylko Polski z Ukrainą, ale szerokiego bloku Trójmorza. Dla Amerykanów Warszawa staje się bardzo ważna. Ale nie może być ona ograniczona tylko do samej Polski, ale właśnie do szerokiego sojuszu państw. Polski, państw bałtyckich, Czech, Słowacji, Rumunii, Chorwacji, Słowenii i Bułgarii. Blok taki poszerzony o Ukrainę, gdzie część krajów będzie w Unii Europejskiej, a część nie, ale może w przyszłości dołączy, może odgrywać bardzo istotną rolę. Właśnie teraz jest na to szansa.

Przeczytaj też:

"Franciszek postawił kropkę nad i. Obawiam się potężnego rozłamu w Kościele"

Rada Polityki Pieniężnej znów podniosła stopy procentowe


Lubię to! Skomentuj3 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Polityka