2 obserwujących
81 notek
31k odsłon
188 odsłon

Zapomnieć polskie zwycięstwo nad bolszewikami

Wykop Skomentuj1

Zbliża się nieuchronnie koniec wszelkich obchodów, które zostały zaplanowane na tę niezwykłą rocznicę stulecia zwycięstwa Polski nad bolszewikami, której mojemu i następnemu pokoleniu dane było doświadczyć. Nie powstał żaden pomnik, nic spektakularnego co pozostałoby dla kolejnych pokoleń. Ogłoszenie na tle koparki budowy muzeum wojny 1920 roku, i to w siódmym miesiącu ubiegającego rocznicowego roku, zakrawa na jakiś ponury żart historii.
W związku z tym czas już na jakieś podsumowanie. Podsumowanie, a więc i rys historyczny tego okresu, który poprzedzał 1920 rok, ale również refleksję nad skutkami i związkami socjologicznymi, które się z tą datą wiążą i które być może wpłynęły na to, że ten pomnik jednak, a.d. 2020, nie powstał.
1905 rok to okres burzenia się mas, rzeczywiście uciskanych. W Ojczyźnie to rezultat zniszczenia zaborami zarania polskiej demokracji, która Konstytucją 3 Maja miała zaprowadzić, w ostatecznym zamyśle, chrześcijańskie stosunki społeczne. To było coś przeciwko czemu wystąpiła cała absolutystyczna Europa, gdzie protestancka moralność pracy doprowadziła w końcu do zupełnego upodlenia i poniżenia prostych ludzi. Zola, Żeromski pisali prawdę… i im podobni. Gdyby Polski nie rozebrano stanowilibyśmy niebezpieczny przykład jak można inaczej, ale na terenie zaborów, szczególnie zaboru rosyjskiego, doszło do przeniesienia tego nieludzkiego wzorca pracy -  dzikiego, upadlającego kapitalizmu. Na dodatek w Polsce, szczególnie w Polsce wschodniej, poziom cywilizacyjny ogromnie odbiegał od tego jaki został rozwinięty w cywilizacji zachodniej łacińskiej, cywilizacji rzymskiej. To była doskonała pożywka dla rodzenia się idei sięgnięcia bez dodatkowego wysiłku po to, co do tej pory było całkowicie niedostępne lub wymagało mozolnego awansu społecznego - dla komunizmu. W Czerwonym Zagłębiu robotnicy z radością wybiegli na ulice, jak piszą Anna Bikont i Helena Łuczywo w książce o „Jacku”. Ta radość to była ekscytacja możliwością niszczenia. Zniszczenia starego porządku, przeradzająca się w zamiłowanie do terroryzmu, do wybuchu, do zamachu. Doprowadziło to, w sytuacji zaborców reprezentujących wzorce absolutystyczne, do krwawego tłumienia tego rodzaju rozruchów. Narodziło jednak, stworzyło nową część społeczeństwa. Ludzi, którzy wszelkimi metodami będą usiłowali zwalczać wszystkich którzy reprezentowali jakąś własność. Szczególną nienawiścią zaczęli pałać do tzw. „pańskiej Polski”. Tą nienawiścią zaczęli chętnie dzielić się z mniejszościami, z ludem ukraińskim, białoruskim i żydowskim. Właściwie nawet nie tyle z całym ludem, co z tą największą nędzą ukraińską, białoruską, żydowską. Z żywiołem bez świadomości narodowej i państwowej uznającym siebie najprościej za tutejszych. Nagle bez sięgania po jakiś rozwój, edukację mogło się okazać, że stało się możliwym by innym coś bezkarnie odebrać. Wybuch I światowej wojny dał asumpt do rozpoczęcia krwawych rzezi na Podolu. Polskie ziemiaństwo, polscy panowie musieli uciekać przed rozszalałym ukraińskim motłochem, podjudzanym jeszcze celowo przez austriackiego zaborcę. Powołana Ukraińska Republika Ludowa walczyła o autonomię i stolicę w Kijowie, o schedę po upadającej carskiej Rosji, uzyskawszy koncesje od Rządu Tymczasowego. Kiedy zatem, w tym wojennym zamieszaniu, powstawała szansa na wolną Polskę, to nienawiść ta wcale nie ustała, ponieważ z tą Polską, która miałaby powstać, masy nie chciały się łatwo utożsamiać. Zatrzaskiwały się okna na kielecczyźnie na widok legionów Piłsudskiego, ukraińskie kobiety wypinały demonstracyjnie gołe pośladki. W Sosnowcu, zajmując najbardziej proletariacką dzielnicę, powstała przy pomocy Czerwonej Gwardii Robotniczej Sielecka Republika Rad, obejmując także Środulę i Konstantynów. Krajowy ruch Rad Robotniczych, w lipcu 1919,  organizował protesty przeciw wojnie jaką Polska toczyła na wschodzie. Przybierał na sile darwinistyczny nacjonalizm ukraiński Doncowa, także przecież „rewolucjonisty” 1905, propagującego powrót do jakiś