1maud 1maud
127
BLOG

Ukochana Orangutana. Część II

1maud 1maud Kultura Obserwuj notkę 4

Część druga

   Dość długo obserwowaliśmy orangutany przed chatą. Matka z czułością przytulała swojego półtorarocznego maluszka , który nie odchodził od niej dalej niż zasięg jej rąk. Nawet gdyby chciał, nie mógł, bo matka stanowczo przygarniała go bliżej siebie.

  Obok nas usiedli opiekunowie i zaczęli opowiadać o zwyczajach oraz zabawnych zdarzeniach , związanych z ich pupilami. Jedno opowiadanie utkwiło mi szczególnie w pamięci : któregoś dnia ,kiedy nie mogli zapanować nad harcującymi małpami, które w ramach zabawy rozrzuciły jakieś narzędzia po całej polanie –w akcie determinacji- dwóch rozrabiaków dostało od nich klapsa. Reakcją był wrzask , ale skutek był. Przestały przeszkadzać w porządkowaniu. Ale nie zapomniały.. Kiedy wszyscy poszli do dżungli, aby nazbierać gałęzi i liści, które miały służyć do budowy gniazd – orangutany dokonały zemsty za poranne klapsy. Weszły do jednego z drewnianych domów opiekunów i zdemolowały go kompletnie, wyrzucając wszystkie rzeczy, które wpadły w łapy , na polanę. Nigdy przedtem nie było takiego aktu, wiec opiekunowie byli przekonani ,że to zemsta za klapsy. Od tej pory nie było już klapsów ani kolejnej demolki.

   Pytaliśmy , czy trudno i rozstawać się z pupilami, które często przez rok zostawały pod ich opieką. Powiedzieli,że nie. Bo największa radością dla całej grupy jest doprowadzić orangutany do dnia, w którym swobodnie mogą wracać do natury. Jeśli orangutan pozostaje w pobliżu, pamięta i wraca. Najpierw na dożywianie, ale potrafi wrócić także po to, aby pokazać się w ośrodku.

   Całą energię w ciągu dnia Dajakowie poświęcają na uczenie orangutanów naturalnych zachowań. Całą wiedzę o nich przekazała im Galdikas Birute. Pani profesor nadzorowała kilka takich miejsc .

  Odwiedzany przez nas ośrodek nie był ośrodkiem zamkniętym , tak jak np. Sepilok Oranghutan Center w Malezji . Tutaj orangutany żyły w wolnej strefie tak długo, jak nie nabrały sił i ochoty powrotu do życia na drzewach. Adam powiedział, że Dajakowie proponują nam krótką wycieczkę do dżungli, ponieważ widzieli w pobliżu małego baribala. Mimo lęku, spowodowanego niedawnym upadkiem, nie mogłam odpuścić takiej okazji. Zapuściliśmy się znowu w dżungle. Tym razem szliśmy gęsiego szlakiem , wyrąbanym maczetą w gęstwinie przez Dajaków.

  Oczywiście nastąpiła powtórka z rozrywki – po kilku minutach byliśmy mokrzy , z powodu wilgotności. Tym razem uważnie patrzyłam pod nogi, aby nie powtórzyć upadku na „ruchome’ podłoże. Niestety, okazało się, że miś nie planował randki z nami. Z pewnej odległości widzieliśmy dziką świnię, która także nie zdradzała ochoty na bliższy kontakt z nami . O co miał żal Leszek, bo ja -najmniejszego!!!

   Niesamowite wrażenie zrobiły na nas korzenie niektórych drzew. Część naziemna korzenia , przypominała fantastyczne płaskorzeźby ,przedstawiające ni to splątane ciała, ni to kłębowiska węży. Dajakowie bardzo chcieli jednak pokazać nam cos poza urokliwymi korzeniami. Jeden z nich przypomniał sobie, ze dwa dni temu widział niedaleko dużego węża.

  Zdziwiona zapytałam: przecież to było dwa dni temu, jak teraz go odnaleźć? - -

   -Powinien być w tym samym miejscu , ponieważ dwa dni temu musiał zjeść jakież spore zwierzę i na pewno jeszcze trawi. Rzeczywiście. Wąż był na drzewie wskazanym przez Dajaka. Był to prawdopodobnie średniej wielkości pyton. Nie zareagował na naszą obecność. Leszek podszedł razem z Adamem bardzo blisko, ja -specjalnie nie dowierzając gadowi- wolałam obejrzeć sobie go z pewnej odległości.

