Pierwsza z takich historii opowiedzieli nam przyjaciele. Otóż wrócili późnym wieczorem ( nie noca, )z Pasterki w kościele. Następnego dnia, kiedy Ala wyjrzała przez okno, zobaczyła przerażający widok. Przed przedszkolem leżały zwłoki zabitego mężczyzny (ślady krwi, widoczne nakłucia nożem) . W tym klimacie, zwłoki podlegają nie tylko szybszemu rozkładowi ( pojęcie ciepły jak trup, jest tutaj pojęciem obiegowym) . Stanowią także obiekt ataku różnego rodzaju żyjątek.
Po konsultacjach z sąsiadami postanowili wykorzystać znajomego lekarza z miejscowego Zakładu Sadowego. Na szczęście był nim Polak. Z Zakładu przysłano służbowy samochód i zwłoki po południu zostały zabrane. Nie było zawiadamiającego, nie było wiec potencjalnego, wygodnego dla policji „sprawcy”
Nikt nie miał odwagi zadzwonić na policje i powiadomić o makabrycznym znalezisku. Policja bowiem najczęściej próbowała obarczyć sprawstwem zawiadamiającego. !
Po kilku dniach byliśmy świadkami podobnego zdarzenia. Kiedy przejeżdżaliśmy wolno przez miasto, zauważyliśmy dwie postaci leżące na skraju drogi. A także obserwowaliśmy, że ludzie idący ta stroną, przechodzili , dla ominięcia ciał, na przeciwległą stronę drogi, wracając na „swoja „stronę, po ominięciu feralnego miejsca. Oba ciała było mocno zakrwawione, Albo obaj zostali zabici przez osoby trzecie, albo zginęli w bratobójczej walce. Kiedy wracaliśmy po dwóch godzinach, sytuacja nie uległa zmienia. Następnego dnia ciał już nie było.
Plemienne obyczaje były także przyczyną próby linczu, na polskim inżynierze, którego poznaliśmy w trakcie pobytu. Pewnego dnia, pod samochód , który prowadził, wbiegła kilkuletnia dziewczynka.Był dzień targowy, ulica była mocno zatłoczona, Jechał bardzo wolno, więc dziewczynka nie doznała poważnych obrażeń. Za zranienie dziecka jest jednak jedna kara : lincz!
Inżynierowi dopisało szczęście. Całe zajście widział uzbrojony policjant kierujący niedaleko ruchem . Zanim policjant przy pomocy broni uspokoił napierający tłum , Polak zdołał się schronić pod samochodem. Policjant wezwał pomoc i wtedy , pod ochrona żołnierzy, mógł wydostać się spod samochodu.
Równie bezwzględnie traktowani są złodzieje. Targowisko w Jos było ogromne. Można było na nim kupić bardzo wiele artykułów, w tym także chińskich, amerykańskich, mniej europejskich. I wszystko, co było dostępne w Afryce, Targowisko zabudowane budkami, tworzącymi wąskie uliczki. Bardzo często stragany stały bez właściciela, który odwiedzał gdzieś swoich znajomych. To nie oznaczało, że jego stoisko nie miało ochrony. Wystarczyło, że na 3,4 stragany był jeden właściciel. On był ogniwem uruchamiającym alarm.
Jeśli złodziejem był człowiek spoza plemienia – karą , wykonywaną na miejscu , była śmierć nieszczęśnika. Jeśli sprawcą okazał się członek plemienia – oznaczało to wyrzucenie poza społeczność , czyli konieczność szukania miejsca i zaczynania życia od nowa w zupełnie innym regionie kraju. Często oznaczało to także powolną śmierć skazanego. Przypadki kradzieży w takich miejscach były więc bardzo rzadkie.
Oczywiście zakazy te nie dotyczyły, gdy ofiarą miał paść biały, bądź innego niż czarny, koloru skóry właściciel dóbr.
