Raj Jacques Custeau i piekło biedy
W latach osiemdziesiątych nagrodę World Press Foto otrzymało zdjęcie małej , ślicznej dziewczynki śpiącej na gazecie...
Nie przypuszczałam, że decydując się na podróż na Haiti, będziemy mieli okazję zobaczyć wiele potencjalnych modeli tego zdjęcia. Wyjazd organizowaliśmy z Dominikany. Stosunkowo popularne były wycieczki jednodniowe- do Cytadeli i z powrotem. Z powodu braku dużej liczby chętnych ,wyjazdy były organizowane dwa razy w tygodniu. Wyjazdy kilkudniowe zależały od liczby chętnych .
Mieliśmy szczęście. Oprócz nas, jeszcze 8 osób czekało na taka okazję. Dzięki temu, biuro zorganizowało wyjazd.Niemieccy turyści nie ryzykowali podróży.. Odważniejsi byli Anglicy ,Kanadyjczycy i chyba Australijczycy. To oni wsiedli razem z nami do 40-osobowego autobusu. Razem z przewodnikiem – 11 osób.
Firma turystyczna zatrudniała do dłuższych wyjazdów doświadczonego przewodnika, doskonale mówiącego po kreolsku.
Przewodnik miał żonę Dominikankę, rodzice jego pochodzili z Węgier (matka) , Austrii (ojciec) , a babcia ze strony matki była Żydówką mieszkającą w Polsce. Sam nazywał siebie obywatelem świata. Wiele lat mieszkał we Francji, potem w USA, a od 10 lat na Dominikanie. I fascynowało go Haiti. Przed wyjazdem poinstruował nas, w jaki sposób mamy zachowywać się w trakcie wycieczki. Oraz podał listę sugerowanych zakupów : papierosy w opakowaniach po 10 sztuk oraz cukierki. To na podarunki dla Haitańczyków, aby spokojnie móc robić zdjęcia. Zasady to :
1. nie podawanie cukierków dzieciom w miejscach, gdzie jest więcej osób. Jeśli jest np. dwoje dzieci , to dyskretnie podać z „dłoni w dłoń”, tak aby nie było widać..2. wyjmowanie jednej paczki papierosów i rozdawanie papierosów na sztuki3. jeśli chcemy w wiosce dac cukierki większej ilości dzieci, należy wyrzucać je z okna jadącego autobusu. Za autobus, bo rzucenie koło autobusu, może spowodować, że dzieci uniemożliwią dalszą jazdę.4. Fotografowanie ludzi tylko po uzyskaniu zapewnienia od przewodnika ,że można.5. Poruszanie się tylko w całej grupie
Byliśmy zszokowani. Szczególnie wersja rzucac cukierki, (jak zwierzętom, pomyślałam)Do chwili, kiedy nie poznaliśmy realiów.
Do granicy jedziemy dobrymi , dominikańskimi drogami. Granica. Autobus przejeżdża przez „kąpiel dezynfekcyjną” . W obie strony , chociaż niezbędna jest tylko w drodze powrotnej. Na Haiti panuje brud, który jest powodem różnych chorób zakaźnych : duru brzusznego, obu rodzajów żółtaczek, tężca. Są także ogniska wścieklizny.
Przejeżdżamy granice i ....wjeżdżamy na drogę, która jest kombinacją placków asfaltu i ubitej ziemi. Czasami okraszonego kamieniami. Przewodnik uspokaja nas, że autobus jest przystosowany do tych dróg, Ma specjalne wzmocnienia.
Gwłtowna zmiana krajobrazu. Do granicy po stronie dominikańskiej, zieleń tropikalnego lasu. Porośnięte drzewami wzgórza. Porządne domy ,doskonałe drogi. Przez okno autobusu widzę małe poletka z jakimiś uprawami. Ale zdecydowaną większośc przestrzeni zajmują krzewy ,trochę palm, od czasu do czasu drzewo mangowe. I bieda-chałupki, pokryte labo blachą falista, albo strzecha z liści palmowych.Szokuje kompletny brak drzew, tak licznych w pobliskiej Dominikanie. Nigdzie, jak okiem sięgnąć skupiska drzew,
Przewodnik wyjaśnia, ze drzewa zostały zużyte na potrzeby budownictwa oraz na opał. Widziane przez nas krzewy maja jedną zaletę- rożną bardzo szybko i szybko można jest wykorzystać na opał. W większości zabudowań nie ma elektryczności, nie mówiąc o gazie. Tylko w miastach jest ten luksus. Po przejechaniu około 10 km pierwszy przystanek. Zatrzymujemy się przy zabudowaniach .
