Pengkalanbuun. Niewielka miejscowość na Borneo. Mimo ,iż oddalona o ok. 700 km od Bali –lot do niej trwa kilka godzin. Najpierw z Denpasar do Surrabaya(Jawa), potem do Semarangu. A stamtąd małym samolotem do Pengkalanbuum na Borneo.Lądowisko trawiaste, z jednym pasem.
Z samolotu wychodzimy wprost w kałużę wody. W drewnianym baraku skrupulatnie sprawdzają nasze dokumenty i specjalne pozwolenie na wjazd na Borneo. To nie koniec formalności. Indonezyjski przewodnik wsadza nas do Jeepa, którym jedziemy na posterunek policji. Tam czekamy około godziny na kolejny stempelek, wpisujemy się do księgi przyjazdów .I możemy rozpocząć naszą drogę do serca indonezyjskiej dżungli. Na spotkanie z orangutanami.
Kilka kilometrów od lotniska, dokąd prowadzi utwardzona droga ,jest miejscowość Penkalanbuun. Tu ma swój dom Galdikas-Brindamour Biruté, kanadyjska badaczka, która swoje życie poświęciła badaniom i ochronie „człowieka z lasu” ,czyli orang-uthan. Adam (nasz przewodnik jest chrześcijaninem, jednym z nielicznej ich grupy na Borneo) prowadzi nas do chaty, która okazuje się sklepem z napojami. Pijemy tam bardzo słodki rodzaj herbaty . Tuż obok chaty czeka na nas łódź. Przesiadamy się do niej, aby po kilkudziesięciu minutach podróży szeroką rzeką ,wpłynąć w jej odnogę.
Adam mówi nam, że za dwie godziny mniej więcej będziemy w hotelu, gdzie będziemy nocować. Płyniemy rzeką wśród dżungli. Im dalej, tym mniej śladów wyrębu dżungli ,metodą przemysłową. Po obu stronach ponad czterdziestometrowe drzewa. U podnóża drzew gęsta, tropikalna roślinność, gdzieniegdzie rozświetlona barwnymi kwiatami. Zewsząd słychać odgłosy ptaków ,których w zasadzie nie widać, dopóki łódź nie zwolni ,pozwalając skupić wzrok na otaczającej zieleni, wśród której można dojrzeć sprawców hałasu. Wypatrujemy orangutanów, jeszcze nie wiemy, że z łodzi zobaczyć je jest niezmiernie trudno.
Nagle widzimy stado bardzo dziwnych małp, z długimi , „ludzkimi” nosami. To nosacze . Nasz przewodnik podaje ich miejscową nazwę, która brzmi: Dutch monkey” .Tubylcy nazwali je tak ze względu na to, że wielu z nich jako pierwszego „białego człowieka „ zobaczyli Holendrów. Nosacze nie wykazują żadnego niepokoju. W pewnym momencie zatrzymujemy łódź, żeby małpy mogły zakończyć przeprowadzkę z jednego brzegu rzeki na drugi. Przez kilkanaście minut obserwujemy przeprawę. Wykorzystując konary drzew, wystające z wody ,oraz gałęzie schodzące z niższych partii drzew dżungli – zwinnie ,całe stado przeskakuje na przeciwległy brzeg.
Kolejny deszcz ,bardzo rzęsisty. Teraz rozumiemy, dlaczego Adam załadował na łódź „sztormiaki”. Ulewa trwa kilkanaście minut i znowu docierają do nas promienie palącego słońca. Później , kolejne gwałtowne ,krótkotrwałe prysznice nie robią na nas żadnego wrażenia. Płyniemy dalej. Rzeka zwęża się , co rusz musimy omijać konary drzew i wysepki roślinności. I wreszcie docieramy na miejsce .Sygnałem jest mały pomost na brzegu rzeki.
Od Adama dowiadujemy, się, że będziemy nocować w domkach zbudowanych specjalnie z okazji pierwszej konferencji ds. ochrony małp człekokształtnych, która miała miejsce w latach osiemdziesiątych ubiegłego stulecia.
Pomost nad rzeka przeradza się w całą „konstrukcję drewnianą dróg” w głąb dżungli . Najpierw szeroki podest , na którym stoi spora drewniana chata ,która okazuje się być „restauracją”. Od tego podestu dochodzą równolegle trzy pomosty w bok, na każdym stoją długie baraki, podzielone na kilkanaście pokojów każdy. Dwa pomosty – to hotel , ostatni przeznaczony jest dla miejscowych pracowników i ich rodzin. Adam daje nam klucz , wskazując barak, w którym mieści się nasz pokój. Idziemy pomostem, pod którym , w dużych szparach pomiędzy deskami, widzimy bagno i zieleń.
