Ojciec Baracka Obama, prezydenta –elekta , pochodził z plemienia Luo w Kenii. Tam żyją do dzisiaj jego babcia, kuzyni. Wujowie.
Plemiona Luo kultywują wielożeństwo, co było jedną z przyczyn rozpadu małżeństwa matki prezydenta-elekta i jego ojca. Do spisania wspomnień z moich pobytów w Kenii przymierzałam się od pewnego czasu. Ostatnie wybory prezydenckie w USA , zmobilizowały mnie do tego ostatecznie.
Od czasu naszego wyjazdu do Nigerii – Afryka zafascynowała nas na tyle, że ciągle myśleliśmy o powrocie na kontynent . Upłynęło jednak 9 lat zanim mogliśmy powrócić do Afryki.
Do Msambweni trafiliśmy absolutnie przypadkowo. Był to strzał z cyklu w „10”. Ale o tym przekonaliśmy się na miejscu.14 dniowe wczasy wykupiliśmy w niemieckim biurze podróży, z biletem powrotnym po 3 tygodniach . Atrakcje wymyślaliśmy ad hoc na miejscu i załatwialiśmy w miejscowych biurach podróży.
Wylądowaliśmy w Mombasie. Tam czekał hotelowy shuttle-bus , którym mieliśmy dojechać na miejsce. W czasie tej pierwszej wyprawy towarzyszył nam przyjaciel z Berlina z synem. W sumie byliśmy w 6- stkę. My, Marta i Krzyś (18./16) i Marek z 17 -letnim Jackiem.
Mombasa jest miastem położonym na wyspie. Na stały ląd dostać się można jedynie droga promową. Jak niepewna jest ta droga okazało się w dwa lata później, kiedy przeładowany samochodami i ludźmi prom zatonął, powodując śmierć kilkudziesięciu osób. Tym promem codziennie do pracy dopływały tysiące kenijczyków , pracujących (bądź mających coś do załatwienia w urzędach )w Mombasie.
Ranne przeprawy promowe pozwalały zaobserwowac jak setki ludzi biegną na prom. Często jest to bieg kilkukilometrowy! Kiedy wyjeżdżaliśmy przed świtem na wycieczki, taki sam widok biegnących do pracy drogą, czy skrajem buszu ludzi nie budził zdziwienia. Nic dziwnego, że tylu Kenijczyków odnosi sukcesy w dyscyplinach biegowych.
Po kilkunastu minutach dopłynęliśmy do Likonii. I porażeni zostaliśmy widokiem slumsów na wzgórzach schodzących do oceanu. Droga do ośrodka wypoczynkowego nie należała do najlepszych. Niezbyt szeroka, z dużą ilością dziur. A była to główna droga wiodąca z Mombasy do Tanzanii. Po obu stronach drogi busz ,z dużą ilością palm kokosowych.
Wzdłuż drogi od czasu do czasu pojedyncze chaty. Około 30 km od Momabasy dojechaliśmy do miejscowości Ukunda . Minęliśmy jedyny w okolicy kościół katolicki ( wybrzeże zachodnie jest zamieszkałe przez dużą liczbę muzułmanów) . Z Ukundy wiodła asfaltowa droga do Diani Beach , która jest typową miejscowością turystyczną, w której –ze względu na dość spore piaszczyste plaże, zagęszczenie hoteli przypomina wszystkie inne miejscowości turystyczne na całym świecie. Po kolejnych ok. 30 km, autobus skręcił w wiosce Msambweni, w busz.
Mijaliśmy biednie wyglądające domki , typowe dla wiejskiej Kenii, kierując się w kierunku oceanu. Nagle droga skręcała pod katem 90o w lewo, a naszym oczom ukazał się kilkuhektarowy ogród, otoczony żywopłotem różnobarwnych bungewilii .To było Green Oasis.
Wśród palm i drzew papai dwuosobowe, drewniane domki, kryte strzechą z palm. Rzeczywiście oaza piękna , oddzielona feerią kwiatów od szarej codzienności plemion Kikuyu. Kort tenisowy, stadnina koni ...baseny i ocean, Wszystkie budynki kryte strzechą. Bez tv , z telefonem w recepcji. ( w domkach połączenie tylko z recepcją). Cały ośrodek usytuowany na niewysokim klifie. Furtka prowadząca kamiennymi schodkami do małej plaży i jaskiń. Plaży, która dostępna była tylko w fazie odpływu oceanu. Ptaki i małpy. Wokoło busz . Cisza.
