Wczoraj jeszcze nie znałem publikacji Cenckiewicza i Wojciechowskiego o Witoldzie Kieżunie. Dziś już znam. Zajęło mi to trochę czasu. Czytałem z długopisem w ręku, zapisując marginesy stron uwagami. Zdania nie zmieniłem. Jest to, czego się domyślałem - manipulacja.
Nie spiszę już teraz wszystkich swoich refleksji i analiz, bo jestem świeżo po lekturze znakomitej publikacji Rocha Baranowskiego. Perfekcyjnie i z ogromnym taktem wypunktował wszystkie mielizny i nierzetelności autorów "Tajemnicy "Tamizy". Rozwinę więc tylko ten wątek, który zasygnalizował, nie koncentrując się na nim specjalnie, a ja uważam, że warto. Bo chyba coś więcej mówi o intencjach redaktorów "Do Rzeczy"
Manipulacja w tekście Cenckiewicza i Wojciechowskiego odbywa się przede wszystkim na poziomie języka. I to już począwszy od podtytułu: "...uwikłał się w niebezpieczne kontakty z komunistyczną bezpieką".
"Uwikłał się" - a z tekstu i uważnej lektury wynika, że "podjął" lub "nawiązał" niebezpieczne kontakty. Autorzy uznali, że lepiej użyć słowa o charakterze zdecydowanie mocniejszym i od razu negatywnie oceniającym. Czytelnik został emocjonalnie przygotowany. I tak już jest do końca.
Czytamy: "... z punktu widzenia SB był jeszcze bardziej interesujący, a jego możliwości operacyjne poważniejsze, gdyż AK-owska biografia uwiarygodniała go w oczach potencjalnych ofiar." Mamy więc "ofiary", słowo pojawiające się w tekście wystarczająco często, byśmy nie zapomnieli o automatycznie kojarzącym się w tym kontekście słowie: "kat". Bo jak jest ofiara, to jest i kat.
A jak jest kat, to nie mógł się "uwikłać". Jego kacia natura w sposób spontaniczny wypełnia swe nikczemne skłonności. Co też trochę dalej przeczytamy: "25 kwietnia 1973 roku dosło do pierwszej, 2,5 godzinnej rozmowy kpt. Szlubowskiego z Kieżunem, który "chętny był przyjechać do Komendy". I dalej: "Kieżun miał być rozmowny." Więc był rozmowny czy miał być? Taki stylistyczny zawijas. Ale jak się ustawiło kogoś w roli kata, to musiała się pojawić radość z zaproszenia do komendy i wyjątkowa rozmowność. W końcu taki zaszczyt! Infantylne to, panowie autorzy. Albo zupełny brak szacunku dla inteligencji czytelnika.
Kieżun - według autorów - "tropił po 1976 roku wszelkie kontakty środowisk akademickich z PAN, UW, i innych...", bo "kazała mu to moczarowska perspektywa". Aż straciłem oddech, jak doczytałem. To już ociera się o groteskę. Moczar, to prawda, przywołuje najgorsze skojarzenia i dziś. Czytelnik ma więc obraz kata wzmocnionego moczarowską perspektywą.
Autorzy nie opuszczają czytelnika i nie dają mu zbyt wiele szans na samodzielne myślenie. Nawet pismo do Kiszczaka zostaje zinterpretowane zanim się je przeczyta: "Już w pierwszych zdaniach Kieżun nakreślił generałowi swoją lojalną postawę". Nigdy bym na to po lekturze pisma nie wpadł. Po prostu inaczej rozumiem słowo lojalność.
Zbliżamy się do końca: "Warto dodać, że gen. Mieczysław Boruta- Spiechowicz, który przez pośredników szukał z Kieżunem kontaktu, stał się później jedną z jego ofiar." Ofiar Profesora jest w tym tekście sporo.
I czytamy też jak kat "załatwił" swoją ofiarę: "Obraca się ciągle w kręgu minionej rzeczywistości, pielęgnując pamięć o tradycji i kierując się na reprezentanta "starej miary" - podsumowuje pogardliwie ostatniego generała II RP "Tamiza".
Kto tu naprawdę ujawnia swoją pogardę?! Szczególnie wobec zdrowego rozsądku. I szczególnie w zakończeniu: "Witold Kieżun nigdy nie odmówił powrotu do kraju oraz nigdy nie został uznany przez władze PRL za osobę niepożądaną." Tak, to rzeczywiście najmocniejszy argument. Wracał do Ojczyzny, był TW.


Komentarze
Pokaż komentarze (98)