Lagos. NEP. Wielkanocne Alleluja w Jos.
W pokoju stał wieki wentylator. Po włączeniu, prześcieradła na łóżku fruwały. Trudno spać pod takim latającym przykryciem. Po wyłączeniu- trudno było oddychać.
Nagle zobaczyłam wielkiego karakana, biegnącego przez środek pokoju. Moja , szybka decyzja : światło i wentylator włączone. Na lotnisko pojechaliśmy po 5 godzinach snu. Jak się okazało, pobudka która oczywiście robiłam ja, byłą przyspieszona ,w stosunku do potrzeb, o godzinę. Źle przestawiłam zegarek. Ale moja pomyłka ujawniła się ,kiedy byliśmy już po śniadaniu i wsiadaliśmy do samochodu.
Po przyjeździe na lotnisko okazało się, że profesor ma wcześniejszy lot do Maiduguri, za 15 minut. My natomiast musieliśmy poczekać jeszcze 3 godziny. Profesor oddał nas pod opiekę opiekuna hostelu i pożegnał .
Rzeczywiście , pomoc okazała się niezbędna. Brak jakichkolwiek informacji wykluczał samodzielność kolejnych kroków. Musieliśmy wykupić bilety samolotowe do Jos. Koszt –100 USD od osoby , ponad dwa razy więcej niż lot z Warszawy via Wiedeń do Lagos!Podeszliśmy do punktu odpraw. Przy stoliku siedział Nigeryjczyk ubrany w mundur wojskowy.
Po sprawdzeniu naszych dokumentów i biletów kazał nam zapłacić 7 naira za wejście do sali odlotów. Zaprooponowaliśmy zapłatę w dolarach. Kłopot. Zgodnie z instrukcjami od Piotra ,nie wymieniliśmy ani dolara. Oficer odmówił przyjęcia obcej waluty. Zapytał czy nie mamy naira, a usłyszawszy zaprzeczenie , podniósł rękę do góry i przywołał Nigeryjczyka, stojącego pod nieodległą ścianą.
Powiedział : jedźcie z nim, on wam pomoże wymienić pieniądze. Wsiedliśmy do samochodu stojącego przed lotniskiem i w trakcie dwóch rundek wokół , dokonaliśmy transakcji wymiennej z kierowca.(miejscowy cinkciarz) Wymiana była w relacji 1 USD –2.5 naira. Czyli zdecydowanie mniej ,niż pisał nam przed miesiącem Piotr. Ale, przyzwyczajeni byliśmy do różnych cen walut na czarnym rynku, wiec nawet nie mrugnęliśmy powieką .
Kiedy wróciliśmy do check-point ,oficer zażądał od nas po 15 naira za wejście na lotnisko. Na pytanie dlaczego, spokojnie odpowiedział: bo nielegalnie wymienialiście walutę, więc kosztuje drożej. Zapłaciliśmy.
Przejście do sal odlotów stanowił dość szeroki, zaciemniony korytarz. Podszedł do nas policjant i zażądał pieniędzy. Na pytanie za co –powiedział: jak nie dacie pieniędzy, to was zaaresztuję. Widziałem , że jechaliście z mężczyzną, który wymienia na czarno pieniądze ,a to w naszym kraju jest niedozwolone. Leszek wyciągnął z kieszeni garść drobniaków ( sporo drobnych austriackich , nie więcej jednak niż 2 USD) i wręczył mu. Policjant był wyraźnie usatysfakcjonowany. Przynajmniej w tym momencie.
Korupcja, przemoc , napady to w Nigerii szara codzienność. Pewnie z tego względu do dzisiaj nie ma tam bazy turystycznej .
Po śniadaniu ,jedliśmy tylko z gotowane potrawy, poszukaliśmy grupy pasażerów z różowymi boarding card. Przy wejściu do samolotu okazało się ,że miejsca dla palących są zajęte. Po otrzymaniu od nas informacji ,że oboje palimy, stewardesa (Murzynka)przesadziła dwójkę siedzących już Murzynów na przód samolotu , a nas posadziła na ich miejsca .
