1maud 1maud
148
BLOG

Wenezuela.Rio Orinoco cz. 4

1maud 1maud Kultura Obserwuj notkę 2

   Do łodzi zabraliśmy peleryny. Ponieważ  był dzień i nigdzie nie było widać komarów, nie zabezpieczaliśmy się przeciwko nim.(witaminka b była wzięta, ale nie użyliśmy  żadnych smarowideł) .   

    Mieliśmy popłynąć w kierunku delty , po drodze oglądając dżunglę, ptaki oraz siedliska Indian Warrao.   Na rzece nie było specjalnego ruchu .Jednakże , w przeciwieństwie do Caroni , można było zobaczyć płynaće większe łodzie  z Wenezuelczykami wyraźnie nastawionymi na połów ryb.  A także canoe , z innymi, którzy przemieszczali się pomiędzy rzadko rozlokowanymi po obu stronach Orinoko, siedliskami.      Większość z nich ,miała ustawiony na brzegu na palach główny dom, ale także małe chatki i  urządzenia  gospodarcze ,bezpośrednio na  brzegu rzeki. Z oddali było widać grupki dzieci, bawiących się spokojnie na brzegu rzeki. 

    Niekończąca się ściana zieleni po obu stronach Orinoko. Widoczne małpy i ogromne ilości ptaków. Przyjrzeć się jednak można było dopiero wtedy, gdy płynęło wzdłuż brzegu. 

  Ogromne wrażenie robiły na rzecze łachy białego piachu, a także pływające wyspy zieleni. Niekiedy te wsypy zieleni tworzyły cały pociąg, kępki różnej wielkości połączone ze sobą i płynące w tempie nurtu rzeki.   Stanowiły one naturalne niebezpieczeństwo dla łodzi motorowej. Dlatego urokliwe wysepki należało omijać.   

   W zdumienie wprawił nas widok kąpiących się dzieci, Czy tu nie ma piranii? -zapytałam naszego przewodnika. Oczywiście ,że są- odpowiedział patrząc na mnie z politowaniem. 

 -Wiec jak się można kapać? - jeśli nie ma się ran , pirania nie poczuje zapachu krwi i nie ma powodu ,żeby atakować.  

A kajmany”?-Tutaj kajmany nie pływają, one są w innych miejscach- wyjaśnił.

   Cóż, tubylcy wiedzą co robią.Chociaż przypadki zranienia przez kajmany zdarzają się także w takich miejscach, ale rzeczywiście rzadko. 

   Widzieliśmy w trakcie tej wyprawy niezliczone ilości papug, .Były czaple, i tukany. W drodze powrotnej zobaczyliśmy delfiny rzeczne. Dla lepszego widoku, sternik podpłynął do brzegu... Mówiąc szczerze, było to dla naszej grupy całkowite zaskoczenie. Podobnie jak informacja od przewodnika, ze zdarzają się także rekiny. Spadł deszcz. I nagle, zaroiło się wokół nas od komarów. Dobrze, że chociaż mieliśmy peleryny, które chroniły przed atakiem, ale i tak na łodzi rozlegało się charakterystyczne „klaskanie”. Na szczęście deszcz trwał nie dłużej niż 10 minut , a kiedy wyszło słońce, komary znikły. Nie bez znaczenia był fakt, ze wróciliśmy bliżej głównego nurtu rzeki.   

   Wróciliśmy do naszych domków. . Tam okazało się, że szczelność moskietiery  pozostawia wiele do życzenia, a w domku jest sporo komarów.  Spróbowaliśmy uszczelnić widoczne dziurki i zapaliliśmy spirale anty- komarowe.  

   Kolacja była podana w głównym budynku na pomoście. Zrobiło się zupełnie ciemno. Na stołach paliły się świece. Do posiłku podano pół butelki rumu na głowę . Nie wszyscy z nas mieli ochotę na alkohol w tym klimacie, więc większość  naszego deputatu została nietknięta. Oprócz naszej piątki byłą grupa 5, czy 6 Francuzów i kilku Anglików . Razem kilkanaście osób.    Było bardzo parno . Mimo tego, iż byliśmy nad wodą, nawet po zmroku czuć było tropik. 

   Dzięki wypróbowanej na Borneo metodzie , zabezpieczyliśmy się przed ukąszeniami komarów. Ale były ich rzeczywiście  całe chmary. Na Wyżynie Gujańskiej, nie było ich prawie wcale. !  

