Przy wieczornym ognisku padła zaskakująca propozycja od naszego przewodnika. Otóż okazało się ,że po zakończeniu naszej podróży, razem z trójką Niemców i Indianami , udają się na poszukiwanie złota i diamentów.
Oficjalnie jest to tracking, ale de facto Indianie, którzy mają do tego prawo, ruszają na poszukiwania , nasz przewodnik razem z towarzyszami podróży będzie turystycznie „spacerował” z nimi. Kolejne trzy dni, tym razem w poszukiwaniu złota...
Gdyby nie ściśle zaplanowana kolejna podróż nie sądzę ,żebyśmy ochoczo nie powędrowali z nimi.. Nikt przecież nie mógł nas zmusić do odpoczywania na Margarita , a samolot powrotny mieliśmy dopiero za 11 dni.
Niestety, byliśmy bez szans komunikacyjnych, aby przesunąć naszą wyprawę po Orinoko...Wzięliśmy namiary na przewodnika, umawiając się ,ze może kiedyś w przyszłości uda nam się realizacja i takiej przygody.( mam nadal wizytówkęJ- a nuż się przyda?)
Pobudkę tym razem zrobiły ary do spółki z kogutami. Zaiste, ciekawa orkiestra. Śniadanie zjedliśmy przy dużym stole razem z rodziną naszego Indianina. Smak ananasów , przyniesionych prosto z „ogrodu” gdzieś kołacze się nadal w pamięci.(żołądka i podniebienia)
Ostatni odcinek rzeką Caroni. Tym razem dwukrotnie musieliśmy opróżnić łódź całkowicie. Lekkie canoe , bez bagażów ,spokojnie było przepychane przez Indian , którzy tak jak my, kierowali się do Misji. Ostatni deszcz i ostatni prysznic z bryzgu fal. Przed nami ukazała się zabudowa Misji.
Misja składała się z Kościoła, szpitala (jedynego w okolicy) ,lądowiska dla lekkich samolotów szkoły ponad -podstawowej. Oczywiście były też domy dla tubylców i pracowników Misji, plebania. A także sklep, w którym można było zrobić pierwsze od kilku dni zakupy. Z czego skorzystaliśmy skwapliwie , głównie przy zakupie czekoladekJ W pobliżu było sporo zadaszonych wiat, dla przypływających na święta Indian. Na zwiedzanie Misji nie mieliśmy czasu ponieważ ostatnia przeprawa zajęła nam go bardzo dużo .
Pożegnaliśmy się z towarzyszami podróży, życząc im obfitych zbiorów (z lekka zazdrością) Czekał na nas nowy przewodnik i Jeep, którym ruszyliśmy w drogę do Pueblo de Cavac.
Droga byłą dość kiepska, ale zarówno kierowca jak samochód zdali egzamin. Nasze żołądki też. Zatrzymaliśmy się na chwilę przy małej plantacji bananów i ananasów. Oczywiście z konsumpcją na miejscu.
Zarówno banany w Afryce jak i tutaj mają niewiele wspólnego z bananami z bananowców lokalnych. Duże, żółte banany mają tutaj charakter „przemysłowy” i użwyane sa głównie do pieczenia. Banany do jedzenia są małe, ciemnożółte, (bardziej nawet brązowawe ) , są słodkie i smakują jak ambrozja.
W pewnym momencie, tuż przy drodze zobaczyliśmy wrak Dakoty. Samolot miał ponad 40 lat. Charakterystyczne jest to, ze nie został rozkradziony na części. Po przejechaniu kilku kilometrów wśród sawanny, zobaczyliśmy z oddali niesamowity widok. Ciąg niezbyt wysokich, ale niesłychanie szerokich wodospadów. To nieodległa Canaima falls. Pełen urok tych wodospadów mogliśmy ocenić lecąc nad nimi.
Dojechaliśmy na miejsce kolejnego noclegu. To była wioska Kavak (Cavac). Mimo , iż była tam restauracja, w której serwowano proste, ale w miarę „normalne” posiłki, nocleg był standardowy.Tyle ,że miejsce palmowych wiat , zajęły betonowe, prostokątne boksy w których były słupy do przywiązywania hamaków. Podłogę stanowiło klepisko.
