321
BLOG
Indonezja cz.2 Lądujemy w Semarangu. Nasz podróż aranżowana ad hoc przez indonezyjskie biuro podróży, potwierdza podejrzenie Leszka o pewnym... „braku wyobraźni” u tubylców. Dotarliśmy tutaj przed południem. Wylot na Borneo następnego dnia . A biuro podróży zagwarantowało nam jedynie nocleg ,Bez jakiejkolwiek propozycji zwiedzania miasta, bez wskazówek co można np. samemu zobaczyć.Nic to. Dokonujemy niezbędnych formalności w recepcji i szok. Recepcjonista , widząc polskie paszporty, uśmiecha się od ucha do ucha i mówi: I know , Poland!!!! I know a man....( w tym momencie jesteśmy pewni : albo John Second albo Walesa) a tutaj nasz rozmówca jakoś dziwnie układa usta i wydaje z siebie skrzeczące dźwięki..Po chwili dociera do nas : on próbuje powiedzieć : Kszekosz Lato... Wypytujemy przy okazji , co warto zwiedzić w Semarangu. Mówi nam o świętym miejscu, gdzie spotykają się ludzie różnych religii. Wskazuje ręka na północ od hotelu. Semarang ma 1,5 mln mieszkańców. Mieszka tu stosunkowo sporo Chińczyków. Reszta to Jawajczycy. Północna część miasta, do której się udajemy, leży na nizinie , charakterystycznej dla wybrzeża. Południowa natomiast położona jest na wzniesieniu. Miasto przecinają dwie rzeki, jedna na wschodzie, a druga w zachodniej części, tego 16 dzielnicowego(districts) miasta. Niestety, nie możemy nigdzie po drodze do świątyni kupić jakiegoś przewodnika . Wpadamy na pomysł, ze jeśli gdzieś w pobliżu jest Kościół katolicki, to może będzie polski ksiądz , który nam podpowie , gdzie iść dalej.. Zapytany Jawajczyk, nomen omen jest ...chrześcijaninem! Tłumaczy nam gdzie jest katedra . Docieramy do niej bez problem . Katedra okazuje się kompleksem budynków na planie kwadratu. Frontalne miejsce zajmuje niezbyt duży ( w porównaniu z europejskimi katedrami) kościół), obok którego jest wejście na dziedziniec wewnętrzny, Pozostałe zabudowania to szkoła katolicka, szpital. Wchodzimy na dziedziniec i pytamy pierwszego „z brzegu’ Jawajczyka , o księdza. Rozmówca wskazuje nam na wejście do mieszkania , przed którym przy stoliku, siedzi jakiś ksiądz. Idźcie do biskupa , powiedział. Podchodzimy do księdza, który okazuje się być właśnie biskupem. Biskup bez sekretarza, bez zapisu na spotkanie. Siedział sobie wśród swoich wiernych , gotowy na spotkanie m, na rozmowę, na pomoc. Każdy mógł zobaczyć wnętrze mieszkania, które zajmował. Nasze nadzieje, na polskiego księdza w tym miejscu były spóźnione. Rok wcześniej polski ksiądz odjechał stąd objąć inną placówkę katolicką w Indonezji. Wypiliśmy świetną kawę, opowiedzieliśmy o swoich wrażeniach z Indonezji oraz nieco o Polsce. Biskup wytłumaczył dokładnie , jak dojść do świątyni, potwierdzając jej niezwykłość. Byliśmy pod wrażeniem bliskości wysokiego hierarchy kościelnego ze swoimi wiernymi. Z nutą zazdrości... Dotarliśmy do świątyni. Usytuowana jest nad brzegiem oceanu, na wysokim klifie. Wchodzimy za ogrodzenie z żywopłotu, oczywiście pełnego barw (kwiaty). Na wprost wejścia walcowata budowla, do której są trzy wejścia .Jedno – to wejście do miejsca modłów muzułmanów, jedno prowadzi do wyznawców buddyzmu , a ostatnie- to świątynia Konfuncjusza. Tuż obok- maty na ziemi, nad którymi rozpościera się dach z palmowych liści. To noclegownia dla pątników wszystkich trzech wyznań. Od wieków w symbiozie. Nie kolizyjnie... Niesamowite miejsce. Miejsce gdzie miarą wartości jest sam człowiek. ...Tak różne od innych miejsc, gdzie religia jest przyczyną gwałtu , śmierci, nienawiści. Popatrzyłam na ocean. Na statki wpływające do nieodległego portu. Pomyślałam: gdyby można było tworzyć takie świątynie na całym świecie i przeszczepiać ta atmosferę czystej duchowości.. Miejsce niezwykłe nawet jak na Indonezję przecież, gdzie walki religijne na poszczególnych wyspach , nie są niestety rzadkością. Ale nie w tej enklawie. ************************************** Lotnisko w Semarangu. Czekamy rozmawiając w sali odlotów na lot na Borneo , gdy podchodzi do nas Indonezyjka i , ku zaskoczeniu, pyta; czy dobrze mi się wydaje ,że rozmawiacie po polsku??? Wyjaśnia nam, że jest przewodniczką , a równocześnie wynajmuje swoje mieszkanie polskim marynarzom , przypływającym do Semarangu. Jakie jest nasze zdumienie, gdy okazuje się ,ze od lat gości ona marynarza ,mieszkającego w