Dziennikarze zostają ambasadorami
Oczywiście każdy, kto dysponuje pamięcią dłuższą niż wspomnienia rozwielitki wie, że takie rzeczy dzieją się cały czas i wciąż. Wydarzały się w ciągu ostatnich ośmiu lat za czasów PiS. Ale miały miejsce także w przeszłości. I tak - pozostając choćby tylko przy polu spraw zagranicznych - w ostatnim czasie dziennikarstwo na dyplomację zamienili tacy publicyści oraz komentatorzy jak Piotr Skwieciński (kiedyś „Sieci” dziś ambasador RP w Erywaniu), Marek Magierowski (kiedyś redaktor naczelny "Rzeczpospolitej" a dziś ambasador w USA, a wcześniej w Izraelu) czy Bogna Jankę (niegdyś właścicielka „Salonu24” a dziś ambasador w Brazylii). Wcześniej zaś tą samą drogą poszli dziennikarze „Gazety Wyborczej” Marcin Bosacki czy Marcin Wojciechowski, którzy poszli „w ambasadory” w Kanadzie albo na Białorusi. Jeszcze drzewiej zaś ten sam szlak poznali Daniel Passent czy Jarosław Gugała. I tak dalej.
Nic nowego pod słońcem - można by więc powiedzieć. Drzwi obrotowe między mediami a służbą publiczną istniały, istnieją i istnieć będą. To nawet naturalne - zważywszy choćby tylko na związki towarzyskie czy obszar zainteresowań. Ba, można by nawet argumentować, że dziennikarz, który poszedł w dyplomację, administrację albo nawet i w politykę, zyskuje unikalne doświadczenie. Co czyni go już nie tylko teoretykiem, ale i praktykiem sprawowania władzy. A więc i postacią bardziej rozumiejącą temat, który zawodowo opisywał.
Jedni mogą, a drudzy nie
Jednocześnie warto jednak zauważyć, że tego typu „transfery” przyjmowane są zwykle z niechęcią. W ostatnich ośmiu latach wręcz z moralnym oburzeniem. Tworzy to sytuacje groteskowe. Po nominacji Wrońskiego „złośliwcy” przypomnieli mu, że jeszcze nie tak dawno temu szydził (i to w dość niewybrednych słowach) z ludzi, którzy ośmielili się przełamać „kordon sanitarny”, który środowiska liberalne (a „Wyborcza” celowała w tym już szczególnie) chciały rozwinąć wokół PiSu. Kiedy więc na przykład była wiceminister finansów Elżbieta Chojna-Duch przyjęła propozycję pracy dla NBP kierowanego przez Adama Glapińskiego to Wroński nie posiadał się z oburzenia. „Lizała, lizała, to i doliczała” - napisał Wroński w serwisie X. Teraz ma więc za swoje, gdy po jego nominacji na rzecznika MSZ u zaprzyjaźnionego z „Wyborczą” Sikorskiego „złośliwcy” wypominają Wrońskiemu tamte słowa. Pytając czy nie byłoby na miejscu odnieść ich dziś do samego siebie?
I jak znam życie to coś mi się wydaje, że Wroński nie będzie ostatnim. I że wokoło nowej władzy już zaraz zaroi się od ludzi mediów antyPiSowskich w różnych rolach. Nie zamierzam ich potępiać - z przyczyn wyjaśnionych powyżej. Życzę Wrońskiemu i innym powodzenia w nowych rolach. Myślę tylko, że warto w tym miejscu - kolejny raz - zauważyć jak szybko zmieniają oni swoje pozycje oraz oceny. Jeszcze wczoraj nieprzejednani i wyczuleni na wszelkie formy „kolaboracji” z władzą. A dziś już w zasadzie nie widzący w tym najmniejszego problemu. Ta historia uczy jednego. Oto mamy podręcznikowy wręcz przykład na to jak bardzo liberalny komentariat i antyPiSowska część opinii publicznej stosuje podwójne standardy. Jedne dla siebie, drugie dla „tamtych”.
Wedle zasady: Nam oczywiście wolno. Ale im absolutnie NIE!!!
W języku polskim istnieje doskonałe słowo na określenie takie postawy. Zwie się hipokryzją..
Rafał Woś
na zdjęciu: siedziba Gazety Wyborczej. Fot. CC0
Czytaj dalej:




Komentarze
Pokaż komentarze (130)