Mimo dużej odległości od oceanu , przypływy wody są bardzo duże , za kilka godzin zobaczymy pod stopami wodę. Okna w barakach nie maja szyb- drewniana roleta i moskitiera. Niestety, niezbyt szczelna. Pokój do którego wchodzimy jest bardzo duży, na końcu- łazienka. Podwójne łóżko na całe szczęście, na dość szczelnej podłodze, szafka , jakiś stolik. I podstawowe wyposażenie :świece oraz preparaty anty-moskitowe.
Największe jednak wrażenie zrobiła na nas łazienka. Prysznic , zawieszony na gwoździu ,a pod stopami, w miejsce odpływu, szerokie szpary miedzy deskami. Odpływ ze zlewu również był naturalny. Nie inaczej skonstruowano odpływ z sedesu. Przypływ rzeki zastępował wywóz szamba . Zostawiliśmy plecaki i wróciliśmy na główny podest. Okazało się, że tzw restauracja będzie otwarta za 2 godziny. Dopiero po naszym pojawieniu się w ośrodku, tubylcy przystąpili do przygotowania posiłku. Poza nami byli w nim jeszcze dwaj Niemcy (ze swoim przewodnikiem), którzy przyjechali na tracking w dżungli.
Wróciliśmy na pomost nad rzeką. Teraz mieliśmy okazję zobaczyć, że dżungla żyje. Barwne motyle, ptaki fruwające wzdłuż rzeki, małpy. Leszek postanowił spróbować zabawić się w tubylca i wsiadł odważnie do kanoe , wyżłobionego z pnia drzewa. Wyposażony w jedno wiosło, starał się udowodnić, ze piruety kręcone na środku rzeki , były zamierzone. Po chwili jednak złapał rytm i zasady i udało mu się dzięki temu bezpiecznie dobić do pomostu. Słuchaliśmy rechotu żab, ptaków, pohukiwań małp , cykad ...To naprawdę zdumiewająca orkiestra. Ubraliśmy się nad rzekę stosownie (tak się przynajmniej wydawało) Skarpety, spodnie, długie rękawy .No i oczywiście na odległość było nas czuć ,zażywaną specjalnie ,witaminą b i preparatami przeciw- owadom. Niestety , założyłam klapki. Cienka , biała skarpeta po chwili była już czerwona...Musiałam wrócić do pokoju i założyć adidasy. Agresywność moskitów jest ogromna.
Pierwsza noc na skraju dżungli nie należała do długich. Kiedy położyłam się do łóżka, po podłodze przebiegł ogromny karaluch .Mimo usilnych namów Leszka, na zgaszenie świecy , nie dałam się . Wolałam spryskać, co się da ,płynem przeciwko komarom ,niż zastanawiać się ,co mi chodzi po łóżku, bądź na co mogę nastąpić nogą ,przy nocnej wycieczce do toalety.
Słońce wstało po 5 rano. Tuż przed szóstą byliśmy nad rzeką. Tam, oprócz porannych odgłosów , budzącej się do życia dżungli , czekał widok niepowtarzalny. Kawalkada ptaków różnej wielkości i kolorów ,lecąca kilka metrów nad rzeką. Naturalnym ograniczeniem tej ptasiej autostrady były wysokie drzewa , po obu stronach. Ranny spektakl był bardziej efektowny ,bo ptaki gremialnie wyfruwały ze swoich gniazd na poranny posiłek. Wieczorem, kiedy wracały ,tłum na autostradzie był zdecydowanie mniejszy.
Wreszcie wypływamy do centrum rehabilitacji orangutanów .I równocześnie miejsca, z którego ,po wyleczeniu, wracają do życia w naturalnych warunkach. To jedno z miejsc, stworzonych na Borneo przez Galdikas Birkute. Po dwóch godzinach omijania kęp roślinności wodnej gęstych namorzyn- docieramy do wykarczowanej na brzegu rzeki polany. Wokół niej jest kilka drewnianych chat. To domy opiekunów orangutanów, a dwa z nich stanowią swoistą klinikę. Orangutany urządzają swoje gniazda w pobliżu. To tutaj przywożone są dorosłe orangutany, odebrane tubylcom, bądź zarekwirowane w trakcie próby nielegalnego wywozu z Borneo.