Niewielkie, białe chyba kiedyś domy ,przed nimi sterty śmieci. I kilka dorosłych osób wraz z dziećmi.Wychodzimy z autobusu, Przewodnik zabiera jakieś konserwy i chwilę rozmawia z ludźmi. Po kreolsku. (Oficjalnymi językami są francuski i kreolski, ,ale powszechnie używany jest kreolski. )W tym czasie robię zdjęcia drzewa mango. Temperatura na zewnątrz około 30 0C w cieniu (gdyby był) . Obok mnie stoi Haitańczyk z 3,4 letnim dzieckiem. Nagle , dziecko rozstawia nóżki i robi na stojąco siusiu. Nikt nie zwraca na to uwagi, Dziecko stoi w tym miejscu dalej. Później zrozumiałam , że to normalny sposób załatwiania publicznie potrzeb fizjologicznych, niekoniecznie tylko małych dzieci.W przypadku dorosłych , z przykucnięciem na skraju drogi. Ale tylko na wsi.W miasteczkach i miastach obowiązują dobre maniery : powitanie przy wejściu do miejsca publicznego, podanie ręki, Dzieci musza okazywać szacunek starszym.
Przewodnik ładuje do autobusu kilka opakowań litrowych butelek z domowym –jak wyjaśnił - napojem, który otrzymał w zamian za przekazane konserwy. Jedną z takich butelek trzyma w ręku Leszek. Po chwili pyta : chcesz się napić? Potwierdzam skwapliwie i łakomie pociągam spory łyk i.......oczy „wychodzą mi na wierzch „, w gardle pali , krztuszę się, a Lesio ze śmiechem podaje mi do popicia butelkę z wodą mineralną, z zapasu napojów sklepowych, zabranych przez nas z Dominikany. Domowy napój okazał się piekielnie mocnym samogonem.
Ten samogon umożliwił nam później i zdjęcia i wejście w miejsca, dla turystów niedostępne. Dojeżdżamy do jakiejś rzeki. Jest ich na Haiti sporo. Rzeki, które są błogosławieństwem i przekleństwem mieszkańców. Z jednej strony stanowią źródło życia :woda jako napój , ryby jako pokarm, naturalna pralnia i toaleta (ta ostatnia w pełnym wymiarze niestety).
I przeklęty żywioł w porze huraganów i ulew tropikalnych .Żywioł, który niszczy resztki mostów, zalewa błyskawicznie domostwa, ponieważ woda w wyjałowiona glebę nie wsiąka szybko.Przed mostem autobus zatrzymuje się, a przewodnik prosi o opuszczenie autobusu i przejście piechota na drugą stronę. Tłumaczy nam, że przejazd jest ryzykowny, nie wiadomo czy mocno naruszona (widoczne braki) konstrukcja wytrzyma. Kierowca „rozpędza „autobus i szczęśliwie przejeżdża.
My przechodzimy, obserwując w dole piorące w rzece Haitanki. Piorą piachem , pocierając ubraniem o kamienie. Inne – kijankami! Na brzegu, na palach małe, drewniane , sklecone byle jak , chatynki. Mydło jest za drogie. O proszkach (na szczęście dla rzeki i jej mieszkańców) nie ma mowy. Niebo jest bezchmurne . Wszędzie , na kamieniach suszą się bardzo kolorowe ubrania.
Co jakiś czas mijają nas lokalne środki lokomocji, nazywane „tap, tap” Nazwa pochodzi od dźwięku uderzenia ręką przez pasażerów chcących wysiąść w danym miejscu, o dach pojazdu .”Tap tap: to albo półciężarówka , albo busik z zabudowanym poręczą dachem” ,Zawsze niemiłosiernie przeładowany , z ludźmi wiszącymi jak winogrona ..
