Inflacja nie jest naszym wrogiem numer jeden

Inflacja nie jest naszym wrogiem numer jeden. fot. PAP/ Marcin Bielecki, edycja: SW
Inflacja nie jest naszym wrogiem numer jeden. fot. PAP/ Marcin Bielecki, edycja: SW
Byłoby prawdziwą tragedią, gdyby powstał w naszej polityce konsensus, że ze wzrostem cen należy walczyć za wszelką cenę i bez oglądania się na społeczne koszty. Wtedy bylibyśmy ugotowani.

Inflację trzeba oswoić

Należę do tych (nielicznych) polskich publicystów, którzy są zwolennikami stałego spuszczania powietrza z balonika zwanego „inflacją”. Innymi słowy, uważałem - i uważam nadal - że strach przed inflacją należy podzielić przez trzy albo cztery. I wtedy będziemy bliżej prawdziwego wymiaru wyzwania, jakie niesie ze sobą wzrost cen. Wyzwania - owszem - poważnego. Ale nie na tyle palącego, by walcząc z inflacją zgodzić się na nową terapię szokową w postaci drakońskich podwyżek stóp procentowych. Które może i inflacje w końcu zbiją. Ale przyniosą recesję i powrót plagi bezrobocia. 

Wielu powie pewnie, że skoro tak piszę, to muszę być bezmózgim PiSowskim trollem. I jedynym celem jest osłanianie posunięć tej władzy. Kto chce tak myśleć - proszę bardzo - wolny kraj. Nie chce mi się nad tym dłużej strzępić języka. Zamiast tego spróbuję wyjaśnić sedno sprawy. Otóż prawdziwym powodem mojego upartego odczarowywania inflacji jest strach przed konsekwencjami uznania tejże inflacji za największe zagrożenie polityczne i ekonomiczne, przed którym stoimy. Jeżeli by to bowiem nastąpiło to wtedy… jesteśmy ugotowani. Zobaczcie z resztą sami, jak to działa.

Konsekwencje pójścia na całość mogą być zabójcze

Jeżeli inflacja zostanie uznana za wroga numer jeden, to oczywiste jest, że należy rzucić wszystkie siły i środki na walkę z tym wrogiem. Oznacza to, że inne zagrożenia muszą zejść na plan dalszy. A jak się walczy z inflacją w praktyce? Ano na przykład przy pomocy jeszcze ostrzejszych powyżej stóp procentowych przez bank centralny.

A koszty społeczne takiego rozwiązania? Nie trzeba mieć doktoratu z ekonomii, by wiedzieć, że będą znaczące. Dalsze podwyżki rat kredytów hipotecznych czy rat leasingowych w pierwszej kolejności. W dalszej dalsze utrudnienia dla przedsiębiorców (zwłaszcza mniejszych) w dostępie do świeżego kapitału. Co oznacza brak inwestycji i zastój. A zastój to spadek dochodów ludności - a więc zmniejszenie tempa rozwoju gospodarczego. Kto wie, może nawet recesję i powrót bezrobocia. Bezrobocia, które - chwała Bogu - nie straszy nas dziś tak, jak straszyło jeszcze dekadę temu. Ale przecież bardzo łatwo może powrócić. 

Gdy uznamy inflację za wroga numer jeden, to wszystkie zarysowane powyżej efekty uboczne trzeba… wziąć na klatę. To znaczy społeczeństwo będzie musiało je wziąć na klatę. No ale przecież politycy czy ekonomiści, którzy już palą się do takich podwyżek stóp (nowa członkini RPP Joanna Tyrowicz powiada, że stopy muszą być duuużo wyższe niż dziś) powiedzą wam pewnie, że to konieczne. Bo nie ma innego wyjścia. Albo, że to bolesne, ale konieczne lekarstwo na zarazę inflacją. 

I tak - przyjmując za pewnik opowieść o inflacji jako wrogu numer jeden - cofniemy się w debacie ekonomicznej o dobrych 20 lat. Prosto do czasów niesławnej TINY. A więc do przekonania, że „nie ma żadnej alternatywy” (ang. There is no Alternative). W jej warunkach wszyscy (czy lewica czy prawica, czy socjaliści, czy liberałowie) zgadzali się co do tego, że istnieje tylko jedna polityka ekonomiczna. Trzeba ją tylko wprowadzić w życie. I wtedy będzie dobrze. 

Lepiej żyć z inflacją niż bez pracy

Nie wiem jak wy, ale ja uważam, że lepiej jest tu, gdzie jesteśmy. Nawet z podwyższoną inflacją, ale jako tako osłaniana wzrostem płac i fiskalną polityką rządu. Niż tam, dokąd niechybnie doprowadzi nas fetyszyzacja inflacji. Z niechybną recesją, bezrobociem i klasą polityczną, która niewiele może zrobić, by ludziom ulżyć. No, ale może się pochwalić, że przecież „zbiliśmy inflację”.

Znamienne, że nie jest to tylko polska specyfika. Jeden z ciekawszych amerykańskich ekonomistów Adam Tooze (z Uniwersytetu Columbia) napisał niedawno tekst przestrzegający anglosaską lewicę dokładnie przed tym samym. To znaczy przed uczepieniem się kuszącej narracji o „straszliwej inflacji”, która najmocniej uderza w najbiedniejszych (bo powoduje „wzrost kosztów życia”). Oczywiście, że powoduje. Jednak idąc w tę stronę lewica skończy dokładnie tam, gdzie jej poprzednie pokolenia z czasów Blaira czy Clintona. To znaczy w roli politycznych klakierów dla antyinflacyjnej polityki, która pustoszy rynek pracy, dopuszcza wysokie bezrobocie i niszczy inwestycje. 

Czy wtedy ulżą zwykłemu człowiekowi? Ochronią go przed rosnącymi kosztami życia zwiększając bezrobocie do 15-20 proc.? Przecież do niedorzeczne. Dla zwykłego człowieka lepsza jest już 15 proc. inflacja, ale bez bezrobocia. Nie idealna, ale lepsza. 

Właśnie dlatego upieram się i będę się upierał, że walka z inflacja nie jest najważniejsza. Mądry już pewnie zrozumiał. A głupiemu i sześć kolejnych akapitów, będzie zbyt mało. Trudno, historia zna i takie przypadki..

Czytaj dalej:

Lubię to! Skomentuj137 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Polityka