Tam zobaczyłam po raz pierwszy w życiu orangutana. Koło centralnie położonej chaty , rozłożyła się dorosła samica z dzieckiem. Była jeszcze zbyt słaba ,aby z maluchem wrócić na bezpieczne dla niej, wysokie drzewo. Do ośrodka trafiła prosto ze statku, którym miała być wywieziona w świat. Wcześniej musiała być przechowywana w fatalnych warunkach, bo trafiła tutaj w bardzo złym stanie. Dzięki dokarmianiu mlekiem i jej i malucha, udało się oboje uratować. Maluch stracił jednak jedno oko . Wyraźnie przyzwyczajona do obecności człowieka, samica nie zawracała na nas uwagi. Mogliśmy z bardzo bliska przyjrzeć się , zrobić zdjęcia. Oprócz tych dwojga , nie było widać a w pobliżu innych orangutanów. Od opiekunów dowiedzieliśmy się, że obecnie do chat przychodzi ich nie więcej jak kilka, a reszta wróciła już do naturalnego środowiska. Czyli do życia na drzewach, na wysokości 30-40 m nad ziemią. Tam codziennie moszczą sobie gniazda z gałęzi i liści . Na ziemię schodzą rzadko. Tam bowiem czyha na nie niebezpieczeństwo, które stanowią dla nich dzikie świnie oraz niedźwiedzie baribal .
Za kilka dni spodziewali się przywozu 4 orangutanów, które ukończyły 4 lata w innym ośrodku i zostały zakwalifikowane do ostatecznego przygotowania do powrotu do natury. Kilkanaście z nich powraca na specjalny pomost drewniany , wiodący na jakieś 150-200 m w głąb dżungli , pobudowany przez pracowników ośrodka , na dokarmianie. Czynią to tak długo jak nie poczują się na tyle silne, aby odejść z tego miejsca na zawsze. Raz dziennie dwóch pracowników ,z wiadrami pełnymi mleka oraz kiściami bananów ,udaje się na koniec pomostu na dokarmianie.
Po dość długiej rozmowie z tubylcami, zaproponowali nam udział w takim dokarmianiu. Zostaliśmy poinstruowani , jak się mamy zachowywać ( nie wyciągać rąk do nich, nie wykazywać inicjatywy w kontakcie ,nie uciekać przed dużymi samcami.. oraz ..nie uśmiechać się szeroko. Uśmiech bowiem może być uznany za zapowiedź agresji.) Do pomostu przybił mały statek parowy. Ze statku wyszła spora grupka (kilkanaście osób)tubylców z Pengkalanbuun. Przyjechali oglądać orangutany. W ramach akcji szkoleniowej , uświadamiającej konieczność ochrony tego wspaniałego gatunku małp. W skład grupy wchodziły rodziny z dziećmi. Powstało pewne zamieszanie , spowodowane dość głośnym zachowaniem gości. O dziwo, hałas zwabił na polanę 3 orangutany.
Adam wytłumaczył nam, że orangutany są bardzo ciekawskie i przyszły sprawdzić , co się dzieje. Orangutany najpierw oglądały przybyszów z pewnej odległości, ale po chwili bezceremonialnie zaczęły dotykać ludzi i zaczęły zabawę między nimi. Były więc nie starsze ,niż 5,6 lat. Nadeszła pora dokarmiania. Ruszyliśmy do dżungli. Dajakowie , uzbrojeni w dwa wiadra z mlekiem, oraz kolejne dwa ,pełne bananów ,oraz ja uzbrojona w kamerę, a Leszek w aparat fotograficzny. J
uż po kilku krokach w głąb zieleni ,zrozumiałam co znaczy słowo „piekło dżungli_” Temperatura była wyższa niż na polanie(tam , a to w ciągu kilku minut pokryci byliśmy spływająca po nas wodą. Wilgotność była ogromna. Deski, pokryte mchem i porostami ,zmuszały do sporej uwagi .Było piekielnie ślisko. Kiedy dotarliśmy na miejsce karmienia, Dajakowie poprosili nas o pozostanie w odległości mniej więcej 30-40 metrów od miejsca , w którym postawili wiadra z mlekiem. Wiadra z bananami miały pozostać przy nas. Dajakowie zaczęli pohukiwać. Oraz wołać po imieniu ....Przez kilka minut staliśmy w ciszy. Nagle, jeden z opiekunów pokazał ręką gdzieś wysoko na głową . Równocześnie usłyszeliśmy jakby szum wiatru , dobiegający z korony drzew. Spojrzeliśmy obydwoje w górę. Wśród feerii zieleni mignęła nam ruda plamka. Plamka , która wyraźnie przemieszczała się w dół ,po drzewie. Powoli stawała się większa. To pierwszy z przywołanych orangutanów.Tam są inne _powiedział Leszek, pokazując drzewa z drugiej strony. A więc słyszały. Usłyszały i nadchodzą.