    Musieliśmy wracać do hotelu. Pływanie po zmroku łodzią , może zakończyć się urwaniem silnika, a nie uśmiechało się nam wiosłowanie przez kilka godzin. Ta noc była już dla mnie spokojniejsza. Wrażenia dnia spowodowały, że spałam „jak zabita” .

   Śniadanie zjedliśmy bardzo wcześnie. oczywiście po wcześniejszym obserwowaniu ptaków nad rzeką. Czekała nas dwugodzinna podróż łodzią do Baby Orangh-utan Center. Miejsca, w którym przebywają orangutany do 4 , 5 roku życia. Musieliśmy uzyskać na tą wizytę zgodę od profesor Birute. Warunkiem odwiedzenia centrum był dobry stan zdrowia (wykluczone infekcje, które mogłyby być śmiertelne dla zwierząt)

   Dopłynęliśmy do pomostu. Był wyjątkowo długi, bo ciągnął się przez kilkadziesiąt metrów w głąb lądu( z powodu bagnistego i zarośniętego brzegu rzeki) . Do przycumowania łodzi na pomost wyszedł jeden z opiekunów małych orangutanów . Kiedy byliśmy w połowie pomostu, podbiegł do mnie mały orangutan i chwycił mocno za rękę. Oszołomiona ty zdarzeniem, szłam powoli do ośrodka. Małemu nie wystarczało jednak trzymanie mnie za rękę. Drugą łapką, (orangutany mają niezwykle długie w stosunku do wzrostu ręce) usiłował sprawdzić co mam w kieszeni spodni. Został zestrofowany przez opiekuna i na chwilę powrócił do grzecznej wędrówki ze mną za rękę. Nie na długo jednak.

   Kiedy doszliśmy do pierwszej chaty osrodka, George , bo tak miał na imię, wsadził długi paluch w moje Adidasy i skrupulatnie , objeżdżając palcem przestrzeń pomiędzy butem a skarpetką ,zaczął sprawdzać, czy nie mam czegoś ukrytego w butach.. Kolejna uwaga opiekuna – tym razem George (pewnie w przekonaniu ,ze chwile okazja do zabawy ze mną się może skończyć- „poszedł na całość” i zerwał mi z nosa okulary. Oczywiście natychmiast z głośnym krzykiem uciekając w kierunku chaty. Na szczęście dla mnie, drugi opiekun szybciutko odebrał Georgowi zabawkę. I nie były to okulary przeciwsłoneczne... Dzięki temu miałam szansę obejrzeć coś jeszcze w czasie wyprawy .

  George został przez opiekuna wsadzony na drzewo, na którym kilka innych, małych orangutanów. George tarfił do ośrodka z domu tubylców na Borneo. Ponieważ od malutkiego chował się z ludźmi , bardzo trudno było nauczyć go naturalnego sposobu życia. Z uwagi na bardzo żywiołowy charakter, żył tam przywiązany do drzewa. Teraz, kiedy widział człowieka w pobliżu, natychmiast porzucał inne orangutany i na wszelkie sposoby szukał kontaktu z człowiekiem. Jak bardzo ,miałam się przekonać po chwili, kiedy –w momencie przechodzenia pod drzewem – zostałam uhonorowana skokiem Georga prosto w moje obięcia. Bagatela, około 4 kg spadło na mnie z wysokosci około 1 m. Opiekun cierpliwie wsadził go z powrotem na drzewo, a ja na wszelki wypadek , starałam się nie podchodzić w zasięgu możliwości wykonania przez niego kolejnego skoku.

   Opieka nad orangutanim przedszkolem polega na karmieniu maluchów oraz nauce życia w dżungli ,co zwykle czyni matka. Oseski wychowywane sa w chacie. Wymagaja opieki takiej jak niemowlęta. Karmi się je z butelki , specjalną mieszanką mleka . Ramiona opiekuna zastępują mu ramiona matki. Jednak , kiedy tylko potrafią chodzić, co następuje w wieku około 1,5 roku –opiekunowie wprowadzają malucha do grupy młodych orangutanów. Najpierw na pół godziny ,później na coraz dłużej. W miedzy czasie każdy z opiekunów chodzi kilka godzin z małym orangutanem w objęciach. Później, maluchy uczą się żyć na drzewie. Jeśli nie chcą tam siedzieć, opiekunowie izolują je od reszty w domu . I cierpliwie wsadzają na drzewo, nagradzając także posłuszeństwo łakociami.