Po lunchu wybraliśmy się do jaskini Guayaraca. Przewodnik mówił o niej : szmaragdowa jaskinia. Ten przydomek jaskinia uzyskała od lśniących szmaragdowym blaskiem ścian. Na krótką (ok.2 km) wyprawę przez sawannę wyruszyliśmy z kostiumami kąpielowymi, ponieważ wejście do samej jaskini znajdowało się w rzece.
Wędrówka w upalnym słońcu dała nam się szybko we znaki. Na brzeg niewielkiej rzeki, płynącej w zielonym wąwozie , dotarliśmy mokrzy od potu. Zeszliśmy na brzeg rzeki, przebraliśmy się w kostiumy . Nurt rzeki był rwący. Dlatego przewodnik zamocował linę, przy której mieliśmy iść przez kilkadziesiąt metrów, a potem płynąć kawałek do środka jaskini. Dno rzeki było bardzo kamieniste.
Weszłam, noga osunęła mi się gwałtownie z kamienia i przeszył mnie piekielny ból kręgosłupa. Próbowałam przejść jeszcze kawałek, ale bezskutecznie. Ból był paraliżujący.Cóż było robić...Musiałam zostać nad rzeką. Nie mogłam narazić reszty grupy na atrakcje w postaci np. wzywania helikoptera po mnie. Miałam jak zwykle leki przeciwbólowe i czas potrzebny, aby zadziałały. Pomachałam dziarsko ręką na „ do zobaczenia” . Jak tylko znikli mi z pola widzenia , odpuściłam sobie.
Moczyłam nogi w rzece i ryczałam z bezsilności. Nawet nieźle mi z tym płaczem szło , bo kiedy wracali podobno miałam jeszcze spocone oczy.
Urok jaskini poznałam zatem z opowieści , zdjęć i filmów. Wejście było z rzeki, w pewnym momencie trzeba wpłynąć pod wodą . W końcu jaskini jest komin , przez który wpada światło słoneczne . To ono, wraz z zielenią rosnąca przy kominie , nadaje niezwykłą barwę wodzie i ścianom. Przez komin do jaskini spada mały wodospad. Na końcu wpisu znajdują się linki do wszystkich , opisywanych przeze mnie miejsc.
Tej nocy mieliśmy toaletę z prawdziwego zdarzenia. Prysznice i ubikacje, które oddzielone były niewysokimi, betonowymi przegrodami. Spora przestrzeń wolna od ziemi. Na szczęście dla mnie. Bo jak weszłam do ubikacji, to skorpion miał gdzie uciec. Gdyby nie było ażuru, musiałabym uciekać ja. Mimo niejakiej wprawy, Staszek, który chciał szybko odpocząć w hamaku ,wylądował –ku naszej wrednej uciesze- z wdziękiem słonia na klepisku.
Ostatnia noc na Wyżynie. Rano pakowanie i zaraz po śniadaniu udaliśmy się na lądowisko. Czekał już niewielki Peiper i ....ponad stukilogramowy Wenezuelczyk (Metys). To dlatego zostaliśmy ostrzeżeni, że nie wolno nam wziąć więcej jak 10 kg do samolotu.. Leszek przytomnie zauważył, że pilot ma około 50-tki, wiec musi mieć duże doświadczenie.
Niestety, czytaliśmy ,że w tym rejonie rozbijają się samoloty z turystami...Pisałam wcześniej o charakterystycznym zjawisku chmur znikąd. Tworzyły się jakby z niewidocznej strony tepui, nagle ogarniając wierzchołek i wszystko co się znajdowało z drugiej strony. To takie niespodziewanie pojawiające się chmury były najczęściej przyczyną wypadków.
Pilot rozsadził nas wedle wagi. Tak wiec obok pilota, Staszek.Za nimi Lidka i Leszek, a w luku bagażowym: (sic!) bagaże, Dorotka i ja. Staszek z Leszkiem mieli robić zdjęcia, a ponieważ ja miałam największe obawy , zostałam zobowiązana do kręcenia filmu .