plemiennych jeszcze wyobrażeń o zdobytym terenie. Najbliższy Ukraińcom wzorzec państwa  podsuwała po części już bolszewicka Rosja, nie dająca jednak żadnych praktycznych szans URL na samodzielność. Zupełnie odległa ideologicznie Biała Rosja trzymała z kolei kontrolę nad Kijowem. W związku z tym rodząca się Polska została zaskoczona napaścią i próbą stworzenia państwa ukraińskiego, Zachodnioukraińskiej Republiki Ludowej, ze stolicą we Lwowie. Zostało zagrożone 600 lat kultury łacińskiej w tym mieście. Lwów niezwykłą odwagą i ofiarnością swoich mieszkańców oraz odsieczą hallerczyków jednak się obronił. Wstydził się tego później „Jacek” (z korzeni napływowy z Sosnowca lwowianin), jak i wielu jego towarzyszy, w głębokim przekonaniu, że odebrano Ukraińcom to, co także zdaniem Stalina, im się należało. Wojna polsko-ukraińska była krwawa. O zbrodniczym „bohaterstwie” Ukraińskiej Halickiej Armii alarmował Watykan, w długim memoriale, metropolita lwowski Józef Bilczewski. Po pierwszych doświadczeniach z bolszewikami Ukraińcy wypowiedzieli im wojnę i Symon Petlura zdecydował się na sojusz z Piłsudskim, zamykając tym samym front polski i powracając do próby budowy ukraińskiej państwowości wokół Kijowa z granicą na Zbruczu. Nie zdołał jednak udowodnić międzynarodowej społeczności, państwowotwórczej siły ukraińskiego ludu. Także w bojach z bolszewikami, pomimo kozackiej waleczności i tworzonych mitów. Jednostka inżynieryjna i sotnia osobistej ochrony Bezruczki, nie mogły zasadniczo przesądzić o obronie Zamościa. Na szczęście wytrzymały fortyfikacje, polski garnizon i zdążyły przybyć polskie posiłki. Epizod historyczny Petlury jest jednak ważny, przede wszystkim dla samych Ukraińców, mimo że ostatecznie 40 000 armia wspomagana do końca zaopatrzeniowo i finansowo przez Polskę uległa bolszewikom. Dziś, gdy w Hucie Pieniackiej znów przekonują, że „naród, który jest autochtonicznym na ziemi, którą jej dał Bóg, która jest okupowana, nie może być przez nikogo oskarżany, bo to są szalone rzeczy” i „Z tego miejsca musimy powiedzieć wszystkim, że będziemy patrzeć na historię naszymi ukraińskimi oczyma” niezwykle istotnym jest ten przykład przynajmniej chęci budowy państwa na swoim i nie z każdym, ale przede wszystkim bez barbarzyńskiego ludobójstwa.
Nienawiść mas do „pańskiej” Polski nie ustała także po epokowym zwycięstwie nad bolszewikami w 1920, choć po przekroczeniu Bugu przez czerwone armie patriotyzm rozgorzał poprzez wszystkie warstwy społeczne wyjątkową siłą. „Jacek” jednak zapamiętał: „O 1920 ojciec opowiadał straszne rzeczy. To co pisze Babel o stronie rosyjskiej, on opowiadał o polskiej”. Coraz chętniej zerkano na wschód, gdzie doszło do „udanej społecznej rewolucji” choć w azjatyckim przecież wydaniu. Sympatie pro komunistyczne w Polsce, nawet w bolszewickiej realizacji, rozgorzały z  dużą siłą, lokując się w PPS. Dla środowisk skrajnych w PPS wzorem stawała się Komunistyczna Partia Zachodniej Ukrainy i Komunistyczna Partia Białorusi. Młode państwo polskie stanęło wobec ogromnego dylematu, szczególnie właśnie polscy socjaliści. Próbując w 1905 roku słuszny protest mas wykorzystać do tworzenia jakiejś narodowej świadomości dla walki o wolne państwo polskie, teraz musieli, nieraz krwawo, pacyfikować swoich byłych towarzyszy. Narodził się bowiem nowy sposób na życie – rewolucjonista. Nie było potrzeby pójścia do szkół,  przeciwnie byłby to czas zmarnowany. Czas, który można było poświęcić na… walkę o sprawiedliwość. Doprowadziło to oczywiście do bardzo ostrego konfliktu, który musiał zakończyć się formą dyktatury, aresztowaniami i w końcu Berezą Kartuską, głównie jednak przeznaczoną dla ukraińskich terrorystów. W takiej sytuacji wybucha  II wojna światowa wojna, która natychmiast skutkuje dla Polski napaścią także sowieckiej już Rosji i ponowną utratą niepodległości. Tak więc rok 1920, zakończony wielkim zwycięstwem nad bolszewikami, zamykającym im jednocześnie dostęp do Europy Zachodniej, niweczącym ich epokowe plany, dla Polski oznaczał tylko krótką, bo jedynie 19. letnią, przerwę w dalszym rozwoju jakże tragicznych wypadków.