Gdańsku , niedaleko nas... Wielki, mały świat. Opowiadamy o naszych planach na Borneo. Mówimy, że wracamy z powrotem do Semarangu i mamy bezpośredni lot powrotny na Bali. Nasza nowa znajoma namawia nas, abyśmy jednak nie lecieli na Bali bez zobaczenia najpiękniejszej świątyni świata , która jest pomiędzy Semarangiem, a Yogjacartą, Daje nam telefon ,pod który mamy zadzwonić jak wrócimy, i obiecuje zawieźć nas do Borabudur oraz pomóc przebukować bilety na lot z Yogjacarty. Kiedy przylecieliśmy z Borneo, zadzwoniliśmy ( nie bardzo wierząc, że eskapada się uda) , Udała się. Nasz znajoma przyjechała w pół godziny od telefonu. Za 40 USD (taki był pełen koszt wyprawy) mieliśmy do dyspozycji taksówkę i przewodnika . W ramach tychże 40 USD dokonała opłat postojowych i wykupiła wejściówkę do Borobudur. . Borobudur jest świątynią buddyjską ,wybudowaną przez władców z dynastii Śailendrów. Podchodzimy do jakby „schodkowej” piramidy. Pierwotnie miała 9 kondygnacji tarasów w kształcie czworokąta. Wskutek silnego trzęsienia ziemi , 3 poziomy się zapadły. Część została odkopana , przez brytyjskiego archeologa. Wtedy , gdy brytyjski gubernator Jawy sir Thomas Raffles( w 1814 r,) , po odkryciu tego cudu w gąszczu roślinności , pokrytego pyłem z nieodległego wulkanu zdedywowł sie swiatynie pkazać swiatu. Wchodzimy na pierwszy poziom tarasów i skręcamy w lewo, jak nakazuje tradycja pielgrzymujących tu wyznawców Buddy. Kamienne reliefy na ścianach obrazują życie Buddy. Niezwykle precyzyjne ,piękne rzeźby , niestety z wyraźnymi śladami zgubnego wpływu pyłu wulkanicznego. Jak długo przetrwają? Pierwsze dwa poziomy idziemy zgodnie z rytuałem. Palące słońce, bez żadnej osłony powoduje, że następne piętra przemierzamy na skróty. Pół kwadratu i schodami do góry. Okazuje się, że nasza przewodniczka w ramach wycieczki zakupiła nam indonezyjskie małe wachlarze. Przydały się bardzo. Ostatnie poziomy(3) są w kształcie okręgu. A w nich ustawione ażurowe j, dzwonowate czasze , czyli stupy ,wewnątrz których są posągi medytującego Buddy. Odpowiednio 32, 24 i 16 . Przewodniczka mówi nam, aby pomyśleć o jakimś życzeniu a potem dotknąć posągu Buddy. Zapewnia nas, ze bez względu na nasze wyznanie, Budda doceni naszą pielgrzymkę.Wreszcie całość świątyni zwieńcza dagoba. T ak znaleźliśmy się w samym sercu królestwa Ducha. Świątynia ma 30 m wysokości, Pierwszy kwadrat , od którego zaczęliśmy wspinaczkę. miał bok o długości 111 m. W dole widać pięknie utrzymany ogród. Bardzo duży upał i palące słońce skłaniają nas jednak do zejścia. Przeszliśmy praktycznie ¼ normalnej pielgrzymki. Jak można wytrzymać w taki upał kilkunastokilometrową wędrówkę ?Świątynia wywarła na nas ogromne wrażenie. Kiedy dwa lata temu głośno było o wybuchu wulkanu Merapi i ogromnych zniszczeniach na Jawie, bałam się , czy nie usłyszę czegoś złego o Borobudur. Na szczęście tam zniszczenia były stosunkowo nieduże. Zatrzymaliśmy się na obiad. Oczywiście, jak wszędzie na świecie, przewodnicy maja swoje „najlepsze” miejsca do jedzenia (tam , gdzie maja prowizje od turysty) Trzeba przyznać ,ze nasza przewodniczka zagwarantowała nam „dwa w jednym” : czyli my -bardzo dobre jedzenie , a ona swoją prowizję. Ale najlepsza była kawa. Kawa, której krzewy widzieliśmy , siedząc przy stoliku. Wypalana na słońcu , na leżących na ziemi matach. Ten aromat.. ten smak... Byłam tak zachwycona nasza wyprawa i wspaniałą kawą, że po raz pierwszy nie reagowałam złością , na liczne klatki z kogutami , stojące w pobliżu. Oczywiście, oczekujące na walkę na hasło swoich właścicieli. Pora była udać się do Yogjacarty. Przed naszą przewodniczka i taksówkarzem jeszcze 200 km jazdy z powrotem do Semarangu. Poza świątynią Borobudur na Jawie są dominujące meczety. Według relacji naszej przewodniczki, islam w Indonezji nie ma tak fundamentalistycznego charakteru , jak np. w krajach arabskich. Na pewno jest mniej odłamów . Ale czy nie ma fundamentalizmu? Jechaliśmy praktycznie cały czas wzdłuż jakiejś wioski. Jawa jest bardzo gęsto zaludniona. Na każdym kilometrze można było zobaczyć pola ryżowe. I cudowne kwiaty. Obecność wulkanów na tym , tak gęsto zaludnionym terenie , budzi grozę. Tej grozy nie czują mieszkańcy. Pewnie aż do chwili wybuchu.Taka Jawę zapamiętałam.



Komentarze
Pokaż komentarze (2)