   Samica wychowuje swoje młode do 7 roku życia. Do lat 3 , nie wypuszcza go z matczynych objęć. Potem, stopniowo maluch uzyskuje większy zakres swobody i jest uczony intensywnie samodzielnego życia. Podstawa bezpieczeństwa orangutanów- to życie na drzewie. I jak najrzadszy kontakt z ziemią. Każdy orangutan codziennie śpi gdzie indziej .A do noclegu niezbędne jest wygodne gniazdo w koronie drzew. Budowa takiego gniazda zajmuje orangutanowi przeciętnie kilka godzin. Maluch się musi się nauczyć , które owoce i rośliny są dla niego jadalne, kto jest wrogiem, kto przyjacielem . Jak bronić się w razie ataku. Samica orangutana broni swojego dziecka przed niebezpieczeństwem. Próba odebrania matce jej dziecka może się skończyć dla człowieka ciężkim pogryzieniem. Wiedzą o tym handlarze zwierzętami. Dla zdobycia malutkiego orangutana, który jest najlepiej płatnym „towarem” handlowym , najczęściej muszą zabić jego matkę. Maluch wiec u progu życia przechodzi traumę. Traci bezpieczeństwo matczynych ramion i trafia w obce mu środowisko.

     Rozejrzałam się wokół. Kilkanaście młodych orangutanów, ze śmiesznie gołymi ( z niewielką ilością kępek rudej sierści , których ilość zwiększa się wraz z upływem lat) główkami , bawiło się w najlepsze na drzewach. Adam powiedział nam, że to podopieczni , którzy są w ośrodku od minimum roku do 3.

   Leszek pokazał mi ,koło kolejnej chaty ,sporego dość orangutana, który w objęciach trzymał innego. Zapytałam Dajaków , czy to matka z dzieckiem ..Odpowiedź mnie zdumiała :

    - to 4,5 roczny Bobby , który zajął się Brown , jednym z najmłodszych orangutanów ,który do niedawna jeszcze był chowany przez nas w chacie. Brown nie chciał się bawić, wybrał sobie Bobby, ego i wskoczył mu w ramiona podczas pierwszego kontaktu z grupą.. Od tej pory są nierozłączni. Dwie sieroty. Obie potrzebujące ciepła matki.

   Wyobraźnia podsunęła mi natychmiast inny obraz: małych dzieci trafiających do Pogotowia Opiekuńczego , które trzymając się za ręce , próbują zapobiec rozdzieleniu ich do różnych domów...

   Jak zwykle nagle ,spadł kolejny deszcz. Sztormiaki zostały w łodzi, więc rozejrzeliśmy się oboje z Leszkiem , gdzie można się na chwilę schronić. Ostatnia chata , stojąca na skraju ośrodka ,miała wychodzący poza obręb domu spadzisty daszek, a pod nim , prowadzące do domu schody. Usiedliśmy tam. Oczywiście takiej okazji nie mógł przegapić George.

  Natychmiast zeskoczył z drzewa , podbiegł do nas i próbował zabrać mi aparat fotograficzny. Wielkimi ,w proporcji do małej główki, oczami wpatrywał się prosto w moje, a długą , rączką próbował wyjąć mi z kieszeni papierosy.

  Wtedy zobaczyłam jego. Miał na imię Lake. Siedział w kępie zieleni, w odległości około 30 m od nas. Wyglądał bardzo samotnie. Taka rudo-łysa sierotka, której nikt nie chce. Kilkanaście metrów od niego, 3 małe orangutany, niewiele większe od niego, doskonale się bawiły. Lake patrzył wielkimi oczami na mnie i trwał w bezruchu.

    Odruchowo zupełnie wyciągnęłam w jego kierunku swoje ramiona, tak jak zwykłam to robić w stosunku do moich dzieci, kiedy wiedziałam ,ze jest to dla nich hasło do biegu na wyścigi do mamy.. Lake postąpił nie inaczej. Zerwał się i szybciutko wskoczył mi na kolana, Obijał mnie rączkami wokół , na wysokości pach, a nogami w pasie. Przytulił główkę do mojej piersi. I tak zastygł ponownie.

  George,a to bardzo zdenerwowało, usiłował wdrapać się tez na moje kolana, a odganiany przez Leszka delikatnie, zemścił się, porywając kamerę. Oddal ją jednak grzecznie opiekunowi, który widząc zamieszanie u nas, przyszedł w sukurs.

