Przygody z fauną. Przygody z ludźmi. Dżungla u źródła rzeki.
W kilka dni po przyjeździe postanowiliśmy zażyć kąpieli słonecznej . Ponieważ słońce operuje bardzo mocno, opalanie powinno mieć miejsce rano do godziny 10.
Do ogrodu prowadził wewnętrzny taras, z trzech stron ograniczony murem. Z tarasu do ogrodu, schodziło się po 4 schodkach ,przy których stały kolumny.
Na tarasie tak jak w domu. Prosty stół drewniany, a obu stron którego stały dwie proste ławki.Któregoś dnia rano położyliśmy się na nich .Po 10 minutach Lesio miał dość. Spłynąszy potem poszedł do łazienki pod prysznic. Ja postanowiłam podpiec drugą stronę ciała, położyłam się zatem na ławce na brzuchu, nogi wysuwając poza obręb tarasu , nad ogród. Bez przerwy musiałam nimi poruszać , odganiając Bardzo kąśliwe ,malutkie sun flies.
Zapaliłam papierosa. I w pewnym momencie, kiedy strzepywałam popiół do popielniczki, kątem oka zobaczyłam wśród pnącego groszku przy kolumnie (jakiś 1 do 1,5 m ode mnie) coś obłego, sterczącego pionowo spośród drobnych kwiatów ..pierwsze skojarzenie to jaszczurka, potem kretyńskie ..węgorz...i właściwe : wąż! Błyskawicznie wstałam z ławki i pobiegłam do Leszka. Tam wyszeptałam: przy tarasie jest wąż..
Gdybym krzyczała, traciłby czas na pytania. A tak wyjął spod łóżka maczetę i wyszedł na taras. Wiedzieliśmy od Piotra, że jeśli znajdzie się w pobliżu domu wąż, to należy go zabić. Najprawdopodobniej posiada bowiem gdzieś gniazdo w pobliżu i będzie stanowił zagrożenie. Nasz wąż w tym czasie pełzł przez ogród i skrył się w rowie , przy żywopłocie stanowiącym naturalne ogrodzenie . Kiedy Leszek zbliżył się i uniósł maczetę – waż podniósł się , a jego trójkątny łeb dowodził, że jest to najprawdopodobniej kobra. Leszek wycofał się .
Poprzedniego dnia dowiedzieliśmy się ,że w sąsiadującym domu w ogrodzie ginekologa, jego służący Ben zabił sporą kobrę plujkę. Normalnie wąż jest groźny w ataku mniej więcej na 1/3 długości ciała. Czyli zwykła kobra była w zasięgu ponad metrowej maczety Leszka. Ale nie w przypadku kobry plujki, która potrafi bezbłędnie trafić jadem w oczy przeciwnika na odległość 3 m!
Leszek zawołał do pomocy nigeryjskich strażników ,strzegących sąsiadującej od zachodniej części domu, rezydencji nigeryjskiego rektora Uniwersytetu. Była tam ich cała grupa, która rano z kijami obchodziła teren ogromnego ogrodu i ubijała węże (potem je zjadali) , a później „rozgrzewali” silniki kilku limuzyn należących do szefa. Na wszelki wypadek, bo nie wiadomo było, na który samochód się zdecyduje...J
Powiedzieliśmy, że chcemy , aby unicestwili kobrę. Pokazaliśmy też miejsce , w którym ostatnio ją widzieliśmy. Wpełzła gdzieś pod tank z wodą przy domu . Strażnicy z długimi kijami bardzo szybko wydobyli spod tanku....niewielkiego, około 1.5 metrowego pytona. Rozległ się śmiech strażników: Stupid Bature(biały) to nie jest kobra...
Już chcieliśmy się zarzekać, że nie było na pewno pomyłki, a ten wąż jest extra, ale w tym momencie zza tanku, wypełzła gotowa do ataku kobra, ratując nasz honor. I wtedy szok. Jeden ze strażników podniósł kij , a kobra wykonała imponujący skok do góry.. Uderzyła jednak w daszek nad tankiem i ogłuszona padła do stóp strażników, którzy szybciutko ją unicestwili. Adrenalina podskoczyła także tubylcom.
Okazało się, że kobrę podrażniły ruchy moich nóg. Podniosła się, ale na szczęście w pewnej od nich odległości . To dało mi czas na bezpieczny odwrót.
Zanim usiadłam z kawą ponownie przy stoliku na tarasie, zarządziłam sprawdzenie tego, co jest pod ławkami. I słusznie. Po jedną z nich tkwił spokojnie okazały skorpion.
Wyprawa do buszu.