Specyfika tego miejsca spowodowała, że na kolejne dwie wyprawy do Afryki to miejsce uznaliśmy za swój punkt wypadowy , a równocześnie miejsce idealnego odpoczynku. Niezakłóconego wrzawą hotelowych bywalców. Z wiadomościami z prasy ,dostarczanej z jednodniowym opóźnieniem, do hotelowego sklepiku.
Młodzież szybko nawiązała bliski kontakt z mieszkańcami okolicznej wioski. Dzięki tym kontaktom poznaliśmy zarówno smak miejscowej kawy (mieszanina z wspaniałej kawy z cykorią, ) i miejscowych trunków .
Większość z nich utrzymywała się z rybołówstwa i upraw niewielkich, przydomowych poletek. Nie wszystkich było stać na posyłanie dzieci do szkoły. Nie mówiąc także o wyposażeniu ich w zeszyty i długopisy. Kiedy dowiedzieliśmy ,że kilkadziesiąt dolarów rocznie starcza na całoroczne pokrycie kosztów szkoły – objęliśmy takim „szkolnym „patronatem Bena, chłopca, który pomagał czasem w sprzątaniu ośrodka. Do końca szkoły otrzymywaliśmy sprawozdania z postępów w nauce. A do każdego bagażu w następnych wyprawach do Afryki, sporą część w walizkach zajmowały różne artykuły szkolne. Do zabrania takiego wyposażenia obligowaliśmy wszystkich, których zabieraliśmy na kolejne wyprawy.
Po zmroku, który zapadł gwałtownie tuż po 18-ej , mrugały wokół na przemian zapalone wśród krzewów lampy i lampiony z środkami przeciwko komarom. Nic nie zakłócało sielskiego obrazu spokoju, oprócz pojawiających się o zmroku postaci Murzynów z bronią, z drugiej strony żywopłotu.O świcie, kiedy na terenie ośrodka pojawiały się na poranną „wyżerkę” na licznych papajach , wielkie tukany , co oznaczało nieuchronnie szybki wschód słońca, nocni strażnicy znikali .
Na pytanie, dlaczego w tej bezpiecznej (tak nam mówili managerowie hotelu) okolicy potrzebna jest liczna straż wyposażona w broń- mówili ,że to zwykłe maczety , używane do zabijania węży, których w okolicy nie brakowało. Wiedzieliśmy jednak, że to nieprawda .Mimo ,iż Kenia była w tym czasie krajem nastawionym na turystów, zdarzały się kradzieże i sporadyczne napady. A ten ośrodek był oddalony od jakiejkolwiek cywilizacji.
Jedna para tukanów przylatywała na papaję obok domku , w którym spaliśmy z Leszkiem. Wszędzie w tropiku, gdzie były stałe godziny wschodu i zachodu słońca, włączał się u mnie naturalny biologiczny zegar. Zasypiałam wcześnie i budziłam się zwykle na kilkanaście minut przed wschodem słońca. Po cichu wychodziłam przed dom, siadałam na ławeczce i obserwowałam jak z morza wyłania się ognista kula ...Przyroda , wraz ze słońcem, ożywała nagle i intensywnie. Potrafiłam długo obserwować te wielkodziobe ptaki, które bardzo sprytnie radziły sobie z duża papają. Rano także można było obserwować małpy , baraszkujące na ziemi. Wraz ze wzrostem ruchu w ośrodku, małpy przenosiły się na bezpieczniejsze do harców, drzewa.
Ekspresy z kawą wystawiali w restauracji wcześnie rano. A woda w basenie była też cieplutka. Cóż więcej, oprócz dobrej książki , mogło braknąć do śniadania?
Już drugiego dnia postanowiłam zmienić swój image , i w czasie gdy towarzystwo całe grało w siatkówkę , oddałam moją głowę do dyspozycji wprawnej Murzynki. Już po 3 godzinach (sic!) miałam włosy splecione w misterne , cieniutkie warkoczyki , zakończone barwnymi koralikami. Taka fryzura w tropiku gwarantuje stały wygląd, bez względu na to, czy się wychodzi z oceanu, basenu czy z łóżka. Ani sekundy nie traciłam na czesanieJ Ale przede wszystkim zapobiega nieprzyjemnym odczuciom związanym z poceniem się głowy. Metoda na warkoczyki weszła w rytuał moich wszystkich wyjazdów w tropik.