 II wojna światowa doprowadziła do zwycięstwa bolszewików w Polsce, tych sowieckich i tych rodzimych, do opanowania jej na bagnetach Armii Czerwonej. Teraz już nie było dylematu 1920 roku, teraz już otwarcie można było stawiać bramy tryumfalne „sojusznikom i wyzwolicielom”. Z „wyzwoleniem” skończyła się wreszcie i „pańska” Polska, określana już 17 września 1939  przez narodowe mniejszości słynnym przydomkiem „waszej zas….nej”. Ci którzy chcieli przy tej okazji sięgnąć „tanio”, czy wręcz darmo, po władzę bardzo się jednak rozczarowali, ponieważ sowiecka władza moskiewska wykorzystała masy do swoich własnych celów i zaprowadzając ścisłą hierarchię eliminowała pomysły praktycznego ludowładztwa, posługując się li tylko dobrze brzmiącymi hasłami. Ludzie o tradycji „Jacka” byli ogromnie rozczarowani. Mimo to dość łatwo było jeszcze „zapomieć” o lwowskich „brygidkach”, Katyniu, wywózkach setek tysięcy, o NKWD i Łubiance nawet „lwowiakowi”. W końcu lat 40. wydawało im się jeszcze, że mogą sięgnąć po swoje wojując nadal z resztkami „pańskiej” Polski, z wrogiem klasowym, z imperializmem  ZMP - owskim etosem, „czerwonym” harcerstwem, hodując „nowego człowieka” każdą metodą, nawet donosem. Mit, czy zwykłe kłamstwo uświęcane były tu zawsze „celem”, to stały symptom i rozpoznawczy znak „czerwonej zarazy”. Nie jest ważne jak jest, ważne jak chcę żeby było. Poczynione społeczne szkody odczuwalne są dotkliwie do dzisiaj, przede wszystkim poprzez brak alternatywnego wzorca wychowawczego. Możliwości oddziaływania stawały się jednak coraz bardziej ograniczone, skończył się czas wysyłania bojówek na „bikiniarzy”. Mimo ideologicznej wspólnoty dusz władza zaczęła wymagać jakiegoś „listka figowego” - wykształcenia, jakiejś konkretnej drogi awansu społecznego. Szczególnie dla "dumnego" pochodzenia robotniczo-chłopskiego były otwarte możliwości, ale wielu już nie chciało z nich korzystać. W ten oto sposób zaczęli kontestować zupełnie z innych, często ambicjonalnych, powodów zniewolenie Polski. W rezultacie w komunistycznej Polsce siedzieli latami w więzieniach za…komunizm (sic!). W końcu w 1989 roku doszło do upadku w Polsce sowieckiego komunizmu w jego polskiej modyfikacji, ale jednocześnie wolność otworzyła wreszcie bramy dla tych którzy na to czekali już w kolejnych pokoleniach od 1905 roku. „Ideowi”, często trockiści, nie dali się bowiem już tym razem odepchnąć, tym bardziej, że w sukurs przyszedł zafascynowany marksizmem „wolny świat” Zachodu. Upadając obecnie cywilizacyjnie pod brzemieniem neomarksizmu kulturowego, ma jeszcze ciągle w Polsce swoje zaplecze, nawet już w trzecim pokoleniu.      