Na obrzeżach miasta zachował się spory kawałek buszu. Pojechaliśmy całą ekipą. Przed wjazdem do bardziej zadrzewionej części , zebrałam z ziemi parę owoców dziko rosnących pomarańczy.Przy wjeździe była tabliczka z informacją, że nie należy opuszczać samochodu, z uwagi na niebezpieczeństwo ataku zwierząt.
Zastosowaliśmy się do ostrzeżenia w pierwszej fazie. Kiedy jednak dojechaliśmy do sporej polany, zakończonej dość głębokim, niedużym wąwozem, z którego drugiej strony stało stado słoni- uznaliśmy, że tutaj jest na tyle bezpiecznie, że ostrzeżenie nie musi być stosowane rygorystycznie.
Podeszliśmy do skraju wąwozu ,żeby sfotografować i zrobić film słoniom. Jedna ze słonic, wyciągnęła w naszym kierunku trąbę, zaczęła się zabawnie kołysać ...wtedy rzuciłam w jej kierunku pomarańcz. Słonica złapała , inne słonice podeszły bliżej, I też wyciągały trąby .Pomarańcze skończyły się błyskawicznie. Kolejny „taniec proszący” i wyciąganie trąby – musiały pozostać bez echa. Wtedy jedna ze słonic, „przejechała” trąbą po ziemi i nagle rzuciła w naszym kierunku sporej wielkości kamień. Celowała w Lesia, tylko jego refleks i gwałtowne uchylenie się spowodowało, że nie udało się rozzłoszczonej słonicy zrobić z jego nosa tzw pędzla... Pozostałe słonice poszły w ślady pierwszej..
Szybko uciekliśmy do samochodu i odjechaliśmy, przy akompaniamencie trąbiących słonic. Wróciliśmy do campusu, ponieważ Piotr miał tego dnia po południu spotkanie z jednym ze swoich 2 doktorantów. I wtedy spadł pierwszy deszcz, przepowiadający zbliżającą się porę deszczową.
W zasadzie była to ściana deszczu. Mimo ,iż byliśmy już na terenie campusu, musieliśmy na moment przystanąć. Po prostu miało się wrażenie, że ktoś wylewa bezpośrednio na szyby wiadra wody. nie było widać nic. Te pierwsze deszcze, trwają zwykle krótko . Mimo to, Piotr nie pojechał na uczelnię, bo doktorant , który dojeżdżał na motorze , nigdy nie pojawiał się jak padało.
Targ spożywczy.
Jak wspominałam, Polacy w Nigerii sami wyrabiali wędliny. Mieli też swoich dostawców mięsa, co do których zachodziła pewność ,że mają mięso ze świeżego uboju. Targ spożywczy zlokalizowany był na obrzeżu miasta. Stragany z mięsem były usytuowane niedaleko drzwi wielkiej ubojni. Prosto z uboju, właściciel „tuszy’ przynosił ją na swój stragan, tam dokonywał podziału i sprzedawał.
Kiedy dochodziliśmy do strefy straganów, dotarł do nas dziwny hałas. Prędko przekonałam się, że sprawcami są sępy. Były ich setki. Siedziały na falistych blachach , w oczekiwaniu na okazję do porwania połaci mięsa. Właściciele straganów odganiali je kijami bądź maczetami. Jeśli któryś z sępów, kradnąc łup, zbyt długo zabawił w ich zasięgu , sam padał ofiara. Nierzadko potem kończył garnku tubylców. Mimo, iż podobno sępie mięso jest bardzo łykowate.
Po drodze do zaprzyjaźnionego sprzedawcy, mijaliśmy innych, którzy cierpliwie odganiali od swojego mięsa ,roje much. Dotarliśmy do właściwego stoiska. Zastaliśmy właściciela przy podziale tuszy. Poprosiłam o wołowinę bez kości (tzw zrazówkę) oraz mięso z kością. To ostatnie na okoliczność planowanej przeze mnie do ugotowania ,zupy cebulowej .Nigeryjczyk bardzo sprawnie odciął maczetą wskazane mięso. Kiedy zapytałam o cenę- podał mi chyba 20 naira.
Zostałam wcześniej pouczona, że jeśli mięso jest danego dnia w cenie podzielnej przez 2 , można kupować w odcinkach nierównych (np2,5 kg) .Jeśli nie –trzeba kupować „okrągłe” kilogramy.
Zapytałam po ile liczył mięso z kością- odparł, że normalnie, czyli w cenie zrazówki.
Powiedziałam : musisz mi opuścić cenę , bo to jest mięso z kością.
Zdziwił się : no to co? J
a na to: to jest mięso na zupę, nie do jedzenia, kości się nie je!
I wtedy Nigeryjczyk odłupał maczetą kawałek kości i pogryzł na dowód, że nie mam racjiJ Od znajomych dentystów , którzy wyjeżdżali do pracy do Afryki, dowiedziałam się później , że Murzyni mają niesłychanie mocne, solidnie ukorzenione zęby. Wyrwanie takiego zęba to nie lada sztuka.. Dlatego po konsumpcji drobiu nie zostawiają nic.