W kolejnych minutach było już kilkanaście plamek ,różnej wielkości. Niektóre już przeobraziły się w doskonale widoczne orangutany. Orangutany żyją oddzielnie. Dlatego nadchodziły z różnych stron dżungli. Kiedy pierwszy z nich zszedł na pomost ,zanim podszedł do wiadra ,podszedł do opiekunów, którzy witali się z nim, drapiąc i klepiąc go po głowie ..Potem orangutan podszedł do garnuszka z mlekiem , nalanym dla niego z wiadra przez opiekunów. Nadchodziły inne. Powoli , bez pośpiechu . Wtedy jeden z opiekunów powiedział: -Popatrzcie teraz na drzewo. Zobaczyliśmy na nim orangutana, który jakby zastygł jakieś 3 metry nad ziemią, jedną ręką trzymając się pnia. Po chwili, orangutan , który był najbliżej tego drzewa, podszedł i wyciągnął rękę. Orangutan z drzewa natychmiast podał swoją i spokojnie zeskoczył na pomost. Miał uciętą ręką na wysokości łokcia. Jeden z Dajaków wyjaśnił nam przyczynę tego dziwnego zachowania . Otóż orangutan kaleka kiedyś został przy zejściu z drzewa zaatakowany przez baribala. W efekcie miał amputowaną jedną rękę . Z powodu tej ręki trafił na rok do ośrodka rehabilitacji. Spędził tam ponad rok. Wrócił do dżungli rok wcześniej, ale w przeciwieństwie do orangutanów, które przychodzą na dokarmianie sporadycznie, a niektóre odeszły już w głąb dżungli na zawsze, kaleki orangutan jest codziennym gościem na „pomostowej kuchni” Rytuał zejścia jest zawsze ten sam. Czeka, aż któryś z orangutanów poda mu rękę, wtedy spokojnie zeskakuje. Jeśli nadejdzie pierwszy, to do zejścia ośmiela ,go któryś z Dajaków. Trauma spotkania z baribalem pozostała.
Łącznie mieliśmy na pomoście 9 orangutanów. Najpierw każdy ruszył po mleko,. Najbardziej niecierpliwi próbowali przechylać całe wiadro...Dajakowie zaczęli podawać po kilka bananów i wtedy pozwolili nam się zbliżyć do grupy . Zaczęliśmy także rozdawać banany. Brały je z naszych rąk jak ludzie . Spokojnie, po czym siadały na pomoście i zjadały. Z zachowania całej grupy wynikało jednoznacznie- Dajakowie byli jak rodzina.. Co chwile , któryś podchodził do opiekunów. Opierał o nich głowę, przymilał się. Dla nas , rozróżnienie ich było niemożliwe. Dajakowie każdego nazywali jego imieniem , a one reagowały na każde zawołanie opiekunów. Kiedy 9 –tka kończyła posiłek, pojawił się ogromny samiec. Ważył pewnie około 100 kilogramów. Orangutany odeszły od resztek jedzenia, zostawiając wiadra do wyłącznej dyspozycji przybysza, który najwyraźniej stał najwyżej w hierarchii grupy. Powoli zaczęły wracać na drzewa i oddalać się od pomostu. Został z nami tylko samiec. Fałda tłuszczu, bardzo czarna tworzyła plackowatą kryzę wokół pyska . Po wielkości tej fałdy można ocenić wiek orangutana. Nasz miał na pewno kilkanaście lat. W przeciwieństwie do całej grupy, samiec nie podchodził do opiekunów. Skoncentrowany był wyłącznie na jedzeniu. Zostaliśmy ostrzeżeni, że nie wolno zbyt blisko do niego podchodzić, bo zdenerwowany Husasi bywa agresywny. Gdyby zaczął wykazywać niepokój, mamy zdecydowanym krokiem wracać w kierunku polany , ale nie uciekać . Husasi zachowywał się bardzo spokojnie. Po jedzeniu , „filmowo rozłożył się na pomoście na sjestę. Leszek powoli podszedł do niego , chciał zrobić zdjęcia z mniejszej odległości. To wyraźnie się „szefowi” nie spodobało. Wstał i wyraźnie niezadowolony ruszył w naszym kierunku. Zgodnie z zaleceniami ,zdecydowanym krokiem, lękliwie oglądając się do tyłu w celu sprawdzenia odległości w jakiej jest Husasi.