  Rano , po śniadaniu wyprawa na ryby. Tym razem wypłynęliśmy w pełni przygotowani na spotkanie z komarami w trakcie dnia. Co oznaczało, że będziemy śmierdzieć witaminą b jak  należy.  Nasi Indianie zabrali kuchenkę na drewno do łodzi , jakieś patelnie i warzywa.. Podstawę posiłku, czyli ryby, mieliśmy złowić sami.

   Zdziwiło nas jednak ,ze nie zabrali wędek. Wszystko wyjaśniło się , kiedy dopłynęliśmy na „łowisko” , czyli do jednej z niedużych odnóg Rio Orinoco. . Tam zacumowali łódź i dali nam , nawinięte na kawałki drewna żyłki z haczykiem, bez ciężarka. Pokroili zabrane ze sobą kawałki jakiegoś mięsa- to była przynęta. Następnie krótka instrukcja połowu indiańską wędką i do roboty! 

   Po kilkunastu minutach mieliśmy już w łodzi całkiem przystojne piranie  , jakieś inne sardynowate. Jak skończyło się mięsko, Indianie pokroili złowioną rybkę i dalej mieliśmy dość przynęty.  W pewnym momencie złowiłam rybę z bardzo długimi wąsami: Indianin zawołał ostrzegawczo do mnie ,żebym nie próbowała jej sama ściągać.

   Sądziłam, ze może te wąsy są trujące..za chwilę jednak Indianin zademonstrował nam, dlaczego ostrzegał. Otóż śliczna rybka miała na grzbiecie płetwę, ostrą jak żyletka. Indianin pokazał, że można nią ciąć spokojnie drugą rybę...  

   Uczta była super. Pirania smakuje jak świeżo złowiony okonek. Pozostałe ryby również były wyśmienite. Do tego ryż i sałatka z warzyw. Po obiedzie popłynęliśmy do wioski indiańskiej, składającej się z kilku chat.

    Dopływając do brzegu , mieliśmy w pamięci noc spędzoną we wiosce Arawaków na Wyżynie Gujańskiej. Gdzie urzekł nas niezwykły  porządek i dbałość o czystość.   A na brzegu Orinoko  u Warrao szok.

    Pół biedy, co się działo przy domu na palach. Tam , zgodnie z tradycją, po prostu wszystkie nieczystości  zabierała w sposób naturalny matka- rzeka ..

     Cywilizacja i rozpoczęcie hodowli świń  na brzegu , na gruncie  , przy równoczesnym braku jakiegokolwiek nawyku sprzątania (robiła to rzeka)  doprowadziła do tego, że wokół domostw panuje nieprawdopodobny brud. Wśród odchodów świń i kur , resztek i śmieci różnego rodzaju, biegają śliczne, brudne dzieci..

   Indianie przywitali nas bardzo serdecznie i zaprowadzili do dżungli, kawałek za wioskę, żeby poczęstować nas największym przysmakiem, czyli sercem palmy. W tym celu błyskawicznie ścięli maczetami kilka palm . Następnie sprawnie rozłupali pień i z środka wydobyli zaczątki liści , które miały kształt walcowatego ,  białego oscypka  .
Indianie podali nam do jedzenia. Smak i kruchość świeżego orzecha, absolutnie doskonały przysmak. 
 

   Drugi przysmak, zaoferowany ,po chwili szukania czegoś w pniu ściętej palmy, wprawił  nas w osłupienie. Otóż Indianie wyjmowali z pnia tłuste, białe larwy z czarnym  pyszczkiem...  I podali nam , zachęcając do jedzenia. Ponieważ sądzili ,ze nie wiemy jak  skonsumować  - była pełna demonstracja. Jeden tubylec oraz jeden z  naszych przewodników , włożyli je jak na komendę do ust  i zjedli. Przez chwile było widać wijące się końcówki w ustach

   .Mimo usilnych namów -odmówiliśmy jak jeden mąż.  Przeznaczone na poczęstunek dla nas larwy wylądowały w kieszeni naszych Indian.   Kiedy wróciliśmy do łodzi,  jeden z nich rozgrzał patelnię, nalał sporo oleju i upiekł  larwy jak frytki. Ponieważ nikt z nas nie był chętny, Indianie zjedli je sami.  W sumie potem żałowaliśmy, że żadne z nas nie spróbowało. Te larwy były niesłychanie czyste , żyły bowiem w środku pnia palmy...Miały tez bardzo dużo białka.. Cóż, nawyk. 