W zamyśle miały być co prawda, jak wspomniano, Rady Robotnicze, powstał jednak 40. lat temu wielki, autentyczny, spontaniczny i prawdziwie społeczny ruch „Solidarność” (nawet jeśli mógł być inspirowany, to z pewnością wymknął się spod kontroli). Sprawy zaczęły się wymykać także ideologicznie. Polski fenomen socjologiczny, odporności na komunizm, dawał coraz wyraźniej znać o sobie. Mimo wszystko, dało się jeszcze jakoś nie tylko „dokleić”, ale w ostatecznym rozrachunku wręcz zdominować. „W przedsiębiorstwie Polska mamy większościowy pakiet akcji”- według słynnego cytatu generała. Trzeba było w końcu napisać jakieś marne prace magisterskie, często zrobić jeszcze gorsze doktoraty. Dzisiejsza sytuacja pewnej zapaści kulturowej i ideologicznego zagubienia w Polsce to rezultat dojścia do władzy, bez żadnej tamy, ludzi bez skrupułów ignorujących wszelką hierarchię i wszelki wysiłek, który by prowadził do znalezienia swojego naturalnego miejsca na drabinie społecznej wolnego i demokratycznego kraju. Po cynicznie zamierzonym zlikwidowaniu stoczni, fabryk, kopalń i hut skończył się kaganiec nawet ideologicznej odpowiedzialności, wobec braku autentycznie robotniczej „recenzji”. Dziś już w drogich garniturach, hotelach czy restauracjach snuje się jednak w dalszym ciągu rojenia o heglowskiej recepcie na uszczęśliwienie świata. W rezultacie, 100 lat po zwycięstwie nad bolszewikami, znów od 30. lat wolne państwo zostało ufundowane na niszczącym komunistycznym kanonie wroga. Służy temu „szemrana” konstytucja, która podobnie jak tak nazwana pałka śledczego UB na Mokotowie Józefa Duszy („Konstytucja”), potrafi być pałką na patriotów. Służy temu także, jeszcze „Jackowa”, koncepcja samorządów potrafiąca równie skutecznie paraliżować centralną władzę.
To jest konstatacja, która jest konstatacją gorzką i której symbolem jest, jak mniemam, właśnie brak pomnika zwycięstwa nad bolszewikami w 1920 roku. Bo niby kto miałby to w dzisiejszej Polsce zrobić ? Dla tych ludzi to zwycięstwo było przesunięciem o 100 lat marzeń ich dziadków o zdobyciu wreszcie swojego uprzywilejowanego, „wizją i rozumieniem”, miejsca w Polsce rządzonej według marksistowskiego schematu ludowładztwa. Opóźniło to o dwa pokolenia te marzenia, które dopiero od lat 30. tu udaje się realizować już w formie zmodyfikowanej postępem czasu. Wreszcie, ideologicznie zakorzeniony pretekst  „obrony słabych” -  realizuje się utopijną formą empatii wobec sąsiadów, w rezultacie zawsze kosztem Polski. Teraz na etnicznie już zdecydowanie polskim terytorium usiłuje się odtworzyć państwo wielonarodowe (sic!). Polska mając w „rezerwie” jeszcze ponad sto tysięcy własnych rodaków I i II RP, także w Kazachstanie i innych kaukaskich republikach, potrafi z najwyższym trudem, i to przez dekady, zorganizować życie symbolicznym kilkudziesięcioosobowym grupom. Według narracji tychże środowisk, zwycięstwa 1920 roku ustanowiły ponadto niesprawiedliwe granice (do dziś podtrzymuje to przekonanie chociażby druga żona „Jacka” „rozdając” Polskę na Podkarpaciu w Werchratej i nie jest w tym odosobniona ) idąc w sukurs łakomym spojrzeniom w kierunku Przemyśla, czy Białegostoku, nie bacząc na epokowy prezent Stalina z rozszarpanej połowy Polski. Taka świadoma i zamierzona abdykacja z kresów wschodnich, pokorne przyjęcie - domniemanej właśnie przez lewaków - winy „kolonizatorów”, przy jednoczesnej kontestacji ustalonych Powstaniami Śląskimi granic zachodnich poprzez tolerowane słabością RP tendencje rewizjonistyczne relatywizuje zasadniczo znaczenie 1920 roku. W postkomunistycznym mniemaniu ten pomnik rzeczywiście nie ma żadnego uzasadnienia, gdyż 1920 rok jest tylko zbędną „inercją” historii. Znaczenie Bitwy Warszawskiej jest, według tejże narracji, lokalne, bo bolszewicy nie musieli iść dalej na zachód, skoro to w Niemczech narodził się komunizm i był już silny. Po zdobyciu Polski doszłoby do oczywistego sojuszu (i dochodzi !). Garstka rdzennych warszawiaków dożywa swych dni, oni sami, wobec całej obojętności coraz bardziej obcego im otoczenia, nie wystawią triumfalnego łuku swej dumy i polskiego patriotyzmu. Plac Piłsudskiego zresztą już zajęty – ogromnym i bolesnym wyrzutem sumienia.
„Nie podnosiliśmy spraw narodowych” – mówi ustępujący szef MSZ, godząc się tym samym, nie tylko na brak pomnika, ale także na to, że „Rozdzióbią nas kruki, wrony…”. W przypadku geopolitycznego przekleństwa Polski taka postawa, utopii dobrowolnie sprawiedliwego podziału przynależnej narodowi racji i terytorium, prowadzi wprost do ziszczenia się tej czarnej przepowiedni Stefana Żeromskiego.


Szczepan Polak



Wykop Skomentuj1
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale Kultura