Kilka kilometrów za mostem drogę zagradza nam stojący na jej środku „tap,tap” Nasz kierowca włącza się do naprawy pojazdu. Przy okazji oglądamy wehikuł-Leszek pokazuje mi ,że elementy zawieszenia były spojone drutami J Naprawa polegała na dołożeniu kolejnej partii drutu.... Taptapem , w szoferce (sic!)podróżowało małżeństwo Anglików, z dwójką dzieci 10-12 lat. Powiedzieli nam ,że do granicy Haiti dojechali taksówką , a potem długo czekali na jakiś pojazd i wreszcie podjęli ryzykowną podróż taptapem. Zabraliśmy ich do naszego autobusu i luksusowo dojechali z nami do Cap Haitien, drugiego co do wielkości po stolicy, miasta Haiti.
Minęliśmy jeszcze jednego „taptapa, przewróconego na bok ...widocznie kierowca zabrał za dużo pasażerów...W Cap Haitien jedziemy do restauracji, położonej wysoko na wzgórzu. Okazuje się ,ze to restauracja hotelowa..
Kilkanaście lat temu na Haiti było kilka tysięcy miejsc hotelowych. W wyniku kompletnego upadku turystyki, pozostało ich( łącznie ze stolicą )niewiele ponad osiemset. Kuchnia kreolska to „niebo w gębie” .Hotel i wnętrze restauracji , w porównaniu z analogicznymi na Dominikanie , to kategoria 3 klasy. Ale cudowne słońce , wyśmienite jedzenie i widok na zatokę z piaszczystymi plażami rekompensuje wszystkie niedostatki. Mamy też wreszcie cień, z okalających taras restauracji, palm. I czuć zapach kwiatów. Wreszcie można poczuć atmosferę urokliwego tropiku.
W drodze na nocleg, zatrzymujemy się w supermarkecie. Wielkopowierzchniowy sklep , ze spora ilością różnorakich towarów. Raczej o charakterze podstawowym. Niewiele mięsa i wędlin. Środki czystości, napoje, odzież. Kupujących niewiele ,ale widać ,ze stanowią oni elitę haitańską. Wyróżniający ubiór, czasem klient wysiada z własnego samochodu. Nieodparte wrażenie – sklep jak dla niezamożnej wsi , a klienci z górnej półki.
W stosunku do Dominikany, to tak w latach siedemdziesiątych różnica między NRD i RFN.
Zjeżdżamy cały czas w dół, w kierunku wybrzeża. Przejeżdżamy przez wioski , wreszcie skręcamy w osadzony palmami i drzewami wjazd do naszego hotelu. Hotel składa się z piętrowego budynku ,z dużymi pokojami z oknami prawie do podłogi. Jest tych pokoi nie więcej jak 30.
Otrzymujemy pokój na parterze .Tu wejścia są bezpośrednio z plaży. Odsuwamy żaluzje ...i zapiera dech w piersiach. Błękit oceanu bielutki piasek , palmy. Wszystko to można oglądać z dużego łoża , które stoi na wprost okna. Otwieram okno, aby dołączyć dźwięk do tego rajskiego videoklipu
Restauracja, w której umówiliśmy się z przewodnikiem na kawę oraz ustalenie dalszego planu na popołudnie , to : na dwóch podestach kamienno - drewnianych ,przykryte zwartym dachem z liści palmowych , patio na plaży. Z solidnym , drewnianym barem ( w stylu amerykańskim)Przewodnik proponuje pieszą wyprawę do wioski .Dowiedział się od zaprzyjaźnionych tubylców, że na placu wioskowym jest jakaś ceremonia woo-doo. Ostrzega, że w trakcie ceremonii mamy być cichymi obserwatorami, a także, pod żadnym pozorem nie wolno nam fotografować czy kręcić film. Sprzęt musi pozostać w hotelu.Akces wyrażamy my oraz dwójka Anglików , a także Australijczyk. Idziemy w 6 osób. Reszta pozostaje na plaży.