Zakup na targowisku to był rytuał negocjacji. Za zakupione tam pamiątkowe drobiazgi płaciłam zwykle 1/5 początkowej ceny. I obie strony były zachwycone.
Pewnego dnia postanowiliśmy wybrać się do małego sklepu w centrum miasta, w którym właściciel sprzedawał wyrabiane przez siebie , pamiątkowe rękodzieła. Kiedy przyjechaliśmy , sklepik był zamknięty. Następnego dnia –to samo. Okazało się, że dopiero za czwartym razem udało nam się zastać właściciela i dokonać zakupów.
Na pytanie dlaczego tak długo sklep był zamknięty- odpowiedział:
bo był klient , któremu sprzedałem kilka wyrobów.
Po naszej wizycie sklepik był zamknięty przez tydzień. Cóż, żył wg zasady: pracuję żeby żyć, nie żyję aby pracować.
Więzi rodzinne i plemienne były bardzo silne. Na wyjazd do szkoły np. do Jos dla wiejskich dzieci składała się wioska. Dzieci miały potem obowiązek , po podjęciu pracy, część swoich zarobków wysyłać do rodzinnej wioski. Na terenie campusu służącymi byli właśnie tacy reprezentanci wsi najczęściej. Ich miesięczne uposażenie wynosiło w granicach 40 naira.
Dla porównania pensja polskiego pracownika naukowego wynosiła ponad 2000 naira. Jego nigeryjski odpowiednik zarabiał ponad 4 000 naira (różnica wynikała z prowizji płaconych na rzecz Polservice) . Rektor czy dziekan zarabiał ponad 10 000 naira. Oprócz pensji pracownik miał tzw pełne utrzymanie w pracodawcy. 40 naira starczyło na wysłanie połowy do wioski, a z reszty :na zakupy ubioru i opłatę nauki zawodu .....
Piotr opowiadał, jak pracująca u nich dziewczyna , nie chciała jeść makaronu , oraz odmówiła jedzenia żółtego sera, uważając oba produkty, za trujące. Gustowała za to we „flying sousages”.Po deszczu, w fazie przepoczwarzania , larwy motyli wyrastały skrzydła . I wystarczyło zapalić jakieś światło, aby natychmiast tłumnie gromadziły się wokół niego. Były doskonale tłuste ...Należało tylko złapać, oderwać skrzydła i zjeść. Był to miejscowy przysmak dla tubylców zarówno w wersji soushi jak i smażonej w głębokim tłuszczu .W tej ostatniej formie miało to charakter wysokobiałkowych „frytek”.
Nie mieliśmy okazji obejrzeć na żywo z bliska tego rytuału, bo służąca miała wakacje, które spędzała w rodzinnej wiosce. Widzieliśmy jednak , polującego z zapałem na poczwarki , Bena, pracującego w sąsiednim domu , należącym do kameruńskiego ( z obywatelstwem niemieckim) ginekologa.
W okolicy wyjedzono wszystkie ichnemouny, Dlatego było dość sporo węży, zarówno kobry, jak niejadowite boa , czy pytony. Zresztą węże stanowiły także przysmak . Obserwowaliśmy często pracowników z campusu, którzy na poranny posiłek przynosili upolowane w okolicy wzgórz węże i piekli je na śniadanie na ognisku.
Praca służby polegała głównie na utrzymaniu porządku w domu i ogrodzie. Ogrody przydomowe były spore. Warunkiem ich użyteczności dla mieszkańców campusu, było częste i dokładne usuwanie trawy. Poza Kameruńczykiem , w którego ogrodzie rosła króciutko przystrzyżona przez Bena trawa, pozostali mieszkańcy mieli swoje przydomowe ogrody pozbawione jakiegokolwiek podłoża. Było natomiast sporo drzewek owocowych, w których przewodziły mango , papaja , granaty. Także krzewy kwiatowe. Ten system zapewniał dobre zabezpieczeniem przed zagnieżdżeniem się węży .A także pozwalał widzieć ewentualne miejsca pobytu skorpionów, których w tej okolicy było sporo.