   Znowu deszcz i od razu komary. Ponieważ , mimo wypatrywania nie zdołaliśmy zobaczyć obecnych tu podobne wszędzie kajmanów, nasi Indianie zaproponowali nam extra wycieczkę.   Za dodatkowa opłatą zobowiązali się pokazać nam kajmany nocą. Powiedzieli, że sprowadza jeszcze jednego Indianina, który zna doskonale miejsca , w których kajmany nocą wychodzą na brzeg. I ,że dzięki silnym latarkom, spokojnie zobaczymy je w całej krasie.   Dodatkową atrakcją będzie oglądanie świecących oczu kajmanów , które znakomicie nocą odbija światło latarki ....  

   Ponieważ mieliśmy wypłynąć po  21 ej, postanowiliśmy dłużej posiedzieć w restauracji.    Nasz metoda na witaminę b oraz smrodek,  doskonale skutkowała, bo obecne -mimo moskietier -komary, omijały nas szerokim łukiem.  Nie chcąc kusić losu, wszyscy mieliśmy długie spodnie , skarpety  i lekkie bluzy z rękawami. Do obiadu podano jak zwykle rum. Były trzy butelki. Jedną z nich, a konto wyprawy wypił Staszek z Lesiem i skromnym udziałem Lidki, a dwie postanowiliśmy sprezentować naszym Indianom .Zanieśliśmy poczęstunek do stołu, przy którym siedzieli w oczekiwaniu na wyjazd . Towarzyszył im już „specjalista” od kajmanów, stary Indianin.

   Po 21 zeszliśmy na przystań do łodzi. Dziadek miał w ręku bardzo silną latarkę oraz duży nóż, w rogowej oprawie. Mieliśmy wpłynąć w jedną z węższych odnóg Orinoco , co wymagało przepłynięcia na drugi brzeg w poprzek rzeki.  

   Radosny nastrój naszych indiańskich towarzyszy, którzy mówili dużo i głośno w swoim narzeczu, nie zaniepokoił nas na początku. Kiedy , dopłynąwszy do drugiego brzegu, zamiast w odnogę, trafili w stały ląd ..zaczęliśmy się niepokoić, że coś jest nie tak. Kiedy wpłynęliśmy w odnogę i kolejny raz trafiliśmy  w brzeg , zorientowaliśmy się, że nasi Indianie są kompletnie  pijani ... dziadek , zamiast kierować snop światła latarki na wodę, jeździł zygzakiem :woda - korona drzew...był szalenie pogodny przy tym i gadatliwy,, tyle, ze mówił w swoim narzeczu.

   Tłumacz jakby  nie pamiętał wszystkich słów po angielsku, bo mówił mieszkanką hiszpańsko-angielską.  

   Mimo tego udało nam się zobaczyć  płynące ślepia kajmanów...widok rzeczywiście wart ryzyka nocnej wyprawy. Chcieliśmy więc wracać, ponieważ znowu Indianie trafili łodzią w brzeg . Było podwójnie niebezpieczeństwo – albo rozwalimy łódź, i zostanie nam  wyjść na brzeg dżungli, albo w trakcie uderzenia w drzewa – coś nam z nich spadnie do łodzi...  J

   ednak nasz main przewodnik  powiedział, że do przesmyku, gdzie wychodzą kajmany , mamy 5 minut.   Rzeczywiście. Kiedy panowie oświetlili latarką dżunglę ,pokazał się jakby jakiś prześwit miedzy drzewami. Okazało się jednak, że te  kajmany wychodzą z drugiej  strony  i-dla ograniczenia ryzyka płynięcia wokoło do tego miejsca ( pół godziny) na wszelki wypadek mężczyźni pójdą lądem sprawdzić (jakieś kilkadziesiąt metrów przez dżunglę).

    Pierwotnie proponowali nam wszystkim lądową wycieczkę, ale zaparłyśmy się nogami w dno łodzi i za żadne skarby nie chciałyśmy ryzykować postawienia nogi w dżungli nocą.    Dziadek został z nami , jako ochrona (bezzębna prawie, ale z nożem) , a obaj przewodnicy , Staszek i Lesio poszli sprawdzać, czy są kajmany...

   Zabrali 3 latarki, zostawiając nas  bez oświetlenia. Nocne   odgłosy dżungli , oddalające się głosy Leszka i Staszka.. jakiś  odgłos przytłumiony kroków po gałęziach... Nagle krzyk : puma!  I natychmiast odgłos biegnących w popłochu pospołu Indian z naszymi panami..A my , jak rasowe kobiety...z przerażeniem patrzyłyśmy na skraj dżungli zastanawiając się kto będzie pierwszy w łodzi: puma czy oni....  