Samolot lokalnych linii lotniczych (Boening 737)był bardzo czysty. W porównaniu z Tu 134 Aeroszrotu, to był super luksus. Wygodne siedzenia, znakomite jedzenie, picie . Po niespełna dwóch godzinach lotu lądowaliśmy w Josie.1/ Z samolotu widzieliśmy niewielki barak, stanowiący budynek lotniska oraz grupkę czekających obok osób. . Nie widzieliśmy nikogo białego. Wokoło było widać pojedyncze palmy, czerwoną ziemię i krzewy. I mnóstwo wysokiej, słońcem spalone trawy.
Przed wyjazdem oczami wyobraźni widziałam bujną dżunglę , wspaniałą zieleń. A Plateau Jos przywitało mnie czerwienią , niewysokimi krzewami.... Weszliśmy do baraku. Niestety ,tam tez nikt na nas nie czekał. Zapytaliśmy , kiedy jest następny samolot z Lagos , sadząc ,ze być może przyjaciele pomylili godziny przylotu. Okazało się, że kolejny samolot przylatuje po południu. Podjęliśmy decyzję, że jedziemy taksówką do campusu, do którego przecież mamy adres.
Teraz my odstawiliśmy komedię z wybranym przez siebie taksówkarzem. Adres pokazaliśmy w dwóch okienkach na lotnisku, na wszelki wypadek policjantowi, któremu daliśmy także paczkę papierosów , wszystkim wskazując taksówkarza ,z którym mieliśmy jechać.Ustaliliśmy opłatę za przejazd – kierowca zażądał od nas 10 USD. Wydawało się to dużo, ale nie mieliśmy wyjścia.
Ruszyliśmy. Okna otwarte na oścież, ale powietrze było tutaj o wiele znośniejsze od powietrza w Lagos. Było gorąco, ale nie było tej upiornej wilgoci. No i temperatura o kilka stopni niższa, nie przekraczała 27 0C. Plateau Dżos i miasto Jos stanowi enklawę klimatyczną w Nigerii. To wyżyna , położona na wysokości ponad 1000 m n.p.m Panuje tutaj klimat suchy . To tutaj Anglicy ulokowali uniwersytety oraz szkoły dla swoich dzieci. Jos był także doskonałym miejscem na odpoczynek dla obcokrajowców przebywających w Nigerii.
Jechaliśmy drogą asfaltową. Otaczał nas dość monotonny krajobraz. Wolnostojące baobaby, krzewy i palmy. Co pewien czas mogliśmy oglądać murzyńskie chaty i nieduże poletka , na których rosło sorgo, maniok .
Kiedy minęła godzina jazdy ,a od kilkunastu minut jechaliśmy wśród sawanny bez żadnych domów, zaczęliśmy się niepokoić. Tym bardziej ,że na pytanie, kiedy będziemy na miejscu , padała ciągle ta sama odpowiedź: za chwilę. Później mieliśmy się przekonać, ze czas nie odgrywa dla Nigeryjczyków wielkiej roli.Za chwilę , to równie dobrze mogło być za 10 minut jak i za dwie godziny.
Wreszcie zobaczyliśmy w miarę zwarte zabudowania. Wjeżdżaliśmy do Jos. Kierowca zawiózł nas do campusu , gdzie przy wjeździe były budki strażników, w których odnotowywano każdy wjeżdżający pojazd.. Zapytani o nazwisko przyjaciół, strażnicy odpowiedzieli : tu nikt taki nie mieszka. Miny nam zrzedły. Przytomnie pokazałam strażnikowi kopertę z adresem – i wtedy dowiedzieliśmy się, że jest drugi campus, w którym mieszkają wykładowcy Uniwersytetu.