Nadszedł dzień pierwszej wyprawy. Safari do Parku Narodowego Amboseli i Park Narodowy Tsavo EAST. Park narodowy Tsawo został podzielony na dwie części :East i West. Przez obie części parku prowadzi droga kolejowa z Mombasy do Nairobi Wschodnia część jest położona na północ w stosunku do drogi lądowej Mombasa-Nairobi.
Kiedy w roku 1898 budowniczy kolei dotarli do rzeki Mara(236 km ) i rozpoczęli budowę mostu przez rzekę ,doszło do spektakularnego ataku lwów na robotników . W ciągu kilku miesięcy , wskutek tych ataków , zginęło 130 osób. Kres lwim zjadaczom ludzkiego mięsa położył pułkownik Patterson. A o samych zdarzeniach, powstał film .
Tsawo East słynie z czerwonych słoni. Cały teren parku pokryty jest czerwoną glinką, którą słonie pokrywają się bardzo dokładnie , chroniąc w ten sposób skórę przed insektami oraz nadmiernym parowaniem. Robią to tak często i tak dokładnie, że każda pora wypełniona jest czerwoną gliną.
Z uwagi na pokrywający tą część parku busz, wytropienie lwów nie należy do łatwych zadań. Można jednak obejrzeć sporo gatunków antylop, water buffalo , słonie, żyrafy .Jak w całej Afryce , panoszą się tutaj także stada pawianów. W centrum parku Tsawo znajdują się źródła Mzima. Dzięki tym źródłom powstały dwa jeziorka, połączone szeregiem kaskad, a wokół nich znajdują się siedliska ciekawych zwierząt. Same jeziorka zamieszkałe są przez liczne hipopotamy i krokodyle. Stanowią także wodopój dla wielu zwierząt . Prawie zawsze można spotkać niedaleko stada wodnych bawołów.
W Tsawo nie widać licznych jeepów , przemierzających busz w poszukiwaniu zwierząt. Ilość samochodów może porazić dopiero , gdy w porze lunchu zaczynają podjeżdżać pod ogromną restaurację(jedyną w parku) . W trakcie penetracji parku , przewodnicy czasami specjalnie szukają sowich kolegów, po to, aby wymienić się informacją , gdzie można zobaczyć lwa albo geparda. W czasie pierwszej wizyty w Tsawo East nie zobaczyliśmy geparda ani nosorożców. Udało się zobaczyć natomiast rodzinę lwów. I było to dość zabawne. Przewodnik usłyszał od kolegi z drugiego jeepa , gdzie można zobaczyć lwy. Po chwili już 5 samochodów jechało w tym kierunku. Nagle nasz kierowca stanął. Rozglądaliśmy się po okolicy...i nic. Inne samochody stanęły nieopodal. Pasażerowie pozostałych jeepów tez nerwowo rozglądali się wokoło. Dopiero, kiedy skierowaliśmy wzrok na krzewy , rosnące parę metrów od samochodu , zobaczyliśmy je. Leżały tuż obok, kryjąc się przed palącym słońcem. 3 lwice i 5 młodych lwiątek. Nie reagowały na naszą obecność. Ani na dźwięk aparatów fotograficznych, których właściciele urządzili kilkunastominutową sesję zdjęciową. Urzekła mnie sierść zwierząt. Płowa, ale błyszcząca i gęsta. Jakże odmienna od sierści tych kotów z ogrodów zoologicznych.
W parku mijaliśmy także jeepy ze strażnikami. Niestety, nadal trwa tutaj walka z kłusownikami, polującymi głównie na czarne nosorożce. Przed nami przejazd na teren parku Amboseli. Po przejechaniu około 50 km zatrzymaliśmy się, aby zabrać do naszego jeepa dwóch uzbrojonych w karabiny żołnierzy. To konieczny środek ostrożności przy wjeździe na tereny zamieszkałe przez plemiona Masajów. W latach 90-tych nagminne stały się napady rabunkowe na samochody z turystami. c.d.n.
http://www.panoramio.com/photo/3482294 MOMBASA
http://www.panoramio.com/photos/original/4901661.jpg LIKONI PROM


Komentarze
Pokaż komentarze (5)