      Przewodnikom nie było do śmiechu. Pewnie nawet lekko otrzeźwieli. Rzeczywiście, na ich drodze stanęła puma.  Już nikt nic nie wymyślał – po prostu rozpoczęliśmy powrót do lodge. Przycichł nawet dziadek.     

    Wreszcie byliśmy na miejscu. Po tych emocjach spaliśmy jak zabici . Następnego dnia rano w trakcie dyskusji, doszliśmy do prawidłowych wniosków. Przecież Indianie mają niesłychanie niską odporność na alkohol. .. A myśmy radośnie pozwolili im wypić 1,5 litra rumu. A potem bezmyślnie , nocą popłynęliśmy  z nimi  na kajmany....Ot, dusza ułańska !      

    Poranny prysznic. Kiedy czekaliśmy na opróżnienie jednego stanowiska, naszym oczom ukazał się koszmarny widok. Wyszedł jeden z Francuzów, który poprzedniego dnia brylował w restauracji . Widzieliśmy, że po rumie przydziałowym na stół Francuzów wędrowały inne butelki z alkoholem.    Było widać , ze wieczorem nie miał długich spodni. Znieczulony alkoholem, nie reagował na ukąszenia komarów. Efekt- nogi do wysokości na udach  , gdzie kończą  się krótkie spodenki, były w czerwonych kropkach ukąszeń, raz przy razie. Setki ukąszeń... Praktycznie stanowiły jedną , wielką przestrzeń krwistej czerwieni...Sądzę, ze facet musiał mieć zakażenie.     

    Przyleciały  4 ary. Usiadły sobie na pniu, niedaleko restauracji. Kiedy podeszliśmy bliżej nie okazywały niepokoju. Nawet  ,zabawnie przechylając łepek, jedna z nich przybliżyła się do ręki Staszka. Kiedy jednak chciał ją , ośmielony, pogładzić, niespodziewanie mocno chwyciła w dziób jego palec. Wyszarpnął, ale rana była spora...   

     Kiedy stałam w oczekiwaniu na Leszka , przy barierze pomostu i przyglądałam się brzegowi rzeki, zauważyłam  wśród  nabrzeżnej zielni i wodorostów -sporego węża. Ponieważ Staszek chciał koniecznie mieć na filmie węża, powiedziałam, żeby  przyszedł do mnie z kamerą. Kiedy przyszedł- mój wąż gdzieś mi zniknął. Zaczęliśmy  wypatrywać skrupulatnie oboje, ponieważ nie mógł odpełznąć za daleko. I wtedy zobaczyliśmy, że pod naszym pomostem  jest ..kilkanaście węży różnej wielkości, na niedużej przestrzeni... 

   Pomyślałam sobie, co by było, gdybyśmy tak  w nocy ześlizgnęli się z pomostu podczas wychodzenia z łodzi...Ale – nic się nie stało, a Staszek miał wymarzony  film z wężami znad Orinoko na swojej taśmie.    

     Pora pożegnać Rio Orinoco. Jazda do Ciudad Bolivar i samolot powrotny na Margaritę. Pozostał nam jeszcze ostatnia atrakcja. Deep sea fishing. Popłynęliśmy na ocean. Mimo znakomitej pogody nie mieliśmy szczęścia. Ryb nie złowiliśmy. Za to mieliśmy okazję zjeść ostrygi , wyciągnięte z oceanu przez właściciela łodzi. On łowił , my czyściliśmy , a potem już tylko trochę soku z limonki i amatorzy mieli ucztę.  Ja , uczciwie mówiąc, po przełknięciu jednej (udało się bez zwrotu)  dla przyzwoitości- z przyjemnością przekazywałam rarytas panom.   

     Wenezuela. Kraj kontrastów. Z cudowną, bardzo zróżnicowaną przyrodą . Wyprawa po Wyżynie Gujańskiej i dni spędzone na rzece, z noclegami na skraju dżungli... Bez kontaktu z  białymi ludźmi, bez zgiełku turystów... Czasem , zamykam oczy i jestem tam z powrotem.              

  http://www.youtube.com/watch?v=49fKUfuaKzI 

  http://portalwiedzy.onet.pl/76834,,,,delfiny,haslo.html

1maud
O mnie 1maud

Utwórz własną mapę podróży.

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (2)

Inne tematy w dziale Kultura