Jedziemy na drugi koniec miasta. Miasta zabudowanego konglomeratem budynków murowanych (urzędy, uniwersytet, szpital) i budek , nakrytych najczęściej blachą falistą. W większości nie ma szyb, bo i po co. Mijamy „Supermarket”, czyli swojską budę ,o pow. ok. 20m2 .Jak się później okazało, w tym supermarkecie mogliśmy dokupić taśmy do naszej kamery ...Także” hotele”, czyli zadaszone miejsca do spania, dla tubylców. Zarówno supermarkety jak i hotele oznakowane były szyldami .Często widoczne były na nich zachęcające potencjalnego klienta ,ceny.
Kilka razy musieliśmy zatrzymać się , z powodu bydła , tarasującego przejazd. Najwięcej było kóz, ale zdarzały się także wędrujące drogą krowy. Przejeżdżamy obok największego, w dodatku murowanego sklepu. To sklep z prawdziwego zdarzenia, cos na kształt naszego prowincjonalnego supermarketu. Pod sklepem kilkunastu żebraków . Większość z nich jest chora na trąd- choroba Armauera Hansena. nie mamy co do tego żadnych wątpliwości z uwagi na widoczne , charakterystyczne ubytki ciała. W różnym wieku .Starcom często towarzyszyły , prowadzące ich dzieci. To ci, którzy nie chcą mieszkać w leprozoriach. Ten rodzaj trądu, jacy mieli widziani przez nas żebracy, to forma tuberkulinowa, mniej zaraźliwa. Ale najbardziej przerażające jest to, że trąd można uleczyć , a koszt wyleczenia to równowartość... 30 zł.
Wreszcie dojeżdżamy do właściwego campusu. Przypominał z zewnątrz wjazd do standardowego osiedla mieszkaniowego. Check point ze szlabanem .Tyle, że strażnicy z bronią palną i maczetami. Dom naszych przyjaciół to ostatni dom na osiedlu (było ich około 30) ,vis a vis przedszkola (ale już za płotem) dla dzieci nigeryjskich pracowników Uniwersytetu.
Od przedszkola wiodła droga na wzgórza, wśród których okresowo płynęła rzeka. Wzgórz porośniętych , typową dla sawanny, roślinnością: niedużych krzewów, od czasu do czasu urozmaiconym pojedynczym baobabem. I wysoka , teraz spalona, trawa. Pora deszczowa zaczynała się od maja –czerwca. Na osiedlu było sporo palm i drzew owocowych. Mango, papaja, .Krzewy bungevilii i drzewka kwiatów Bożego Narodzenia nadawały kolorytu całemu campusowi.
Dzwonimy do drzwi- i wprawiamy w szok przyjaciół. Okazuje się, że oni nie dostali jeszcze od nas listu wysłanego przed miesiącem. Nie mieli pojęcia o naszym przyjeździe.! List nadszedł w tydzień później. Jak później przekonaliśmy się, tłumaczenie tubylców różnych dziwnych dla nas rzeczy, czy zwyczajów ,było zawsze jedno : this is Nigeria, you see...
Piotr zapłacił taksówkarzowi w naira , po dość długich targach. Okazało się, że rutynowa opłata z lotniska wynosiła dokładnie połowę kwoty , jaką nam kazał zapłacić.Przy okazji zostaliśmy poinstruowani, ,że wszędzie trzeba się targować. Akceptacja pierwszej kwoty , rzuconej przez nigeryjskiego kontrahenta, to policzek dla sprzedającego Transakcje zapadały zwykle na poziomie, 3,4 a i 5 krotnie niższym od pierwotnego.