Przygotowana przeze mnie zupa cebulowa , w tamtym klimacie była posiłkiem wyraźnie nietrafionym. Płynęliśmy wszyscy potem w trakcie kolacji .Nieco ratowało nas lokalne , schłodzone piwo ....
Piwo także okazało się jedynym skutecznym lekarstwem, na objawy ,których się Lesiu nabawił się z powodu wstrętu do potu.
Otóż mój maż wymyślił, że jak nie będzie bardzo dużo pił, to się i pocić nie będzie. Logiczne. Więc pił mało. Aż do dnia , w którym zaczął się zataczać w biały dzień. Bez przyczyny . Lekarz , który go zbadał postawił diagnozę: udar cieplny organizmu.
Wspólnie udaliśmy się na leczenie przypadłości do Klubu na terenie campusu. Lesio przypadłość leczył, a reszta jej „zapobiegała”.
Czekaliśmy na dzień , w którym Piotr będzie miał wolne dwa dni. Planowaliśmy bowiem wyprawę 300 km wgląd lądu , do źródła rzeki, płynącej na terenie parku krajobrazowego Yankari .
Miejsce to stanowiło cel wycieczek zarówno nielicznych obcokrajowców jak i miejscowego estabilishmentu. Można tam było wynająć mały , drewniany domek i spędzić kilka dni w jednym z niewielu miejsc, gdzie można się było wykąpać w bezpiecznym kąpielisku, jakie utworzyło się przez zamknięcie ogrodzeniem (siatka) szeroko wypływającej spod skał, podziemnej rzeki. Można tam było kupić jedzenie w miejscowej restauracji , ale doświadczenia z poprzednich wycieczek i biegunka spowodowały, że Ala zarządziła ,iż pojechaliśmy z własnym prowiantem. Na miejscu kupowaliśmy tylko zamknięte napoje.
Droga nie była zła. Jednakże spotkała nas przykra niespodzianka, ponieważ nie widzieliśmy żadnej bush-stacji. Niestety też , jedyna stacja benzynowa państwowa, nie miała paliwa. Przy okazji dowiedzieliśmy się, że w całym stanie Bauchi nie znajdziemy bush-stacji, bo poprzedniego dnia gubernator stanu zdelegalizował czasowo ich funkcjonowanie z powodu wizyty prezydenta Buhari.
Zareagowaliśmy z typową dla tubylców beztroską : jakoś to będzie. Liczyliśmy, ze może uda nam się kupić paliwo na trenie kąpieliska Yankari bądź parku .
Wjechaliśmy do parku. Przejechaliśmy ponad 25 km w buszu . Wyraźnie musiało być w tym rejonie więcej deszczu, bo było też o wiele więcej świeżej zieleni niż w Plateau. Nie udało nam się zobaczyć lwów, ale widzieliśmy żyrafy i antylopy. Małpy w zasadzie były wszędzie w Nigerii, więc nie stanowiły wielkiej atrakcji. Dojechaliśmy do terenu domków i restauracji. Samochód zostawiliśmy na parkingu .
Dalej poszliśmy w kierunku wierzchołka wzniesienia , na którym posadowiona była restauracja. Kiedy spojrzeliśmy w dół...zobaczyliśmy odbicie „cukrowanej” pocztówki z tropiku. W dole płynęła rzeka. O idealnej przejrzystości. Szerokim strumieniem wypływała spod wapiennych skał.
Od strony naszego wzgórza do brzegu rzeki ,rosły typowe dla sawanny krzewy ,niewysokie drzewka i palmy. Drugi jej brzeg był porośnięty bujną roślinnością dżungli , z lianami i gałęziami palm zwisającymi wprost do wody. Soczysta zieleń dżungli. Białe skały, błękitny odcień wody .Bajka.
Kąpiel była rozkoszą. Ciepła woda, z bąbelkami . Od strony wzgórz i domków, brzeg wybetonowany jak na basenie. Niestety , widać było ,że od czasu, gdy zarządzali tym miejscem Anglicy, nakładów raczej nie czyniono. Drugi brzeg – to dżungla.
Silny prąd rzeki skutecznie zabezpieczał przed krokodylami.Jednak 200 m dalej, za siatką , można je było zobaczyć.
Pobyt w wodzie miał jeszcze jedną zaletę – można było odpocząć, od widzianych teraz z wody- baboonów , czyli pawianów. Były ich całe stada. Zabawne z odległości małpy potrafiły mocno dać w kość. Dosłownie tez.