Ani węże, ani skorpiony nie atakują człowieka. Natomiast w przypadku gdy czują się zagrożone (kiedy zbyt blisko się do nich podejdzie, bądź nastąpi na nie), oczywiście ukąszą. Dlatego po zmroku najlepiej mieć w ręku jakiś kij, którym się lekko uderza w ziemię, co wystarczy aby wstrząsy podłoża skutecznie je wypłoszyły.
Poza sporą grupą chrześcijan – katolików a także wyznawców Chrześcijańskiego Kościoła Afrykańskiego, dominowali jak muzułmanie. Szczególnie , kiedy opuszczaliśmy w ramach zwiedzania Nigerii , płaskowyż Dżos, i zjeżdżaliśmy na równinę nizinną , poza drastyczną zmianą klimatu ( większa wilgotność i temperatura wyższa o kilka stopi Celsjusza) , zmienionym krajobrazem ( więcej drzew ) zmieniała się architektura zabudowań wiejskich.
Dominowały muzułmańskie siedliska. Domy otoczone były glinianym ogrodzeniem .Zbudowane z gliny , bydlęcego łajna , z dachem z liści palmowych .
Zwykle główny budynek , największy stanowił domowy magazyn żywności i był własnością męża i ojca rodziny. Koliście otaczały go mniejsze domy, w którym mieszkały zwykle cztery żony (każda ze swoimi dziećmi miała oddzielny dom). W siedlisku mieszkały także zwierzęta hodowlane. Ideałem były cztery żony, ale nie każdego było stać na kupno” pełnego zestawu. „
To żony głównie pracowały w polu i uprawiały warzywa. Dlatego chętnie widziały następne ręce do pomocy w utrzymaniu gospodarstwa. Gospodarz także pracował , ale głównie przy zasiewie i pracach z użyciem bydła. Praca w polu w tej temperaturze , w najczęściej wysuszonej ziemi, nie była łatwa.
W trakcie któregoś wyjazdu, Leszek próbował sfilmować z samochodu grupę malowniczo wyglądających kobiet , niosących na swoich głowach ogromne , płaskie naczynia , wypełnione produktami rolnymi. O mało nie skończyło się to kraksa samochodową, ponieważ zostaliśmy obrzuceni kamieniami . Nadal istnieje tam przesąd, ze biały używa aparatu fotograficznego lub kamery w celu odebrania fotografowanym obiektom ,ich duszy.
W pobliżu miast, ale także na poboczach głównych dróg między poszczególnymi stanami , stoi bądź leży pełno wraków samochodowych. Najczęściej pozbawione kół, foteli. Niektóre z powycinanymi płatami blach. Usunięto z nich wszystko to co nadaje się do użycia. Opony samochodowe to główny surowiec do wyrabiania butów w formie tzw japonek . Fotele to meble do domów. Blachy, można wykorzystać jako element budowlany w domu. Szokująca była ilość tych wraków.
Otóż sporo z nich, to pozostałości po samochodach należących do białych mieszkańców , którzy kiedyś tutaj mieszkali ( do alt 1960 był to protektorat brytyjski). Ale także samochody miejscowego estabilishmentu. Który – z braku funkcjonujących serwisów , porzuca swoje niesprawne pojazdy i kupuje nowe, jeżdżące....
W Josie jest kilka stacji benzynowych. Podobnie jest w pozostałych miastach. Ale na drogach międzystanowych królują :bush-stacje”. Bush- stacja to kilka beczek z ropą lub benzyną. Dostawcami są ci sami kierowcy cystern, którzy wożą paliwo do regularnych stacji benzynowych. Właściciel beczek ma do dyspozycji wiadro do nabierania paliwa oraz lejek do nalewania do baku.
Często czynność napełniania wiaderka oraz nalewania do samochodu ,wykonuje z papierosem w ustach. Na nasze pytanie, czy nie boi się ,że spowoduje wybuch albo pożar-popatrzył na nas ze zdumieniem i powiedział : nikt mu nigdy nie mówił, żeby widział, że od papierosa beczka z paliwem wybuchła..