Plac wioskowy ma kształt prostokąta. Oddzielony od drogi częściowo domami, a częściowo wysokim żywopłotem. Naokoło placu – wzdłuż ściany, położone na kamieniach deski- tworzą długie ławy. Siadamy na jednej z nich. Obok nas- Haitańczycy. Głównie kobiety i dzieci. W centralnym miejscu płonie ognisko. Mężczyźni tańczą wokół ognia. Zarówno oni, jak obserwujący Haitańczycy, wydawali z siebie dziwne dżwięki- na poły śpiew , na poły monotonne mamrotanie. Przewodnik podaje im plastikową butlę z samogonem.
Mężczyzna otwiera butlę , odrobinę samogonu wlewa do ogniska, (co powoduje chwilowe zwiększenie płomieni ),trochę wypija i podaje kolejnym tancerzom. Mamrotanka staje się coraz głośniejsza. Co pewien czas, ktoś zaczyna wykrzykiwać jakieś słowa. Do koła tancerzy włączają się ,siedzące obok nas dzieci i kobiety. Tańcom towarzyszy monotonny rytm bebnów.
Czujemy się coraz bardziej nieswojo. Ten monotonny rytm, ,te dźwięki ...Mężczyźni rozgarniają stopami ognisko, wszyscy co chwile wchodzą na rozżarzone patyki. Podlewają znowu ognisko samogonem i kiedy ogień jest największy , wchodzą w jego zasięg.
Taniec staje się szybszy. Pozostałą na ławie obok nas kobieta, wykrzykuje coś, Jest wyraźnie w transie. Oczy ma ‘wywrócone białkami” - zaczynam się bać. Niektórzy uczestniczy tanecznego korowodu wygladają i zachowują się jak w amoku. Krzycza coś, zaczynają bełkotać. I co chwilę podbiegają z jakimś okrzykiem do obserwatorów z ław.
Kilka osób wyciąga w kierunku ognia dziwne kukiełki. Patrzę na nogi i ręce tancerzy, nigdzie nie widać śladów nawet zaczerwienia od kontaktu z ogniem. W tym momencie spada ulewny deszcz. Nagle robi się ciemno. Rozlegają się pioruny , a niebo rozświetlają błyskawice. Przewodnik każe nam biec za sobą. Trafiamy do jednego z domów.
Pierwsze odczucie to duchota i smród. Jest ciemno ,dopóki ktoś nie zapala świeczki. Zrobiło się jeszcze gorzej, obok siebie widzę , będącą nadal w transie , kobietę. Wokół niezliczona ilość much. Jest ciasno, nasza szóstka i kilku tubylców, dotykamy siebie stojąc. Ktoś nadal mamrocze. Atmosfera jak w horrorze ,przypominają mi się popularne przed laty filmy na video o zombi.
Proponujemy przewodnikowi powrót do hotelu I on chyba nie czuł się komfortowo ponieważ akceptuje pomysł i z ulgą wychodzimy z tego siedliska smrodu i niewyobrażalnego brudu.. Biegniemy do hotelu , na szczęście największe nasilenie wyładowań mamy już a sobą. Deszcze tropikalne o tej porze roku (pora sucha) mają to do siebie, że są bardzo gwałtowne i najczęściej krótkotrwałe. Kiedy dochodzimy do hotelu, kompletnie mokrzy , ociekający wodą- wraca intensywne słońce.
Na krótko, po osiemnastej słońce zachodzi , a dzień ustępuje gwałtownie tropikalnej nocy. Wybawiła nas burza. Nie wiem, co działoby się tam dalej, ale widok „opętanych” duchami nie był pokrzepiający. J
Bierzemy prysznic i idziemy do restauracji. zarówno restauracja jak hotel należy do rodziny Jacques Custeau, który miał tutak bazę wypadowa do swoich zdjeć podowdnych. O tym dowiadujemy sie od amerykańskich oficerów z kontyngentu żołnierzy ONZ , którzy mieszkali z nami w hotelu.
c.d.n.
Po głębokim namyśle zamieszczam to pod hasłem społeczeństwo. Jesli admin uzna, że ta część to ewidentnie podróże- prosze o zmianę dyspozyji.


Komentarze
Pokaż komentarze (10)