Domy w campusie miały dość podobne rozkłady i wyposażenie. Duży salon z wyjściem do ogrodu, kuchnię, 3 bądź cztery sypialnie, łazienka, garaż. Okna były zabezpieczone szczelnymi moskitierami .Na zewnątrz budynków, zainstalowane były ,przylegające do ściany. zbiorniki na wodę. W campusie mieszkał wykładowca matematyki z Warszawy oraz dwie rodziny lekarskie z Polski. Polacy założyli mała „wytwórnię” wędlin. Swojskie szynki, kiełbasy –czyli produkty nieosiągalne w Jos. Do tego celu zrobili nieduża wędzarnię. Wspólnie także zaopatrzyli się w agregat prądotwórczy, zasilający awaryjnie spora zamrażarkę.
Już pierwszego dnia mieliśmy się przekonać o chimeryczności dostaw prądu przez NEP , czyli Nigerian Electricity Power Company. Przygotowanie potraw to był cały rytuał. Wszystkie owoce i jarzyny przeznaczone do jedzenia na surowo, poddawane były wstępnemu odkażaniu w płynie Miltona, czyli były „miltonowane. Woda , wstępnie filtrowana potem gotowana i ponownie przepuszczana przez urządzenie filtrujące. Dopiero tak przygotowana stanowiła bazową wodę do posiłków, napojów i do mycia zębów. To nie była zbędna ostrożność. Jak się okazało przez pierwszych kilka miesięcy wszyscy Polacy mieli spore problemy żołądkowe z powodu licznych bakterii , znajdujących się w jedzeniu i wodzie. Dlatego Ala sugerowała w liście zabranie ze sobą środków przeciwko biegunce , ponieważ każdy reagował problemami z żołądkiem po przyjeździe tutaj. Zabraliśmy z sobą cała siatkę węgla, sulfonamidów itp., co okazało się jednak niewystarczające...
Dowiedzieliśmy się, że zarówno Piotr jak i Joasia (córka) zachorowali po przyjeździe na malarię. Szczęśliwie zakończyło się na jednym rzucie u obojga. W całym domu wieczorem zapalne były spirale anty-komarowe, a Piotr dodatkowo uszczelnił cały dom, zabezpieczając go przez owadami.
Instrukcje otrzymane na pobyt podwyższyły nam zdecydowanie poziom adrenaliny. Otóż dowiedzieliśmy się o napadach rabunkowych na campusy w Nigerii. W Josie był dopiero jeden , na dom murzyńskiego ginekologa ( z Niemiec). Natomiast w innych miastach, w tym w Port Harcourt , zdarzały się nagminnie. W jednym z takich napadów ucierpiał brat Doroty Stalińskiej, ponieważ usiłował powstrzymać rabusiów. Do naszej sypialni zawędrowała maczeta, która została schowana pod łóżkiem . Zalecenia jednak były jednoznaczne: w razie napadu udawać ,że się głęboko śpi. Maczeta miała być użyta tylko w przypadku, gdyby doszło do konieczności zbiorowej obrony...
Urządzenie całego domu było bardzo proste. Bardzo mało mebli. Proste krzesła bez obicia, kanapa z prostymi , dość wysokimi nóżkami , żadnych poduszek i narzut. Na podłodze żadnych dywaników. Była jedna zasada urządzenia domu : musisz widzieć maksymalnie dużo przestrzeni, tak aby zauważyć niepożądanych przybyszów. Mimo zabezpieczeń okien i drzwi, przybysze się zdarzali. W wannie był niezbędny korek. Gdy pewnego razu, przez roztargnienie ktoś tego korka po użyciu wanny nie zatknął, następny użytkownik łazienki mógł zażyć kąpieli z dorodnym skorpionem.
Nie było klimatyzacji, funkcję tą spełniały spore wentylatory pod sufitem Ponieważ w nocy temperatura wynosiła pomiędzy 18-22 o C było to rozwiązanie wystarczające.