No tak, na takie dictum nie mieliśmy argumentu.
Przy każdym wyjeździe poza Jos praktycznie ograniczaliśmy się do tankowania na bush stacjach. Tak się składało, że dojazd do profesjonalnej stacji oznaczał nadrabianie od kilkunastu do ..kilkudziesięciu km.
Przed naszym przyjazdem doszło do kolejnej zmiany, oczywiście na drodze wojskowego puczu, władzy. Prezydentem kraju został generał Buhari ( pisałam w pierwszym odcinku),Jednym z pierwszych jego zarządzeń było wstrzymanie wymienialności naira i wymiana pieniędzy. W związku z manipulacjami, które polegały na tym, że bogaci, skorumpowani urzędnicy i miejscowi biznesmeni a także członkowie poprzednich władz posiadali ogromne ilości naira do wymiany,( które nie mogły być wymienione osobiście przez nich), wykorzystywali do tego celu biednych mieszkańców wiosek. Za taką usługę ,” słupek bankowy” dostawał kilkadziesiąt naira . Proceder ten funkcjonował przez kilka dni, zanim władze zorientowały się, ze biedni nigeryjczycy wymieniają nagle po kilka tysięcy naira.
Wydano natychmiast nowe zarządzenie, ograniczające jednorazową wymianę do kwoty 1000 naira na osobę. Co z kolei powodowało, ż e „bankowe słupki” były rozwożone po różnych bankach, gdzie w bardzo długich kolejkach stali po dwa, trzy dni aby dokonać wymiany dla swoich mocodawców. Należy zaznaczyć, że Nigeryjczycy nie mieli żadnych dokumentów tożsamości.! Mogli więc swobodnie powtarzać czynność wymiany do immentu.
Kolejnym rozporządzeniem ustalono, że każdy Nigeryjczyk z prowincji będzie otrzymywał pieczęć na ręku (zmywalną po miesiącu) ,a kwotę wymiany ograniczono do 700 naira. Bogacze Nigeryjscy masowo usiłowali wwieźć do kraju, naira wywiezione głównie do Londynu. Sensacje wzbudziła informacja w miejscowej prasie, że w samolocie , który przyleciał do Lagos znaleziono 3000 000 „bezpańskich” naira. Z opisanych powodów utworzono w całej Nigerii na drogach mnóstwo wojskowych „check-pointów” W rejonie Jos było ich kilkanaście. Na każdym z nich stacjonowało sporo wojska. Bardzo dokładnie sprawdzano samochody , bagażniki. Nierzadko dochodziło do kontroli osobistej. Zagraniczni pracownicy mogli wymieniać i pobierać nowe pieniądze w wielkościach nie większych niż 100 naira . Z tego powodu , kilkakrotnie Piotr z Leszkiem musieli udać się Banku.
Jedna z wypraw po pieniądze , okazała się bardzo stresująca. Po sprawdzeniu dokumentu stwierdzającego zatrudnienie, Piotr został przepuszczony przez wojskowego specjalnym extra wejściem do banku. Idący za nim Leszek został zatrzymany przez innego wojskowego, który przyłożył mu lufę kałasznikowa do pleców i kazał pokazać dokument upoważniający do wymiany. Kiedy usłyszał ,ze ma tylko paszport, zaczął wrzeszczeć i popychając karabinem, kierować Leszka w stronę budki strażniczej. Krzyk usłyszał na szczęście Piotr i wrócił , ratując Leszka z opresji. Broń żołnierze nosili zawsze w ręku, gotowa do strzału. I nigdy nie było wiadomo, czy nie wypali ona na przykład przez „przypadek”.
O „przypadkowych „zdarzeniach tego typu, można było dla przestrogi poczytać w miejscowej prasie. c.d.n



Komentarze
Pokaż komentarze (3)