Muszę przyznać ,ze dość skutecznie pokonałam strach, koncentrując się na filmowaniu. Wystartowaliśmy. Samolot leciał w kierunku tepui Auyan. Pilot obiecał, że pokaże nam Salto Angel. Pod nami wijąca się rzeka i dżungla. Po chwili lecieliśmy nad Churunu , z której musieliśmy się wycofać płynąć łodzią. a na wprost nas Auyan.
Ponieważ wodospad jest schowany jakby we wnęce góry , trzeba bardzo blisko podlecieć samolotem, aby zobaczyć go w całej krasie. Pilot podlatywał pod wodospad trzykrotnie(czyli dopóki nie uzyskał zapewnienia, że został nakręcony film i zrobiliśmy udane zdjęcia). Ja gwarantowałam mój film już za pierwszym podejściem, ponieważ nagłe „podrywanie” samolotu lecącego wprost na skalną ścianę nie należało do bezstresowych...
Wrażenie jednak były wielkie. Początkowa struga wody, spadała na dół chmurą kropli , finalnie tworząc rzekę, który wartkim nurtem zanurzała się w dżungli. Następnie przelecieliśmy nad wodospadami Canaima. Tam pożegnaliśmy tepui i Wyżynę, lecąc nad llanos do Ciudad Bolivar.
Lądowaliśmy na jakimś niedużym , trawiastym lądowisku. Tam czekał na nas kolejny przewodnik, tym razem Indianin z plemienia Warrao. Jak się okazało, nasz przewodnik mówił tylko po hiszpańsku, Po angielsku znał kilka słów. Ale dowiedzieliśmy się, że nad Orinoko będzie miał kolegę , który mówi po angielsku .Czyli,że będziemy mieli przewodnika i tłumacza.
Przesiedliśmy się do kolejnego Jeepa. Zanim jednak dotarliśmy na miejsce, nasz Indianin zatrzymał samochód u swojego znajomego na małej farmie. W zdumienie wprawiły nas chodzące swobodnie po podwórcu kapibary. Te wielkie stworzenia z rodziny gryzoni, mają szorstką sierść i nie wykazują lęku . Można je było spokojnie pogłaskać.
Dojeżdżamy do rzeki , gdzieś poniżej Ciudad Bolivar. Przesiadamy się na łódź, gdzie rzeczywiście czeka na nas kolejny Indianin Warrao, mówiący przyzwoitym angielskim .Od niego dowiadujemy się, że popłyniemy prosto do lodge, w której będziemy nocować. Że płyniemy Orinoko w kierunku delty , czyli w kierunku Ciudad Guyana. Że dzisiaj jedynie możemy sobie popłynąć na oglądanie ptaków przez zmierzchem, a od rana wypływamy na cały dzień na Orinoko.
Docieramy do bardzo wysokiego pomostu przy rzece. Na nim widać drewniane domki . A w dole pomost do cumowania łodzi. Indianie zabezpieczają motorówkę , a my wchodzimy do góry. Recepcja jest w restauracji . Dostajemy klucze do dwóch domków ( jest ich w sumie nad rzeką kilkanaście). Domki z moskitierami zamiast szyb. Wewnątrz , szerokie łoże , przykryte gęstą moskitierą. Jakaś szafka, ubikacja. Wracamy z powrotem do restauracji , po drodze mijając trzy prysznice, stojące na pomoście . Prowadziły do nich drzwiczki w stylu saloonu. Odpływ oczywiście miedzy deskami pomostu do rzeki. Podobnie jak w ubikacjach w naszych domkach.
Po późnym lunchu wsiadamy do sporej łodzi ,z rozłożystym dachem u góry. Ruszamy na podbój Orinoko.c.d.n.
http://www.panoramio.com/photo/7487416 JASKINIA
http://www.panoramio.com/photo/7487739 caroni
http://www.panoramio.com/photo/7487788 wioska z lotniskiem obok jaskini
http://www.panoramio.com/photo/7487764 salto angel
http://www.panoramio.com/photo/7487761 tepui
http://www.panoramio.com/photo/5508279 wodospady canaima



Komentarze
Pokaż komentarze (3)