Niestety, w mojej ocenie za szybko się ta odległość zmniejszała. Przyspieszyłam. Moment nieuwagi wystarczył, abym się poślizgnęła na pomoście i ..wylądowałam na podściółce dżungli. Zanim oprzytomniałam, podbiegli Dajakowie ,gwałtownie mnie podnieśli i postawili z powrotem na deskach. Leżałam może pół minuty ... Wystarczyło , abym ręce i nogi miała w cętkach, które powstały od ukąszeń, pochodzących głównie od wszechobecnych mrówek.Teraz całą nasza czwórka dziarskim krokiem ruszyła na polanę. Tam mogłam spokojnie ocenić skalę otarć i ukąszeń. A także zdezynfekować ranki. Tam dopiero poczułam dopiero spore pieczenie i ból. Wcześniej, oba odczucia , przyćmiła adrenalinka .
Husasi pozostał na skraju polany. Kiedy dojrzeli go wizytujący tubylcy (zanim opiekunowie zdołali ich powstrzymać ), gwałtownie podeszli. Jeden z gości wyciągnął do niego rękę z ciastkiem. Husasi chwycił ciastko, a drugą ręką -za rękę gościa i zaczął ciągnąć w kierunku dżungli. Rozległ się krzyk ,Samiec jednak z ogromna siłą ciągnął nieszczęśnika ,leżącego już na ziemi .Nadbiegło kilku opiekunów, jeden z nich odwrócił uwagę Króla Orangutanów ,gwiżdżąc gwizdkiem, kolejny podał mu banana. Husasi puścił nieostrożnego tubylca. Czy wycieczka zamierzała wrócić w tym momencie na statek, tego nie wiem. Ale po tym incydencie , natychmiast padło hasło: wracamy do domu.
Na polanie zrobiło się spokojnie. Ale tylko na kilka minut Nagle Husasi pobiegł do drzwi chaty , niedaleko nas, i zaczął walić drzwiami , wyrażając jakieś niezadowolenie. Po czym , chwycił leżąca na ziemi gałąź i rzucił w naszym kierunku. Wtedy jeden z opiekunów wyjął procę...a samiec na jej widok potulnie usiadł. Opiekun podszedł do niego, pogłaskał. Husasi spokojnie wstał i podszedł do samicy, która znowu zajęła ,ze swoim maluchem ,centralne miejsce na polanie. Położył się obok nich i zapadł w drzemkę. Adam wyjaśnił nam, że Dajakowie zawsze pokazują orangutanom procę, która budzi w nich niezwykły respekt. Zapytałam, dlaczego nie użyli procy w trakcie incydentu z tubylcem od ciastka_ spokojnie wytłumaczył, że opiekunowie mieli wiele zastrzeżeń do głośnego zachowania wycieczki i chcieli się ich jak najszybciej pozbyć. c.d.n.
http://portalwiedzy.onet.pl/31272,,,,orangutan,haslo.html
Galdikas-Brindamour Biruté, kanadyjska badaczka orangutanów, pochodzenia litewskiego, obok J. Goodall i D. Fossey znalazła się w grupie trzech kobiet nakłonionych przez antropologa L.S.B. Leakeya do prowadzenia badań nad życiem i zachowaniem małp człekokształtnych.
Ukończyła antropologię na Uniwersytecie Kalifornijskim w Los Angeles. W 1971 przybyła do parku narodowego w Tanjung Putting na Borneo. W 1978 obroniła doktorat. Przez 25 lat mieszkała w tropikalnych lasach Borneo obserwując życie orangutanów i zajmując się przywracaniem ich do naturalnego środowiska.



Komentarze
Pokaż komentarze (8)