Na popołudniową kawę przyszedł zaprzyjaźniony matematyk. Po jego przyjściu zdaliśmy relację z wydarzeń w Polsce. A było co opowiadać. ..Zapadła ciemność. Matematyk właśnie opowiadał nam historię swojego psa, kiedy zgasło światło. Przygotowani na taką okoliczność, gospodarze zapalili świece. Przerwy w dostawie prądu mogły trwać minuty, godziny albo dni. Wtedy właśnie używano wodę deszczową z tanków.Wyjęłam rozgrzane bardzo nogi z butów i chłodziłam o , wyłożoną kafelkami podłogę. Matematyk kontynuował opowieść. Znalazł wychudzonego, niedużego psa. Pies był chory. Postanowił psa zatrzymać w domu. Sporo pieniędzy i wysiłku włożył w leczenie i odkarmienie chudziny. Zajęło mu to ponad dwa miesiące. Pies znakomicie zareagował na leczenie i dobrą karmę. Nabrał wagi i wigoru. Niestety, jako ssak mięsny był narażony jak się okazało nie tylko na atak dzikiej zwierzyny czy węża. Pracujący przy pracach budowlanych w campusie Nigeryjczycy upolowali go na posiłek:-( Właśnie skończył to smutne opowiadanie, kiedy zapaliło się światło.
Równocześnie usłyszałam od Piotra : nogi na fotel Maud ! Wykonałam polecenie i spojrzałam na podłogę. W miejscu , w którym przed chwilą były moje nogi, spokojnie maszerował skorpion. Matematyk złapał go do słoika ,a kiedy wyjeżdżaliśmy otrzymaliśmy na pamiątkę intruza ,zakonserwowanego w formalinie . Jak się okazało skorpion wszedł przez niedomknięte z powodu zamieszania spowodowanego naszym przyjazdem, drzwi od garażu.
W okolicy mieszkali głównie członkowie plemienia Hausa. To plemię raczej spokojne, nie tak agresywne jak mieszkający na południu Joruba. Wśród nich było sporo chrześcijan , o czym mogliśmy się przekonać już następnego poranka. Była to bowiem Niedziela Wielkanocna. Pojechaliśmy samochodem do kościoła.
Biały Kościół, z oknami bez szyb . Nieduży. Proboszczem był ksiądz z Irlandii. Kościół był pełen, mimo iż przyjechaliśmy przed rozpoczęciem mszy. Okazało się, że tego dnia jest I Komunia Święta w parafii. Mieliśmy więc okazję zobaczyć tą uroczystość w Afryce.Spytaliśmy księdza, czy możemy sfilmować msze. Stanowczo odmówił. Dośc długo byliśmy oburzeni na taka decyzję. Dopiero później, na spokojnie zrozumieliśmy powody. Już nasza obecność w kościele na mszy spowodowała lekkie poruszenia i sensację. Kiedy stanęliśmy w drzwiach w wypełnionym po brzegi kościele, podeszli do nas Murzyni i podali nam małe krzesełka, zapraszając do środka. Tak nakazywała gościnność.
Tą mszę pamiętam do dzisiaj. Nie tylko z powodu uroku ślicznych ,czarnych dzieci o ogromnych oczach, ubranych na biało , w otoczeniu niezliczonych kwiatów. Także z powodu rozmodlenia i śpiewu na chwałę Bogu.
Kiedy zabrzmiało radosne Alleluja, któremu towarzyszył dźwięk bębnów – tłum zaczął rytmicznie poruszać się , klaszcząc do rytmu. Pamiętam to Alleluja . Brzmi w mojej pamięci jakby to było wczoraj. I nie mogę sobie wyobrazić ,że może sporo tych dzieci, które wtedy przystępowały do I Komunii Świętej ,zginęło w zamieszkach , które dotknęły Jos kilka lat temu. Całą wyżynę Dżos objęła rzeź chrześcijan przez islamskich współmieszkańców. Szukałam informacji o Kościele, w którym bywaliśmy na mszy.
Czy przetrwał? Czy kiedykolwiek zabrzmi tam Alleluja, i My Lord , we love you?
c.d.n



Komentarze
Pokaż komentarze (1)