   Lake nie spał. Mocno wtulony we mnie, czasem podnosił główkę i patrzył, wielkimi smutnymi ślepkami prosto w moje oczy.

   Przestał padać deszcz. Znowu słońce paliło nam skórę. Poszliśmy do centrum ośrodka ,żeby dowiedzieć się więcej o tym ośrodku i sposobach, w jaki ono funkcjonuje. Lake pozostawał cały czas w moich ramionach. Opiekunowie powiedzieli, że to dobrze, bo mieli problemy z nim rano , ponieważ bardzo bał się opiekunów i zachowywał się tak, jak wtedy kiedy zobaczyłam go pierwszy raz. Opiekun, który będzie się nim zajmował , a który jako pierwszy wziął go na ręce, popłynął do Pengkalanbuun po zaopatrzenie. Od momentu jego wyjazdu Lake był jakby w szoku.

   Historia Lake,a była typowa. Zabita matka , od której siła oderwano wczepionego w nią malucha. Przechowywany przez kilka dni w domu, został ukryty gdzieś w ładowni jakiegoś statku. W trakcie kontroli celnej odkryto kryjówkę Lakea, i policja z Jawy przekazała go 2 dni temu do ośrodka. Lake zasnał. Pogłaskałam go po malutkiej główce, a on ,jakby mocniej , objął mnie..

   Zapytałam o zasady finansowania ośrodka .Okazało się, że większość to tzw granty naukowe, o które zabiegała G Birket .A dodatkowe środki pozyskiwano , tworząc ,miedzy innymi, miesięczne kursy odpłatnego pobytu w ośrodku dla chętnych do pracy z orangutanami . Czyli tzw, dwa w jednym : pracujące wakacje w niepowtarzalnym środowisku i wspieranie funduszy ośrodka.

    Kolejny deszcz. Tym razem schroniliśmy się do chaty, a Dajakowie poczęstowali nas kawą. Lake obudził się, ale ani przez sekundę nie zwalniał siły objęcia. Nie sposób było nie odpowiadać wzrokiem na jego spojrzenie.

    Wszyscy pracownicy ośrodka pochodzili z Pengkalanbuun, bądź jego okolic. Tam pani profesor miała swój dom . I jak okazało się, również rodzinę. Do Tanjung Putting przyjechała z mężem, profesorem matematyki z Kanady. Jednakże rozwiedli się. Po kilku latach Galdikas wyszła za maż za Dajaka Birute , który od początku pomagał jej z pracach badawczych związanych z życiem orangutanów. A także z tworzeniem ośrodków ich rehabilitacji i przywracania do życia w naturalnym środowisku.

     Musieliśmy się pożegnać . Mieliśmy jeszcze w planie podglądać życie borneańskich drwali. Jeszcze przed zmierzchem musieliśmy wrócić do naszego „hotelu” Żegnałam się z pracownikami ośrodka , w ramionach trzymając Lake,a. Kiedy doszliśmy do początku pomostu, opiekun chciał zaoferować Lake,owi własne ramiona. Lake odwrócić głowę, i kurczowo, mocniej wpił się we mnie. Główkę przycisnął mocno do moich piersi. Jednym wyjściem było odebrać mi go siłą. Nie dali rady. Jeden z opiekunów rozplótł rączki , zamknięte na moich plecach.. drugi musiał siłą rozplatać nóżki... Lake najpierw żałośnie krzyknął, a potem.. potem zaczął rozpaczliwie, głośno płakać..

  Musiałam go zostawić. Musiałam. Szybkim krokiem szłam po pomoście. Lunął deszcz. Myślałam, że skutecznie zatrze ślady . Myliłam się, bo kiedy z pochyloną głowa wsiadałam do łodzi, Leszek mocno przytulił mnie do siebie. On wiedział, że te krople na mojej twarzy, to nie był deszcz..

    Przez kilkanaście minut nie rozmawialiśmy w łodzi. Ciszę przerwał Adam , który powiedział do mnie: Nie martw się...oni się nim serdecznie zajmą. Wróci opiekun Lake ,a i na pewno będzie dzisiaj z nim spał.

  Więc on też wiedział. I potem dodał : wiesz, opiekunowie powiedzieli, że ty musisz być dobrym człowiekiem. Że ty jesteś taka sweetheart Lake,a ....

I tak zostałam Ukochaną Orangutana.

1maud
O mnie 1maud

Utwórz własną mapę podróży.

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (4)

Inne tematy w dziale Kultura