Piotrowi babooon usiłował wyrwać torbę z piciem i ciastkami – w trakcie szarpaniny dość mocno go podrapał. A ranki zadane przez małpy potrafią się goić bardzo długo...
Kiedy po kąpieli, siedzieliśmy sobie na lunchu w restauracji ,na teren parku przyjechała rządowa delegacja z prezydentem Buhari. Od siedzących obok Francuzów, dowiedzieliśmy się o zuchwałej kradzieży, jaka miała miejsce godzinę wcześniej. Otóż do domku , w którym mieszkała jedna z Francuzek –wdarły się pawiany. Porwały torebkę, w której miała paszport i uciekły do dżungli...
W skorumpowanej Nigerii oznaczało to poważne kłopoty i poważne wydatki..
Rządowa delegacja okazała się naszym wybawieniem . Na parkingu , na dygnitarzy , czekali kierowcy. Za kilka naira , nalali nam 3 litry paliwa, umożliwiające wyjazd z parku i poszukiwania paliwa w ilości wystarczającej do powrotu do domu.
Na check –point przy wyjeździe powiedziano nam, że można kupić paliwo w niedalekiej wiosce. Drogę do wioski miał nam pokazać chłopiec, które zabraliśmy do samochodu. Wg jego wskazówek, zjechaliśmy z głównej drogi, skręcając w drogę ubitą poprzez busz. Po kilku kilometrach dojechaliśmy do wioski. Krótkie negocjacje i panowie wsiedli z dwoma tubylcami do ich półciężarówki i odjechali po paliwo.(beczki zakopane były w buszu)
Ala z Asia i ja zostałyśmy na skraju wioski. Po chwili otoczone byłyśmy dziećmi .Kobiety przyglądały nam się z oddalenia. Niezbyt pewnie czułyśmy się , bo nikt nie kwapił się do rozmowy. Dzieci również.
Panowie szczęśliwie wrócili z pełnymi kanistrami . Mogliśmy wracać. Na głównej drodze międzystanowej jednak zatrzymali nas niepsodziewanie wojskowi. Kazali zjechać na pobocze i czekać.
Po mniej więcej 20 minutach wyjaśniło się dlaczego nie pozwolono nam jechać : od strony Yanakari zbliżała się duża kolumna samochodów . To wracał prezydent Buhari i gubernator stanu Bauchi. Kolumnie cywilnych samochodów towarzyszyły ciężarówki, wypełnione żołnierzami, z karabinami ,tradycyjnie w ręku, gotowymi do strzału.
Nie zdążyliśmy wrócić prze zmrokiem. Nie jechaliśmy jednak w ciemności bo, jak okiem sięgnąć ,niebo rozjaśniało się od ogromnej ilości wyładowań. Niesamowity to był widok. Jakby natura zapaliła światła wzdłuż drogi.
I wtedy zostaliśmy zatrzymani przez patrol wojskowy. Czterech , bardzo czarnych Nigeryjczyków, z twarzami z plemiennymi ‘sznytami” na twarzy zapytało , ile mamy ze sobą pieniędzy i czy nie mamy „black money”. Mężczyznom kazali wysiąść z samochodu , ustawiając ich jak na amerykańskich filmach w rozkroku, z rękami położonymi na maskę samochodu .Lufy karabinów przystawili do pleców. Jeden z pozostałych latarką oświetlił naszą trójkę i wnętrze samochodu , pytając groźnie : gdzie macie ukryte pieniądze? Mówcie!
Odpowiedziałam ,że my nie mamy żadnych pieniędzy, bo jesteśmy biedne .Nasi mężowie nam nic nie dają. Wszystko sami wydają na piwo... okazało się, ze odpowiedź ich serdecznie rozbawiła. Zaczęli się śmiać, że oni wiedzą, że biali mają pieniądze -bo muszą mieć. Ale to jest świetny żart. Zaczęli poklepywać naszych mężczyzn po plecach, że są ok. ...
I puścili nas bez problemu dalej.
**************************
Mimo, iż Nigeria daleko odbiegała o wizji Afryki , jaką miałam przed przyjazdem na kontynent, zapadła głęboko w nasze serca.Ten spokój. Brak pośpiechu. Murzyni, którzy będąc gospodarzami , traktowali nas jak gości,Oczywiście, ci normalni Murzyni. Z wiosek wokół Jos, pracownicy uniwersytetu. Ludzie w sklepach czy na targu.
Dla których czas na zegarku się nie liczył. A zwykłe problemy codziennego dnia , które nas mogły wyprowadzić z równowagi : powodowały u nich filozoficzne podsumowanie i wyjaśnienie; this is Nigeria , you see,
I nie mamy z Leszkiem wątpliwości, że to ta wizyta spowodowała nasze późniejsze, wielokrotne wyprawy do Afryki.



Komentarze
Pokaż komentarze (2)